W miniony weekend postanowiłem zrobić sobie biegową wycieczkę po Polsce. Tzw. idealny weekend biegacza. Wyznaczyłem sobie pięć startów, na które w wersji optymistycznej byłem w stanie dojechać i wziąć w nich udział. Pierwszy start zaplanowałem na piątek, na 21:12 a ostatni na niedzielę, na 14:00. Z pięciu startów udało mi się dotrzeć na cztery, zabrakło niestety czasu na Półmaraton Jurajski w Rudawie 🙁 Mimo to uważam, że cel w wersji minimum udało się zrealizować: wystartowałem w Modlinie, Sochaczewie, Łańcucie i Brodach. Kontrolnie, by zobaczyć jak wygląda obecnie bieganie w naszym kraju.

Pod względem zabawy ubawiłem się jak za starych, dobrych czasów. Emocje, luz, radość – choć wszędzie biura zawodów w nieodłącznych maseczkach. Na każdym z biegów dało się zmęczyć, a dodatkowo wybrałem takie, żeby dało się także ubrudzić i zgubić. To wszystko możecie obejrzeć na filmie.

Niestety na każdym z biegów frekwencja nie dopisała. Organizatorzy zgodnie z restrykcjami ograniczyli liczby uczestników do 150 – 200 uczestników. Wydawać by się mogło, że w dobie „głodu” startowego, w sytuacji gdy jeszcze rok temu w jeden weekend w Polsce potrafiło łącznie startować kilkadziesiąt tysięcy biegaczy – takie limity „wystrzelają się” w pięć minut. Nic bardziej mylnego. Na każdym z biegów który odwiedziłem, liczba uczestników oscylowała w okolicy 50 procent. Pięćdziesięciu procent przy tak drastycznie zmniejszonych limitach.

„Coś się kończy, coś zaczyna” – chciałoby się napisać. Niestety od wielu miesięcy wszystkie optymistyczne wersje okazują się nietrafione, i sytuacja nie napawa otuchą. Myślę, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy bieganie w Polsce cofnęło się do poziomu z lat 2006-2008. Oczywiście można teraz powiedzieć „wszyscy do łopat” ale… Każde pokolenie ma swoją rewolucję. Pokolenie biegaczy, organizatorów i zapaleńców którzy budowali popularność naszego sportu kilkanaście lat temu, swoją rewolucję ma już za sobą. Kto ich zastąpi? Nie widać ani nowych, młodych dziennikarzy chcących pisać o bieganiu, ani pasjonatów szturmem wbijających się do czołówki – zarówno elity zawodników jak i organizatorów.

Jak napisałem niedawno na forum: obecnie szczytem publicystyki biegowej jest klepnięcie komuś lajka na fb czy napisanie „gratuluję” zawodnikowi z elity po udanym starcie.

Każdego dnia otrzymuję po kilka informacji z prośbą o oznaczenie w naszym kalendarzu imprezy biegowej jako odwołanej. Kilka razy więcej imprez nawet nie zgłasza, że się nie odbędzie.

Coś się kończy, ale nie widać, by coś się zaczynało…