Porozmawiajmy o seksie w Gambii. I nie, nie chodzi o to jak robią to Gambijczyk z Gambijką. Chodzi o to, jak robią to Europejki z Gambijczykami.

Pierwsze co musicie wiedzieć to to, że seksturystyka w Gambii kwitnie w nieco niszowym zakresie: przyjeżdżają tutaj Europejki w podeszłym wieku, pragnące zaznać rozkoszy w ramionach silnych, młodych, doskonale zbudowanych Gambijczyków. Panie w wieku 60, 65, 70 lat, które na przeżycie pikantnego romansu w Europie nie mają już szans. Tutaj znajdą wszystko czego potrzebują.

Całe plaże wzdłuż wybrzeża Atlantyku usiane są zakochanymi parami. On: hebanowy, seksowny dwudziestokilkulatek i ona, emerytka z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii. Wcale nie królowa życia. Wcale nie bogata. Po menopauzie. Często zaniedbana, nie chodząca do fryzjera, zatłuszczona. Taka zwykła babcia sąsiadka z Waszego bloku.

Ale tutaj, w Afryce, to wciąż prawdziwa gorąca lwica. Bo przeciętna europejska emerytura w wysokości kilkuset euro wystarcza na to, by na gorącym afrykańskim wybrzeżu zostać księżniczką… Bez względu na swój wiek. Kulturalny, znający w stopniu podstawowym języki obce – a do tego niesamowicie zbudowany Gambijczyk kosztuje od 100 do 300 dolarów. Za miesiąc!

Jeżeli masz mniej czasu, to taki wspaniały Afrykanin może być Twój nawet za 200 złotych za tydzień. Dwudziestokilkuletni chłopcy, tzw.beachboys – mieszkają często na plażach pod skromnymi namiotami. Jedzą ryż okraszony rybą. Całymi dniami ćwiczą intensywnie by wieczorem wyruszyć na poszukanie swojej sponsorki.

Zasada brzmi: kto wybrzydza ten nie zarabia. Tutaj żadna dama nie może zostać sama. Wystarczy by nasza babcia wyszła z hotelu na plażę, a otoczą ją zakochani amanci. Jeżeli jednak myślicie, że chodzi tylko o zwykły szybki seks to jesteście w błędzie. Tutaj chodzi o pracę.

Młody Gambijczyk jeżeli ma szczęście i pracuje w jakimś sklepie czy restauracji, zarabia czterdzieści, pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. Gdy świadczy swoje usługi lokalnego przyjaciela przyjezdnej Europejce, zarabia kilka razy więcej.

By sprostać zadaniu młody Afrykanin jest niezwykle romantyczny. Nosi swoją wybrankę serca na rękach do oceanu, wyciera jej plecy ręcznikiem, smaruje olejkami, biega po owoce i drinki.  Chodzą razem na długie spacery, wieczorami tańczą na dyskotekach. A on wpatruje się non-stop tymi swoimi maślanymi zakochanymi oczami w jej oczy. Jakbym widział owczarka niemieckiego czekającego na nagrodę.

Oprowadza wybrankę serce po okolicy, opowiada o gwiazdach, o ptakach, o miłości. A w nocy robi to, do czego zastał wynajęty. Księżniczka jego serca wynajmuje hotel, płaci wszystkie rachunki, kupuje mu telefon komórkowy, pomaga w kłopotach. Bo nasz młodzieniec ma tym większe kłopoty, im bogatsza jest jego sponsorka. Jego mama jest w szpitalu. Brat stracił pracę. Siostra potrzebuje na studia. On sam zbiera na wyjazd do Europy by uczyć się malarstwa w Paryżu.

Yyyhhhh

Oboje udają że chodzi o coś innego. Ona udaje że nie płaci, a on udaje że jest zakochany. Wakacje jednak szybko mijają więc jego babcia – przepraszam! ukochana – wyjeżdża, i zostawia go samego. Co wcale nie oznacza końca znajomości. Choć tego samego dnia wraca on na plażę i szuka nowej ukochanej, to swoją sponsorkę będzie bombardował przez kolejny rok smsami i mailami. O tym jak tęskni, jak kocha, jak potrzebuje jej pomocy i wsparcia. Jak mu jej brakuje. Tylko od rozsądku turystek zależy jak długo i jak wspaniałomyślnie wspierać będą swojego afrykańskiego wnuczka.

I możecie krytykować to co Wam teraz opowiedziałem, ale taki właśnie jest tutaj mechanizm. Jak podsumował mój znajomy: w Afryce nawet 80-letnia babcia może za kilkadziesiąt euro przeżyć miłość życia. Nie oceniam i Wy nie oceniajcie. Starzy, grubi, łysi emeryci z Europy jeżdżą do Tajlandii by za kilkadziesiąt dolarów uprawiać seks z młodymi kobietami o których w normalnych okolicznościach nie mogliby nawet pomarzyć. A do Afryki jeżdżą ich byłe żony – emerytki i rencistki – by zaznać tego samego za jeszcze mniejsze pieniądze. 100 do 300 dolarów za miesiąc.

Gdy patrzy się na plażę pełną babć chodzących za rączkę z gambijskimi 20-latkami, wygląda to wręcz karykaturalnie. Ale zupełnie tak samo, jak na plażach Wietnamu czy Indonezji gdzie brzuchaci dziadkowie prowadzają się z seksownymi małolatami. Z tą tylko różnicą, że tutaj w Afryce płacą kobiety. Oczywiście mężczyźni też płacą, ale to historia na osobną opowieść.

Mieszkający od wielu lat w Gambii Pan Andrzej tak opisał mi sytuację:

Biały w Afryce – bez względu na płeć – postrzegany jest jako chodzący bankomat. Wiedzą o tym wszyscy, bo to żadna tajemnica i nic odkrywczego. Czy mężczyzna, czy kobieta – oboje stają się od momentu wyjścia z lotniska celem polowania. Nawiązanie relacji z turystą to pierwszy krok – dobrzy wujkowie, pomocniczy taksówkarze, uśmiechnięte dziewczyny w hotelu. To nie jest Rosja w której przystawią Ci pistolet do głowy i zażądają pieniędzy… wbrew pozorom, tutaj obowiązują cywilizowane zasady.

Poznany mężczyzna zostanie Twoim najlepszym przyjacielem, a poznana dziewczyna – będzie Ci tańczyć wieczorami do snu. Jednak szybko oboje zaczną dzielić się z Tobą swoimi problemami, a Tobie będzie trudno odmówić pomocy „bo przecież to tylko kilka dolarów”. Zanim się obejrzysz okaże się że utrzymujesz wyimaginowaną szkółkę piłkarską dzieciaków z wioski w głębi lądu albo wyposażasz w lodówkę i nowy telewizor rodzinę przyjaciółki. W rzeczywistości szkółka nie istnieje, a dziewczyna której kupiłeś prezent od razu przekazała go dalej do spieniężenia. 

Seks jest dostępny na każdym kroku. Jeżeli jesteś mężczyzną, pójdzie z Tobą każda niezamężna dziewczyna której zaproponujesz kawę. Nie dla seksu, nie dla banknotu, tylko dla szansy spędzenia tygodnia w wygodnym hotelu i wyciągnięcia od białego człowieka kilku wartych kilkanaście dolarów prezentów. Jeżeli jesteś kobietą, to nie musisz robić nic poza wyjściem z hotelu, by poznać w ciągu dosłownie chwili – zupełnie przypadkowo – malarza obrazów, poetę czy kochającego swój kraj „afrykanera” pragnącego ratować kulturę.

Na drugi dzień zaprowadzi Cię on / ona do sklepu rodziców / brata / stryja który go / ją wychował (bo rodzice nie żyją) – a Ty widząc biedę pomożesz im w jednym z setek problemów. Zapłacisz za unikalną drewnianą maskę sprzedawaną spod lady „tylko dla przyjaciół”, kupisz im na targowisku za 10 dolarów wentylator lub dasz na buty dla malutkiego, bosego wnuczka – a gdy zabraknie akurat w okolicy maluchów – dla nastolatka chcącego zostać piłkarzem. Co ciekawe nie będzie to wcale sklep jego rodziny, identyczne maski znajdziesz na drugi dzień za 1/10 ceny na miejskim targowisku a wentylator jeszcze tego samego dnia wróci na półkę sklepu z którym Twój przyjaciel lub przyjaciółka ma deal 50/50.

Seks? Seks otrzymasz w pakiecie znajomości – jako jeden z najbardziej skutecznych haczyków.

Seksturystyka to wielki, globalny, dochodowy biznes. W powszechnej świadomości słyną z niego głównie kraje Azji Południowo-Wschodniej gdzie w krajach takich jak Tajlandia czy Indonezja mężczyźni w każdym wieku realizować mogą swoje dowolne fantazje seksualne. To jeden z wielu popularnych w opinii publicznej stereotypów. W rzeczywistości seksturystykę spotkamy niemal na całym świecie, a jej konsumentami nie są wyłącznie mężczyźni.

Co jakiś czas czytam „odkrywcze” artykuły opisujące zjawisko wakacyjnego seksu z tzw. osobami spoza swojego kręgu kulturowego. Już samo takie określenie pokazuje mantrę poprawności politycznej utrudniająca rzetelną rozmowę na ten temat. Zwykle zjawisko seksturystyki oceniane jest negatywnie – jako forma wykorzystywania kobiet z biedniejszych krajów przez bogatych mężczyzn z kręgów cywilizacji europejskiej. W przypadku sytuacji odwrotnej, gdy to kobieta jest „konsumentem” usługi, zwykle mamy do czynienia z mniej lub bardziej romantycznymi historiami o wakacyjnej fascynacji, zauroczeniu egzotyką, o chwilach słabości i zapomnienia. Zauważyłem też, że zwykle autorami tych artykułów są kobiety, co pozostawia charakterystyczny – emocjonalny – odcisk palca na tekstach.

O tym, że na temat seksturystyki piszą częściej kobiety świadczą choćby nadawane artykułom tytułu. „Wakacyjna miłość z Egiptu – czy ma szansę przetrwać?”, „Rok w raju u boku Arabskiego Księcia” albo najnowszy hit jaki znalazłem niedawno w jednym z dużych portali: „To miała być wakacyjna przygoda a znalazły dużo więcej”. W środku znajdujemy zwykle mniej lub bardziej infantylne opowieści oparte trochę na stereotypach (z którymi oczywiście autorzy walczą!) a trochę na opowieściach koleżanki „która w Maroku była i opowiedziała”. Efekt? Przynajmniej dla mnie – tekstowe papki udające „Seks w wielkim mieście”.

Ja jednak jestem mężczyzną i takich na poły zmyślonych oraz niedopowiedzianych historii w moim artykule nie znajdziecie. Na przykładzie najmniejszego kraju Afryki – Gambii – przedstawię Wam „surówkę”, czyli nagie fakty i zasady rządzące tutejszą seksturystyką. Będzie konkretnie i bez dopieszczeń – bez zachodów słońca w tle i raczej bez happy endu.

Zanim przejdziemy do konkretów chcę Wam zaproponować mały eksperyment: opiszę Wam dwie sytuacje, a Wy zanotujcie w pamięci swoje reakcje:

Marek, 44 letni biznesmen z Krakowa: „Podczas wakacji w Tajlandii, na które wybrałem się wraz z kolegami z pracy, już drugiej nocy na dyskotece poznałem sympatyczną i piękną, 22-letnią Tajkę. Była bezpruderyjna i chętna, dla moich kolegów przyprowadziła na drugi dzień koleżanki. Nie wyobrażacie sobie co to były za imprezy – jak w jakimś Hollywoodzkim filmie. Dziewczyny mieszkały z nami przez tydzień w apartamencie który wynajęliśmy, kosztowało to nas sto dolarów za dobę na trzech! A one do tego jeszcze nam gotowały i sprzątały!”

Sabina, 38 lat, właścicielka salonu mody w Łodzi: „Nasz hotel w Maroku miał taki piękny, nowoczesny basen z wielkim jakuzzi. I na nim właśnie był młody, niesamowicie przystojny chłopak który roznosił drinki. Tak długo się wpatrywał tymi czarnymi oczami, tak długo zagadywał, komplementował, był na każde moje skinienie – że w końcu uległam. Jeździliśmy przez dwa tygodnie po Maroku, pokazywał mi piękne miejsca, opowiadał o swoim kraju i kulturze. Ja oczywiście płaciłam za hotele i wynajem auta, za te wszystkie atrakcje – bo jego nie było na to stać jako zwykłego kelnera. Ale mówi że chciałby przyjechać do Europy studiować języki obce i chyba mu w tym pomogę bo to nie była zwykła, wakacyjna miłość”.

Oczywiście obie „historie” są zmyślone na poczekaniu, aczkolwiek takich sytuacji w sezonie wakacyjnym są  na świecie setki tysięcy. Chcę tylko byście zastanowili się jak oceniacie postawę Marka i Sabiny – i nie chodzi o to, czy źle, czy dobrze. Jeżeli oceniacie je obie TAK SAMO to jesteście gotowi na ten artykuł. Jeżeli inaczej, jeżeli Marek to zuch a Sabina jest puszczalska – lub Marek to cham a Sabina to romantyczka – to stawiam orzechy przeciw żołędziom, że z moim artykułem będziecie mieli problem… Gdyż trudno Wam będzie zaakceptować fakt iż oni oboje są odbiorcami tego samego towaru: usług seksturystyki.

Oboje mniej lub bardziej świadomie zostali płatnikami najstarszego biznesu świata.

Marek został poderwany przez Tajkę (lub Indonezyjkę itd.), która jak miliony innych żyją z turystów. To nie są prostytutki. One udają, że dają się poderwać zagranicznym mężczyzną by żyć na ich koszt. Czasem miesiąc, czasem krócej. Za mniejsze lub większe prezenty. Pomogą zwiedzić kraj, potowarzyszą wieczorem i nocą, zamieszkają z bogatym turystą a nawet upiorą mu skarpetki. Jest nawet specjalna nazwa takiej relacji: wakacyjna żona. Zresztą – niektóre z nich zostaną prawdziwymi żonami – na jakiś czas, bo większość takich związków jest nietrwałych.

Sabinę rozkochiwał w sobie zawodowy beach boy, czyli chłopak żyjący z kobiet. On także nie jest zwykłą męską prostytutką do wynajęcia na godziny. Jego oferta jest o wiele bardziej rozbudowana: towarzystwo, masaże, długie spacery plażą. Czułe wpatrywanie się w oczy wybranki, trzymanie się za ręce i wyznania miłości w cieniu tropików. W zależności od kraju Ci młodzi chłopcy mają różne nazwy, ale ich strategia jest z gruntu podobna: przekonać o swoim uczuciu, rozkochać, uzależnić – a potem wciągnąć w system pomocy i wyłudzania pieniędzy. Bo choćby nie wiem jak to wyglądało, to zawsze mechanizm sprowadza się jednak do pieniędzy.

Opowiadane historie – zarówno przez mężczyzn jak i kobiety – oszałamiają. Bieda, potrzeby, problemy zdrowotne. Sami oczywiście nie mają dzieci, ale „siostra ma dzidziusia”, brat ma córeczkę, sam mam małe rodzeństwo. Ukradli  mi telefon, tęsknię, nie mam jak do Ciebie napisać. Przyślij chociaż notebooka, córka siostry narysowała dla Ciebie obrazek… ale nie mam jak go zeskanować, mógłbym kupić okazyjnie skaner ale nie mam za co. I tak w kółko. Z pomysłowością przy wymyślaniu problemów które rozwiążą przesłane pieniądze konkurować może tylko chęć uwierzenia w te kłamstwa.

Oczywiście ktoś powie, że zdarzają się przecież wyjątki. Że czasem „się udaje”. No pewnie że tak – udało się choćby w słynnym filmie „Pretty Woman” – tam bogaty i przystojny biznesmen zakochał się w prostytutce, a ta okazała się fantastyczną dziewczyną. Super. Tylko, że to jest film. A śmiejemy się z naszych babć, że 60 lat temu wierzyły we wszystko co zobaczyły w telewizorze.

Wejdę teraz na bardzo grząski grunt. Zauważcie, że gdy mężczyźni w krajach azjatyckich sypiają z młodymi kobietami, to jest to piętnowane jako wykorzystywanie kobiet. Jako przejaw ohydnej seksturystyki. Gdy kobiety opłacają kochanków w krajach Afryki – nazywa się to egzotyczną / wakacyjną miłością oraz uleganiem fascynacji obcą kulturą. Coś tu jest nie tak, prawda? Kali kraść krowy – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle?

Czy słyszeliście kiedyś opowieść o tym jak to „Pan Darek uległ fascynacji obcą kulturą i wylądował w łóżku z młodą Wietnamką rewanżując się na drugi dzień prezentem – jeansowymi spodniami”? A to męska, szowinistyczna świnia. Ale „Jessica przeżyła upojny tydzień w Afryce podróżując z przystojnym i szarmanckim Marokańczykiem i pokrywając ich wszystkie wspólne wydatki” – to już temat na pełen westchnień romans i powód to zastanawiania się czy ten związek ma szansę przetrwać.

Tymczasem bądźmy szczerzy – w obu przypadkach chodzi o ten sam mechanizm. Oboje – i Darek i Jessica – są konsumentami płatnego seksu w którym walutą są hotele, podróże, wygodne życie oraz upominki. Bo nie rozmawiamy teraz o prostytucji ulicznej w której płaci się banknotami a usługa trwa godzinę. Rozmawiamy o bardziej zawoalowanej wymianie świadczeń.

Nie oceniam i Wy nie oceniajcie. Ten artykuł nie jest o ocenianiu.