Rozpoczynanie tego artykułu przypomina mi trochę sytuację więźnia obozu koncentracyjnego siadającego do napisania „podsumowania roku”. Więźnia piszącego nie dla jakichś tam odległych kuzynów w Ameryce, coby dowiedzieli się „co tutaj z nami wyprawiają” – ale dla innych współwięźniów. Zupełnie bez sensu, bo jak jest każdy wie. A skoro każdy wie jak jest, to po co pisać? „No weź Zenek napisz, bo nikomu innemu się nie chce.” No to napiszę.

Zacznę może od nudy, od prywaty, czyli rozliczenia własnej „sumy wszystkich strachów” ad 2020. Czyli takie dla potomności: co, ile, po co i kiedy.

Rok zaczął się pięknie: ładnymi planami, które w dodatku szły jak burza. Po raz pierwszy postanowiłem wyruszyć w samotną podróż, w dodatku złożoną aż z trzech etapów. Etapem pierwszym był styczniowy maraton w Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie), dziewięć dni później maraton w Kalkucie (Indie) a w drodze powrotnej – pięć dni później – ultra trail w jednym z najbardziej zamkniętych jeszcze do niedawna krajów świata: w Arabii Saudyjskiej. Wszystko to udało się osiągnąć, choć arabskiej Al-Uli nie dobiegłem do końca – dystans biegu wynosił 83 km, a ja zostałem zdjęty na 64 km i sklasyfikowany z tym właśnie wynikiem.

Przygód podczas tej podróży było „co niemiara”. I całe szczęście aż tak samotnie nie było, gdyż do każdego kraju ktoś z moich znajomych dojeżdżał i podróż była mimo wszystko ze współpodróżnikiem. Gdy wydawało się, że to będzie fajny rok, po powrocie do PL w drugiej połowie lutego wszystko poszło w łeb. Chińczycy zrzucili na spadochronach stonkę, która zamiast żreć ziemniaki – zakażała. Ot, Chińczycy.

Nie będę się wypłakiwał na jakie to biegi nie udało mi się wyjechać – każdy z Nas ma taką swoją tegoroczną listę. I o ile wiosenny lock-down jeszcze jakoś znieśliśmy, a w okolicach wakacji pojawiły się nawet symptomy, że będzie lepiej – to późna jesień i obecna zima zniszczyły wszystko. Przyszedł kombajn i zaorał.

Teoretycznie narzekać nie powinienem: udało mi się poza sesją wiosenną dodatkowo pobiec jeszcze we wrześniu i październiku na Węgrzech (maraton w Budapeszcie), w Czechach (maraton w Ostrawie) oraz w listopadzie maraton w Chorwacji (Plitwice). Do tego w samej Polsce też pokonałem 12 maratonów… więc bilans końcowy piękny: 18 maratonów i ultra, w siedmiu krajach wliczając Polskę.

Niemniej liczba wyjazdów, które nie doszły do skutku jest długa. Ale i z tym bym się jakoś pogodził gdyby nie jeden problem. Otóż w czerwcowym artykule opisującym biegową rzeczywistość napisałem, że „jesteśmy w dupie, i co gorsze zaczynamy się w niej urządzać”. Niestety to stwierdzenie stało się nieaktualne. Obecnie, na początku stycznia 2021 roku jesteśmy już urządzeni…

W tym artykule nudno już było, a teraz na Hitchcocka.

Na czym polega nasze „urządzanie się”? Pamiętacie jak na wiosnę, a nawet jeszcze w czerwcu wszyscy biegowo dyskutowali, debatowali, wznosili żale i lamenty – bądź wręcz odwrotnie – ogłaszali, że już idzie dobre, lepsze, nowe, zdrowe, biegowe? To był temat nr 1. Pytaliśmy: kiedy będziemy mogli biegać? „Skandal!” krzyczano: lasy zamknięto! W maskach każą! Toć bieganie nam niezbędne jest do życia, do trawienia, do oddychania, do codziennego czyszczenia jelit! Pani Zosia nie biegała, i korniki w domu miała! Bez biegania i startów nie wytrzymamy miesiąca! Pomrzeć przyjdzie! Gore! Ojciec prać!

Internet obiegały filmiki osób biegających wokół stołów, wokół ogródków, po balkonach, salonach, pod prysznicem i w wannie. Mobilizowaliśmy się, wymyślaliśmy, jednoczyliśmy. Wywiady video, wspomnienia, srasty i podcasty. Tak przeżywaliśmy „że zabrali nam bieganie”, że jakby trzeba było, to i lokomotywę z Alternatywy 4 byśmy przytaszczyli żeby bieżnie na stadionie zimą ogrzać. Tylko co z tego biegowego emocjonowania pozostało do dziś?

Gówno.

Dziś już nikt nie lamentuje nad tym, że w grudniu nie było gdzie startować, w styczniu nadal nie ma, a w lutym nie będzie. Nikt nie rwie włosów i nie wygraża rządowi, że marcowe imprezy są już odwoływane, że jeden po drugim padają organizatorzy. Że buty leżą w szafie a gwarancja leci… Pies z kulawą nogą już się nie podnieca komunikatem o odwołaniu kolejnych imprez. Nie będzie Biegu Chomiczówki w Warszawie? Nie będzie półmaratonu w Wiązownej? Nie będzie Zimowego Biegu Trzech Jezior w Trzemesznie? A chuj z tym. Chuj z biegami. Już się przyzwyczailiśmy. Jesteśmy ugotowani.

No to nam powiem tak: Wam i mi, bo przecież to moje podsumowanie roku. Poprzedni rok był bardzo fajny. Fajny w porównaniu z tym, który właśnie się rozpoczął. Bo w 2020 jeszcze mieliśmy jaja, a teraz jesteśmy miękiszonami. Frajerami ugotowanymi jak żaby: coś tam pokrzyczeliśmy, coś tam pobuntowaliśmy, ale ostatecznie daliśmy się ugotować grzecznie i po cichutku. Rejtan najpierw darł szaty – a potem zacerował, buty włożył i poszedł do stołówki się nażreć.

Wiecie jak wygląda biegowy bunt, ta mobilizacja, po 10 miesiącach?

Organizator: „Jak wiecie odwołaliśmy cykl ogólnopolskich biegów CityTrail. Niestety dziś mamy dla Was kolejną złą wiadomość: w związku z kolejnymi zakazami musimy odwołać także treningi. Treningi, które zamiast zawodów w pocie czoła staraliśmy się przeprowadzić żeby jednak cokolwiek robić”. Co na taki komunikat powie dzisiejszy, styczniowy biegacz? „No szkoda”. „Trudno”, „Może kolejnym razem się uda”

Jutro, gdy odwołają nam Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, to też napiszemy na fb: „Oj jaka szkoda”. Całe szczęście przystosowaliśmy się. Mamy nowe hobby: ciasto, zupa, bigos. Polajkujemy, damy smutną minkę i jakoś to będzie. Po co komu bieganie? Rząd zabronił to się ukorzymy. Jutro zabroni oglądać niezależne media, też zniesiemy. I wiecie: w sensie nie zabroni, tylko ZAAPELUJUE. Ale potem powie, że przypomina o obowiązującym apelu.

Za miesiąc będzie kolejny apel: kto się nie zaszczepił, temu nie wolno korzystać ze szpitali, komunikacji miejskiej i szkół. Ze stadionów i lasów. Że co, że to tylko apel? Bez jaj. Apel o którym policja w komunikacie przypomni, że jest on obowiązujący niczym apel Premiera w Sylwestra. Bo dziś Polską rządzi się konferencjami prasowymi i apelami. Gdy biorą nas za mordę, to mówimy: „Oj szkoda”. Tacy my.

Za trzy miesiące przyczepią na ramionach osób niezaszczepionych czerwone gwiazdy. Wtedy też powiemy „Oj jaka szkoda”, „A mogli się przecież zaszczepić”. Albo nie: po co pisać? Damy gwiazdkę, kotwicę, piorunka lub smutną buźkę. Za pół roku komornik będzie sąsiadowi licytować mieszkanie, i wtedy powiemy razem, wspólnie, po bratersku – jak przystało na wojowniczy naród który Niemcom się nie kłania: „Oj szkoda, szkoda, tacy fajni sąsiedzi byli”. A potem dodamy „No jakby nie byli winni, to by przecież ich nie zabrali”. A potem zlicytują nasz dom. Nasz bieg.

Wiecie co? W dupie mam że ktoś zaraz powie iż mieszam politykę ze sportem. W dupie mam tych wszystkich świętych oburzonych, tych co powiedzą że „więcej tu na portal już nie wejdę!”. Jedenasty miesiąc gotują nas na miękko, a my czekamy na lepsze czasy. Mieliśmy już zakazy organizacji imprez masowych. Zakaz organizacji imprez ponad 250 osób. Zakaz organizacji ponad 150 osób. Zakaz jakiejkolwiek organizacji. Zakaz wychodzenia i aktywności fizycznej. Zakaz zakazu, i godzinę policyjną. I co my na to? „Oh, ale szkoda, oh no trudno, oh, to sobie teraz NetFlixa włączę”. Jak kurwa niewolnicy na statku do Ameryki. Pewnie u celu tej podróży nas rozkują, każdy dostanie piękną chatkę pod palmami z widokiem na ocean, po pięć tubylczych golasów i będziemy szczęśliwi. Kurwa.

Wiecie co mnie przeraża jeszcze bardziej? Tak naj-naj-najbardziej? Wiecie co skłania mnie do pisania na swoim własnym portalu, który tworzyłem przez 21 lat w codziennym mozole i trudzie „chuj, kurwa, dupa”? Przeraża mnie to, co czytam na forach i na Facebooku. Komentarze biegaczy kierowane pod adresem organizatorów, którzy mimo wszystko coś próbują zorganizować, coś zrobić. Kombinują jak kurwa konie w Zakopanem – żeby pomimo tego całego pachnącego lawendą gówna wokół jednak jakiś bieg zrobić. I co czytam od biegaczy? „Złodzieje”, „Kolejne oszusty”, „Następne cwaniaki chcące się nachapać!”, „Kto im pozwolił, nie wolno!”, „Pewnie kasy później nie oddadzą!”

Za końmi pracującymi w Zakopanem biegają stada obrońców praw zwierząt. Za człowiekiem chcącym pracować żeby przeżyć – nikt się nie wstawi. Koni szkoda, a człowieka? „Złodzieja to mi nie szkoda” – i chuj, usprawiedliwieni, koniec refleksji.

Ludzie, kurwa, co z Was za stworzenia? Hejt na Recordową Dziesiątkę w Poznaniu, przewidzianą na 13 i 14 marca. Hejt na Katowickiego Cyborga. Hejt na kurwa bogu ducha winnego organizatora Biegu Trzech Króli w Łodzi. Jesteśmy jak więźniowie stalagu zabijający się między sobą o kromkę chleba. „A portal MaratonyPolskie.PL jeszcze w tym uczestniczy i reklamuje ten bieg! Nie powinien tego robić, to żenada!”. Nie, no kurwa, przepraszam! Wolne media powinny zamienić się w media reżimowe i udostępniać informacje tylko i wyłącznie ocenzurowane i uznaniowo – na podstawie widzimisia redaktora – powinny dzielić organizatorów na Prawych i Sprawiedliwych, oraz na pozostałych – oszustów!

Chciałem podsumować, że komunizm wiecznie żywy. Ale to nieprawda. Przecież większość z nas nie pamięta komunizmu. My go po prostu wymyślamy od nowa. Dzień po dniu.

Że niepotrzebnie przeklinam? Że celnie opisuję rzeczywistość, ale po co te wyrazy na „k” i „ch”? Otóż drodzy moi, dziennikarskie doświadczenie nauczyło mnie iż w świecie w którym żyjemy miły i grzeczny tekst nie ma prawa do życia. Jego historia krótka i wątła. Mądrego i inteligentnego tekstu nikt nie doczyta. Nikt nie udostępni, nikt kurwa nie poświęci minuty by się nad nim zastanowić. Jeżeli chcesz żeby ktoś wysłuchał co masz mu do powiedzenia – to musisz mu dziś dać w mordę. A wtedy wysłucha, przeczyta, obejrzy – i jeszcze dostaniesz Nagrodę Pulitzera. Więc nie czytaliście tych przekleństw drodzy moi czytelnicy dlatego, żem cham. Czytaliście, bo inaczej byście nie przeczytali.

W 2020 roku bardzo fajnie mi się biegało. I chuj.