To już piąta część filmowej wyprawy na Antarktydę. Od razu ostrzegam – jeżeli jesteście czuli na piękno przyrody, ten odcinek Was znokautuje.

Zatoka Paradise Bay to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc nie tylko na Antarktydzie, ale i na całej Ziemi. To miejsce, które dzięki oddaleniu od cywilizacji do dziś zachowało swoje pierwotne piękno: imponującą naturę pełną dzikich zwierząt – zarówno przyjacielskich pingwinów, jak i drapieżnych lampartów morskich. To miejsce, które nie bierze jeńców – jeżeli jesteście czuli na piękno natury, te widoki zostaną z wami na zawsze.

Zatoka Paradise Bay leży mniej więcej w połowie Półwyspu Antarktycznego. Jest położona na tyle na południe, by czuć tutaj było prawdziwą, mroźną Antarktydę. Jednocześnie jednak zatokę obmywa stosunkowo ciepły w tym regionie ocean, dzięki czemu dosłownie pulsuje wszelaką morską zwierzyną i ptactwem. Spotkamy tutaj majestatyczne wieloryby sunące wzdłuż brzegów, kilka gatunków pingwinów (głównie białobrewych) mających na lądzie swoje legowiska, przesympatyczne kotiki antarktyczne (znane w naszym kraju pod nazwą uchatki), prujące fale z prędkością torpedy delfiny krzyżowe oraz polujące na słabsze stworzenia, choć robiące wrażenie całkowicie nieszkodliwych – groźne drapieżniki: lamparty morskie.

Zatoka Paradise Bay zamknięta jest z czterech stron wysokimi górami i wyspami tworzącymi dwie grupy – dużymi Anvers, Brabant i Yelcho – oraz małymi Bryde i Lemaire. Prowadzą do niej tylko dwie wąskie cieśniny dzięki czemu znajduje się ona w obszarze ciszy i spokoju – doskonale odizolowana od sztormowych kaprysów pobliskiej Cieśniny Drake – najniebezpieczniejszego akwenu naszej planety. Od południa i wschodu do zatoki schodzą z wysokości ponad kilometra wielkie jęzory lodowców. Gdyby Arthur Conan Doyle żył i pisał współcześnie, to prawdopodobnie tutaj właśnie osadziłby akcję swojej słynnej powieści „Zaginiony Świat”.

W samej zatoce jak i w jej bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się bazy antarktyczne kilku krajów: Argentyńskie, Chilijskie, Brytyjskie i Amerykańskie. Miejsce to ma swoją tragiczną historię wielorybniczą, ale obecnie jest już pod ścisłą kontrolą chronione jako pomnik natury. Bazy zajmują się wyłącznie badaniami naukowymi a przepływające statki to w nie okręty wielorybnicze ale antarktyczne wycieczkowce wożące podróżnych polujących już wyłącznie za pomocą teleobiektywów.

Wspomniane wieloryby to Humbaki – jedne z największych ssaków świata. Ssaki, bo musicie pamiętać że wieloryby nie są rybami. Humbaki są prawdziwymi olbrzymami. Osiągają 14-18 metrów długości czyli więcej niż krążowniki szos – „TIRy”. Ich waga to 30-45 ton, czyli także więcej niż te potężne ciężarówki. Te olbrzymy nie są jednak drapieżnikami: choć wielkie, żywią się jednymi z najmniejszych morskich stworzeń – krylem. Latem tutejsze antarktyczne humbaki ruszają w niezwykłą podróż, by odbyć coroczne gody wiele tysięcy kilometrów od swych zimowych legowisk – u wybrzeży środkowej Afryki.

Niemniej piękne są lamparty morskie. Te zwierzęta, na pierwszy rzut oka przypominające foki, sprawiają wrażenie niegroźnych i sympatycznych. Jednak ich nazwa nie wzięła się przez pomyłkę. To jedne z najdoskonalszych drapieżników morskich ustępujące w kunszcie wyłącznie orkom. Potrafią całymi godzinami wylegiwać się na spokojnej krze obserwując otoczenie. Gdy zaś rzucą się do ataku mało co jest w stanie je zatrzymać. O lampartach morskich opowiadał w swoich pamiętnikach już Sir Ernest Shackleton, który eksplorował Antarktydę na pokładzie Endurance. Pisał: „Dziś jeden z 250 kilogramowych trzy metrowych samców popędził po lodzie za jednym moich ludzi. Nie pomagały kolejne strzały ze sztucera. Biedak zginąłby niechybnie, gdyż lampart okazał się niezwykle szybki. Dopiero piąty celny pocisk roztrzaskał czaszkę napastnika i zatrzymał jego szarżę

I rzeczywiście. O ile trudno może uwierzyć o skuteczności ataków na lodzie, to w morzu człowiek nie ma w starciu z lampartem morskim żadnych szans. Jego paszczę zajmuje rząd niezwykle dużych i silnych kłów rozrywających ofiary na strzępy. Na okręcie którym płynęliśmy opowiadano jak kilka lat temu jeden z nich zaatakował i rozszarpał pod wodą fotografa, który podziwiając podwodne krajobrazy stracił czujność…

Mógłbym opowiadać godzinami o pięknie tego miejsca, o majestatycznych górach wznoszących się wprost z wód zatoki. O kilometrowej warstwie śniegu zalegającej na szczytach. Zamiast jednak opowiadać, pozwolę Wam po prostu to zobaczyć. Patrzcie i uzależniajcie się. To miejsce rozkocha w sobie Wasze dusze.

Na koniec ciekawostka: w Paradise Bay znajdują się także… gorące źródła! Osobiście jestem ciepłolubny, a tutejsze „ciepłe źródła” są ciepłe raczej jak na antarktyczne standardy: mają zaledwie cztery stopnie powyżej zera. Nie pozostało mi jednak nic innego jak zagryźć zęby i zostać morsem. Gdybym tego nie zrobił, do końca życia bym sobie tego nie darował. Nie ma piękniejszego miejsca by spróbować takiego wyzwania!