Liban

Kana Galilejska to miejsce w którym zgodnie z przekazami biblijnymi miał miejsce pierwszy sprawiony przez Jezusa cud – przemiana wody w wino. Cała rzecz wydarzyła się podczas wesela w w pewnej grocie…
Read More
Wsiadam do pociągu, otwieram okno i patrzę na peron. Wysikawszy się dżentelmeni walą browary i zaciągają się papierosami. Nasze spojrzenia krzyżują się. Po chwili jeden z nich trzymając się ledwie na nogach drze mordę: Co się kurrrrwa gapisz, chcesz wpiełdol?
Read More

Omar jest naszym przewodnikiem po południowym Libanie. Zawsze chciałem zwiedzić starożytny Tyr, mekkę budowniczych statków oraz miejsce zwycięstwa Aleksandra Macedońskiego – triumfu cierpliwości nad pewnością siebie obrońców tego miasta. Niestety obecny Tyr nie przypomina w niczym starożytnego miasta, postanawiamy więc zwiedzić także północ kraju.

Omar twierdzi, że spokój mieszkańców Tyru gwarantuje wojsko. Gdyby nie ono, region wpadłby w ręce Hamasu albo Hezbollachu i byłoby źle. Jednak mieszkańcu położonego w centrum kraju Bejrutu uważają inaczej. Wojsko jest złe, ciągle tylko przeszkadza, dość już wojny i wojskowego reżimu. Nie bardzo to rozumiem, bo jeżeli nie wojsko to kto będzie gwarantem spokoju w Bejrucie? Każdego wieczoru widzę przetaczające się przez centrum miasta pickupy z bojownikami. W rękach kałasze, na twarzach bandany. Gdyby nie wojsko – przejęliby miasto w kilka dni.

Jedziemy na północny-wschód, do Balbek. Tam rządzi Hezbollach. Na parkingu Omar każe nam wsiadać do auta, to niedobrzy ludzie – mówi. Na drugi dzień zmieniamy przewodnika na innego. W hotelu ktoś zaproponował nam innego kierowcę, a ten oczywiście ma inne zdanie. Wojsko i Hamas źli – Hezbollach dobry!

Kolejnego dnia jedziemy na północ, do Trypoli, pod granicę z Syrią. Nasz kierowca jest bardzo niezadowolony. Trypoli to złe miejsce, tam jest ISIS. Mimo to dojeżdżamy… i uciekamy po godzinie w podskokach, ale to temat na osobną opowieść. Gdy w końcu oddalamy się od Trypoli na kilkanaście kilometrów kierowcy wraca humor. Proponuje, że zabierze nas jutro do dzielnicy Hezbollachu w Bejrucie. Oponujemy, że to chyba niezbyt bezpieczne miejsce…

– Nic się nie martwcie. Będziecie ze mną, nikt Was nie ruszy. Pokażę Wam chłopaków i fajne miejsca.

– No ale tam przecież jest Hezbollach – mamy jeszcze wątpliwości.

– A Wy myślicie, że ja to skąd jestem? Że jestem zwykłym kierowcą z hotelu? Też jestem z Hezbollachu. Ze mną możecie tam wjechać – śmieje się szeroko nasz kierowca…

Oto właśnie Liban – kraj poszatkowany jak szwajcarski ser.

#Liban