W nocy z soboty na niedzielę do Polski dotarł głośno zapowiadany przez media atak mrozu – tzw. „Bestia ze wschodu”. Jest to rozległy wyż kontynentalny, czyli przemieszczające się znad Oceanu Arktycznego i północnej Rosji masy chłodnego powietrza, które na skutek różnic ciśnienia „opadają w dół” z wyższych, zimnych warstw atmosfery. Zjawisko to spowodowało dawno nie obserwowane w Polsce spadki temperatury. Przyzwyczajeni do łagodnych temperatur zastanawiamy się: czy rzeczywiście jest zimno?

Od kilku sezonów nie byliśmy w naszym kraju świadkami śnieżnej i mroźnej zimy. Zamiast dotkliwego chłodu coraz częściej byliśmy świadkami temperatur grubo powyżej zera: w kilku poprzednich latach zdarzały się rekordowe wręcz odczyty: +10 stopni Celsjusza w styczniu przestało już robić na nas wrażenie. Niemniej obecne ujemne temperatury nie powinny nas dziwić: to właśnie styczeń jest tradycyjnie najzimniejszym miesiącem w Polsce, ze średnią temperatur wynoszącą -3.3 stopnia Celsjusza. Warto jednak pamiętać o tym, że uśrednianie danych pogodowych jak rzadko kiedy potrafi prowadzić na manowce.

Przyjrzyjmy się średnim temperaturom stycznia w ciągu ostatnich lat. W 2020 roku wartość ta wynosiła 2.8 stopnia na… plusie. W 2018 roku było to +3.3 stopnia, zaś trzy lata wcześniej +2.9. Rekordowy był 2007 rok, kiedy to średnia temperatura w styczniu wyniosła aż +4.8 stopnia – czyli więcej niż „średnia statystyczna” dla Polski w marcu i listopadzie! Najzimniej w styczniu było zaś ostatnio w 1987 roku: -9.4 stopnia. Zresztą cały pamiętny 1987 rok był zimny – średnia całoroczna wyniosła wtedy zaledwie 7.4 stopnia na plusie (zimniej było jedynie w 1956 roku, +6.7 stopnia). Zaciekawionych fluktuacjami temperatury zapraszam do fajnej tabeli pokazującej średnie miesięczne z ostatnich siedemdziesięciu lat – TUTAJ

Oficjalnie najniższą temperaturę w naszym kraju zmierzono… nie na naszym biegunie zimna, czyli w Ełku, lecz… w Siedlcach. Stało się to 11 stycznia 1940 roku, podczas pamiętnej pierwszej wojennej zimy. Ustanowiony wtedy „rekord” wyniósł -41 stopnia Celsjusza. Temperaturami poniżej minus 40 stopni pochwalić się mogą także inne miasta: Żywiec, Olkusz, Poronin. Jak to jednak z rekordami bywa: są one często podważane. I tak wiele źródeł naukowych uznaje dziś Siedlecki rekord z 1940 roku za błąd pomiaru – dokonano go na poziomie gruntu, natomiast w celach porównawczych pomiar powinien zostać wykonany na wysokości 2 metrów. Różnica wydawać by się mogła niewielka, ale jest bardzo istotna. W związku z tym oficjalnym rekordem Polski powinien być obecnie pomiar z Żywca z 1929 roku – wynoszący -40.6 stopni.

O tym, jak bardzo istotne są warunki w których wykonany został pomiar może świadczyć inny nieoficjalny rekord Polski. Pomiary wykonywane w tzw. zastoiskach mrozowych – czyli w różnego rodzaj kotlinach odciętych w okresie zimowym od światła słonecznego – potrafią bywać zaskakujące. W takim własnie zastoisku mrozowym w okolicy Noweg Targu podczas zimy 1928/1929 stwierdzono na przykład aż -49 stopni.

Polska leży w obszarze klimatu umiarkowanego. Więc nie może dziwić, że nasze temperatury są dalekie od rekordów światowych. Zanim jednak do nich przejdziemy zobaczmy, jak wyglądamy w porównaniu z naszymi bliskimi sąsiadami. Rekord ujemnej temperatury dla Białorusi to -42.2, dla Ukrainy -41.9, dla Litwy -42.9, dla Czech -42.2, Słowacji -41 i w końcu dla Niemiec „zaledwie” -37.8 stopnia Celsjusza. Ale już dla naszych północnych sąsiadów rekordy są o wiele mroźniejsze: dla Finlandii to -51.5 stopni, a dla Szwecji -53. Z tych danych jasno widać jak układa się na mapie naszej okolicy geograficzna linia „rekordów”.

Najniższa temperatura zanotowana w Europie to -58.1 stopni. Ten wynik padł w 1978 roku miejscowości Ust-Szczugier na zachodnim przedmurzu rosyjskiego Uralu. Rekordowo niskie temperatury mają także kontynenty zwyczajowo uznawane za gorące: rekord Afryki to -23.9 stopnia (Maroko), Australii -23 stopnie. Jako ciekawostkę należy także podać rekord zimna na Hawajach wynoszący -10 stopni (1961) oraz -69.6 stopni zmierzone w 1991 roku na Grenlandii – wynik ten do dziś jest rekordem półkuli północnej.

W poszukiwaniu rekordu absolutnego pozostaje nam najdalszy kontynent, czyli Antarktyda. W tej kategorii jest on bezdyskusyjnie wyjątkowy i z racji jego położenia geograficznego trudno wyobrazić sobie, by mógł zostać pokonany przez inne miejsca na naszej planecie. Rekordowo niska temperatura na siódmym kontynencie, a jednocześnie współczesny rekord naszej planety, to -93.2 stopnie. Pomiaru tego nie dokonał jednak człowiek, lecz satelita meteorologiczny. A miało to miejsce 10 sierpnia 2010 roku – u nas był wtedy środek lata, ale na położonej na południowej półkuli Antarktydzie był wtedy dokładnie środek zimy.

Rekordowe -93.2 stopnie nie są jednak uznawane ze względu na satelitarny sposób uzyskania pomiaru. Oficjalne „zasady gry” mówią, że pomiar musi być dokonany przez człowieka za pomocą oficjalnej i standaryzowanej stacji meteorologicznej. W związku z tym tytuł oficjalnego rekordu naszej planety przypada obecnie innemu pomiarowi, także dokonanemu na Antarktydzie. To -89.2 stopnie zmierzone w 1983 roku na Radzieckiej Stacji Badawczej Wostok. Stacja znajduje się w odległości 1300 kilometrów od bieguna południowego, a średnie roczne temperatury w jej okolicy to minut 55 stopni. Co ciekawe, na Antarktydzie dokonano jeszcze „niższego” pomiaru. 22 lipca 2004 roku w partiach lądolodu antarktycznego satelita Landsat dokonał pomiaru -98.6 stopnia Celsjusza. Z opisanych powyżej przyczyn także ten rezultat nie jest uznawany za rekord.

W końcu dochodzimy do końca tej matematycznej wyliczanki i moglibyśmy skończyć naszą podróż. Jeżeli jednak chcemy szukać jeszcze „zimniejszych” regionów, to musimy udać się poza naszą planetę. Najniższe temperatury notowane na naszym najbliższym kosmicznym sąsiedzie – na Księżycu – dochodzą (podczas księżycowych nocy) do minus 180 stopni. Z tymi temperaturami mierzyły się skafandry kosmiczne amerykańskich astronautów podczas lądowań na Księżycu w latach 1969-1972.

Nasz satelita jest jednak całkowicie pozbawiony atmosfery, więc nie powinien w tym „konkursie” brać udziału. Zwróćmy więc swoją uwagę na Marsa, planetę o której zasiedleniu ludzkość marzy od lat. Tam przyszłoby nam zmierzyć się z temperaturami dochodzącymi podczas marsjańskiej zimy do -133 stopni Celsjusza. Tylko nieco cieplej mogłoby nam być na Ceres – najbliższej nam planecie „karłowatej” krążącej w Pasie Asteroid. Panuje tam zmienna temperatura, jednak oscylująca w okolicach -100 stopni. Zdecydowanie zimniej byłoby nam natomiast na Tytanie, największym satelicie Saturna i jedynym „księżycu” naszego układu planetarnego posiadającym gęstą atmosferę: tam nasze codzienne spacery przeprowadzalibyśmy w temperaturze -180 stopni.

Aby dotrzeć do prawdziwie piekielnego zimna musielibyśmy udać się jednak w o wiele dalszą podróż. Mowa o MakeMake – planecie karłowatej odległej ponad 52 razy dalej od Słońca niż nasza Ziemia. Na tej odkrytej w 2005 roku mini-planecie temperatura powierzchni wynosi -243 stopnie Celsjusza, zaledwie 30 stopni powyżej zera bezwzględnego. „Po prostu przenikliwie zimno”.

W ten sposób dobiegamy do końca wędrówki po skali temperatur… w kierunku w „dół”. Zimno kończy się na granicy równej zeru bezwzględnemu, czyli −273,15 stopni. Poniżej nie ma już nic – atomy zatrzymują się w miejscu i świat się kończy. Z tą granicą może konkurować już tylko temperatura osiągana przez przenikające cały wszechświat promieniowanie mikrofalowe tła. To pozostałość po „Wielkim Wybuchu”, po wydarzeniu stanowiącym początek czasu i przestrzeni. Ten szum wypełniający cały kosmos, słyszany wciąż po ponad 17 miliardach lat od „wybuchu” ma temperaturę około -270 stopni. Zaledwie trzy stopnie powyżej zera.

I to już koniec skali „w dół”. A jak wygląda skala „w górę”? To już osobna historia, na osobny artykuł!

Autor zdjęć: Anna Sawińska