Zastanawialiście się kiedyś gdzie mają miejsce największe katastrofy komunikacyjne świata? Wcale nie są to wypadki autobusów, upadki samolotów czy zderzenia czołowe pociągów. Największe katastrofy komunikacyjne to… zatonięcia promów!

Oczywiście prom promowi nierówny. I kraj w którym taki prom pływa, też krajowy nierówny. Więc największe – po względem liczby ofiar – katastrofy promów zdarzają się zwykle w krajach rozwijających się. Z powodów ekonomicznych kraje te eksploatują najstarsze jednostki – często pordzewiałe i tylko umownie utrzymujące się na powierzchni wody. Tylko na takie promy je stać. Katastrofy wynikają z lokalnych, szwankujących przepisów oraz codziennej praktyki pozwalającej na dowolne „załadowanie” jednostek ponad wszelkie limity ładowności. Swoje trzy grosze dokłada także nieumiejętna obsługa, nieprzeszkolona załoga, nieprawidłowa konserwacja oraz zwykła lekkomyślność. Natomiast wielkość tych jednostek powoduje, że w przypadku zatonięcia ofiary mogą być liczone w tysiącach.

Największe katastrofy promów:

  • Doña Paz (1987) – 4386 ofiar, Morze Filipińskie
  • MV Le Joola (2002) – 1863 ofiary, wybrzeże Gambii
  • Toya Maru (1954) – 1500 ofiar, Morze Japońskie
  • MF al-Salam Boccaccio 98 (2006) – 1272 ofiary, Morze Czerwone
  • MS Estonia (1994) – 852 ofiary, Bałtyk
  • MV Princess of the Stars (2008) – 747 ofiar, Morze Filipińskie

Oczywiście katastrofy promów zdarzają się nie tylko w ubogich krajach. Warto tutaj wspomnieć choćby zatonięcie Polskiego promu Jan Heweliusz (1993) spowodowane nieprawidłowym zamknięciem wrót i sztormową pogodą. Tragedia ta pociągnęła za sobą 55 ofiar. Przykładem może być także koreański prom Sewol, który zatonął w 2014 roku podczas rejsu wzdłuż wybrzeża tego kraju. Liczna ofiar wyniosła 306 pasażerów i byli wśród nich uczniowie koreańskich szkół średnich którzy płynęli promem na wycieczkę.

Jak dochodzi do tego typu katastrof? Najczęściej winnymi jest drastyczne przeładowanie, usterki techniczne, kłopoty w nawigacji. Przyczyniają się do nich jednak także błędy ludzkie oraz zaniechania i nieprzestrzeganie procedur bezpieczeństwa – zwłaszcza w krajach o niższej kulturze technicznej.

Zamiast opowiadać lepiej zobaczyć to na własne oczy. W dzisiejszym filmie pokazuję Wam przeprawę promową przez rzekę Gambia – główną rzekę kraju o tej samej nazwie. Wyobraźcie sobie, że jeszcze do niedawna (2018) ten przecięty na dwie połowy afrykański kraj nie miał na tej rzece ani jednego mostu! W efekcie jedynym sposobem na przedostanie się pomiędzy południem a północą były promy. Zresztą: do dziś niewiele się zmieniło gdyż wybudowany przez Chiny most znajduje się aż 130 kilometrów na wschód od stolicy kraju. Cały ruch pasażerski i tak „idzie” na promy. Wyobraźcie sobie: mieszkacie w Warszawie, a najbliższy most na Wiśle macie… we Włocławku.

Podczas naszej przeprawy promami transportowano dodatkowo ogromne, 50 tonowe ciężarówki – choć widzieliśmy je tylko podczas powrotnego, nocnego rejsu. Wtedy było „jeszcze gorzej” – wzburzone wody rzeki Gambia, wymieszane już z przypływem wód Oceanu Atlantyckiego rzucały promem na boki jak małą łódką. Ciężarówki rwały się z lin, przesuwały po dolnym pokładzie, zderzały ze sobą… A my rozglądaliśmy się za kamizelkami ratunkowymi. Owszem były… ale związane grubymi łańcuchami „antykradzieżowymi” razem z łodziami pneumatycznymi Szybko zorientowaliśmy się, że ich użycie w razie sytuacji kryzysowej nie będzie możliwe – załoga w takich wypadkach jako pierwsza opuszcza pokład nie interesując się losem pasażerów. Dotarliśmy jednak bezpiecznie na brzeg po 2 godzinach natarczywego kołysania…

Stolicę Gambii Bandżul od leżącej na północnym brzegu rzeki Barry oddziela 4-kilometrowa cieśnina. Wyzwanie dla inżynierów krajów starego świata do pokonania, jednak przy ograniczonych możliwościach finansowych Gambii jedyny na rzece most postawiono o wspomniane 130 km dalej. Tam, gdzie rzeka ma tylko czterysta metrów szerokości. To i tak ogromny skok w rozwoju tego kraju – most oznacza możliwość błyskawicznego transportu towarów pomiędzy odciętymi dotychczas od siebie regionami. Wcześniej na przewiezienie promem ciężarówki trzeba było czekać nawet tydzień!

Oba kursujące promy – bo są dwa – pamiętają lata 70-tej. Choć też nie do końca. Jeden z nich, ten bardziej rdzewiejący, niedawno wycofano z eksploatacji i zastąpiono nowym. Choć wyraz „nowy” w Afryce ma inne znaczenie niż w Europie. Nowy prom ma 16 lat i pochodzi z Ukrainy, zwodowano go w 2004 roku w Kijowie.

Niedawno drugi z promów miał przygodę: zbyt nonszalancko poprowadzony przez kapitana uderzył w nabrzeże promowe, i całkowicie je zniszczył. Prom trafił do remontu, wraz z nabrzeżem… Obecnie drugi prom dobija więc nie do portu, lecz zatrzymuje się kilkadziesiąt metrów od brzegu. Pasażerowie przesiadają się na małe, drewniane prywatne łodzie i w ten sposób dowożeni są na brzeg. Możecie to zobaczyć na końcu filmu znalezionego w Internecie.

Afryka. Gambia. Tu wszystko może się wydarzyć!