Jeszcze do niedawna w Arabii Saudyjskiej mogli przebywać prawie wyłącznie muzułmanie oraz nieliczni dyplomaci, zagraniczni pracownicy kontraktowi i wojskowi. Wszystko zmieniło się jesienią, gdy Król Arabii Saudyjskiej w ramach reform gospodarczych postanowił niespodziewanie otworzyć swój kraj na zewnątrz i wprowadził wizy turystyczne. Świat wywrócił się do góry nogami a ja musiałem natychmiast z tej okazji skorzystać.

Królestwo Arabii Saudyjskiej zajmuje ogromny obszar ponad 2 milionów kilometrów kwadratowych położonych na Półwyspie Arabskim co daje mu 13 miejsce na świecie. Jest siedmiokrotnie większe od Polski choć ma o kilka milionów mieszkańców mniej niż nasz kraj. Południe kraju zajmuje największa na świecie piaszczysta pustynia Ar-Rub al.-Chali o powierzchni przekraczające 2-kronie wielkość Polski. W środkowej części kraju zaczyna się pustynia kamienista i ciągnie się ona aż do północnych granic z Irakiem i Jordanią.

To właśnie ten region środkowo – zachodni stał się celem naszego wyjazdu. Z bijącym sercem przekraczałem granicę na lotnisku. Problemów dostarczyło posiadanie w paszporcie wiz z Emiratów Arabskich, Iraku i Iranu. Wylądowałem w Medinie, gdzie znajduje się grób Mahometa. Każdego roku miasto odwiedza ponad milion pielgrzymów, i jest ono uznawane za drugi po Mekce ośrodek kultu islamu na świecie. My niewierni nie mieliśmy jednak szans zbliżyć się ani do grobu, ani nawet do zamkniętego dla innowierców centrum świętego miasta.

Plan na pierwsze 24 godziny był prosty. Wynająć samochód i poczekać do 23:00 na lotnisku na Piotrka, który miał dolecieć ze Szwajcarii. Następnie gdzieś przenocować by w miarę możliwości zwiedzić rano Medinę. Niestety samolot Piotrka dotarł z opóźnieniem więc nie było już sensu nocować, bo zrobiła się 2 w nocy zanim wyjechaliśmy z lotniska. Postanowiliśmy więc dojechać do jakiejś miło wyglądającej pustyni, spędzić noc w aucie, a rano zastanowić się co dalej.

I tu mała przygoda. Auto wypożyczyć trzeba było bezpośrednio na miejscu, bo przez Internet się nie dało. Pracownik wypożyczalni za wszelką cenę chciał skserować kartę kredytową. Gdy się nie zgodziłem się stanowczo na to, zaczął sobie fotografować ją z obu stron łącznie z kodem CVC. Nic nie pomogły protesty – musiałem się na to zgodzić, inaczej nie dostałbym auta. Z duszą na ramieniu wracałem później do Polski, ale całe szczęście nic więcej z karty nie znikło.