Przyznam Wam, że jestem zaskoczony końcową oceną Gambii. Zapamiętałem ten wyjazd jako jeden z najciekawszych  i najbardziej udanych z mojej powoli już dość dużej liczby wypraw. Ocena końcowa – zaledwie 56 procent – jest dla mnie z perspektywy czasu zaskakująca. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i choć oczywiście można powiedzieć, że cząstkowe oceny które wystawiam oraz ich późniejsze sumowanie gubią po drodze romantykę i przygodę, to jednak „system jest system” – może nie idealny ale trzeba z pokorą uznać rezultat punktowy. Bo który system oceniania czegoś takiego jak wyprawy podróżnicze jest idealny? Żaden.

Przy ocenie lokalizacji zacząć musimy od tego, że są dwie Gambie. Jako kraj oczywiście jest jedna, ale Gambia dla turysty i Gambia dla podróżnika to zupełnie dwa osobne kraje. Dwa światy. Turysta przywieziony na tutejsze piękne wybrzeże Atlantyku, posadzony w jednym z coraz bardziej licznych resortów turystycznych, raczej nie zobaczy prawdziwej Gambii. Zobaczy zachody Słońca, tańce, plażę, baseny i innych dżentelmenów podobnych sobie. Może zobaczy coś więcej, pod warunkiem że skorzysta z raczej wąskiej oferty wycieczek fakultatywnych (płatnych) – gdyż w Gambii miejsc, które można pokazać zwykłemu turyście za wiele nie ma. Nie zobaczywszy więc prawdziwej Gambii taki turysta wyjdzie po dwóch tygodniach zadowolony i pod wrażeniem. Było ładnie… i tyle.

Gambia numer dwa, ta dla podróżników, zaczyna się po opuszczeniu turystycznych enklaw. I tę właśnie Gambię chcę tutaj ocenić. Czas na konkrety.

Egzotyka – 3/5 – Gambia jest egzotyczna jak cała „Czarna Afryka”. Jest tutaj wielka rzeka Gambia, która rządzi krajem, jest religia która dla europejczyków jest wyzwaniem, i są wsie, w których ludzie wciąż chodzą półnadzy. Nie mogę jednak wystawić wyższej oceny, gdyż wszystkie te elementy zebrane razem nie wytworzyły żadnej dodatkowej i wyjątkowej wartości. 

Bezpieczeństwo – 4/5 – Podczas całego pobytu czułem się bardzo bezpiecznie. Tylko jeden raz, pierwszego dnia, spotkałem się z negatywną reakcją społeczną, a żołnierzy wystarczyło po prostu zaakceptować (choć to normalne łapówkarstwo jest, a nie pomoc „na herbatę”). Minusami są krajowcy, którzy próbują Cię orżnąć przy każdej okazji i nie dotrzymują umów, no ale… to Afryka. Takie są tutejsze zasady.

Przyroda – 2/5 – Niewątpliwie wielki minus. Przyroda w Gambii jest w absolutnym odwrocie. Momentami ma się wrażenie, że to jeden wielki śmietnik świata. Przy całym potencjale tego kraju to właśnie przyroda ponosi największe konsekwencje wzrostu populacji. Mieszkańcy Gambii wciąż ogrzewają się w nocy ogniskami – spalając w nich okoliczne drzewa i śmieci. Każdego roku używają coraz więcej foliowych opakowań i plastiku, a sprzątanie polega na wyrzucaniu WSZYSTKIEGO za okno w myśl zasady, że „wiatr rozwieje i posprząta”. Będzie tylko gorzej… i obym się mylił.

Łatwość wyprawy – 2/5 – Jest łatwo, jeżeli macie już pewne doświadczenie z tego rodzaju krajami. Oczywiście mówię o wersjach indywidualnych podróży, bo o „resortowych wakacjach” szkoda słów – w takim przypadku wszystko dzieje się poza Waszymi plecami, a Wy tylko wygodnie płacicie. By zorganizować prywatny wyjazd do Gambii potrzebujecie internetu i podstawowych umiejętności negocjacyjnych. Jeżeli jednak tego nie ogarniecie, to Gambijska ulica was przemieli i wykorzysta już pierwszego dnia. Taksiarze zawiozą Was do innych hoteli, sklepikarze wepchną lewy towar, a hotele oskubią na miękko dodając nieistniejące usługi. Podróżnicza szkoła przetrwania jest tutaj spora, ale wyzwania na szczęście sprowadzają się głównie do problemu „jak nie dać się nabrać”. Więc można sobie z tym poradzić samemu lub… od czasu do czasu dać się naciągnąć i nie robić z tego niepotrzebnego stresu.

Ekonomia wyprawy – 3/5 – Pamiętałem, że wyjazd do Gambii wyszedł mnie tanio, więc nieco jestem teraz zdziwiony, że wcale nie tak tanio jak myślałem… Problem w tym, że byliśmy w tym kraju bardzo krótko i poniesione koszty nie zdążyły się rozłożyć na wiele dni pobytu – stąd dość średnia ocena w tej kategorii. Musicie poznać też pewne tutejsze powiedzenie funkcjonujące wśród rezydentów: „Jeżeli nie stać Cię na życie w Europie – jedziesz do Indii. Jeżeli nie stać Cię na życie w Indiach, przyjeżdżasz do Gambii”. Bo jak już w Gambii się zadomowicie, to jest bardzo tanio.

Spróbujcie sami!

Z finansowym podsumowaniem wyprawy do Gambii mam ten problem, że wyprawa miała miejsce trzy lata temu, a ja dopiero dzisiaj staram się ją finansowo rozliczyć i ocenić. Muszę więc opierać się na pamięci, która jak wiadomo potrafi płatać figle. Dodatkowo – i o tym musicie pamiętać czytając to podsumowanie – przez te trzy lata wiele mogło się w Gambii zmienić.

Zacznę może od końca: gdy po powrocie do Polski opowiadałem znajomym o tym wyjeździe, wszyscy uważali że musiał on dużo kosztować. Gambia wydaje się dalekim egzotykiem, takim, który w biurach podróży leży na półkach z napisem „na bogato”. Na pytanie „Jak Wam się wydaje, ile kosztuje wyjazd do Gambii?” średnia odpowiedzi wśród znajomych oscylowała w okolicach 8 tysięcy złotych. Nic bardziej mylnego: do dziś wyprawa do Gambii jest dla mnie przykładem, że podróżowanie może kosztować mało, o ile robi się to z głową i na własną rękę.

A teraz poszczególne składowe „z pamięci”:

Bilety lotnicze – Na wyjazd na maraton do Gambii zdecydowaliśmy się praktycznie z dnia na dzień. Decydującym elementem była umiarkowanie atrakcyjna cena przelotu z Polski. Z dystansu czasu muszę przyznać, że ta cena wcale atrakcyjna nie była – za bilety lotnicze na trasie Warszawa – Bruksela – Marakesz – Bandżul (stolica Gambii) zapłaciliśmy 1900 złotych od osoby. Oczywiście to cena za przelot w obie strony.  Wybraliśmy tę nieco skomplikowaną drogę pełną przesiadek by zaoszczędzić raptem kilkaset złotych. Owe oszczędności okazały się dość iluzoryczne: to co zaoszczędziliśmy – szybko pochłonęły wydatki na jedzenie na lotniskach podczas przesiadek oraz wymagana zmiany lotniska w Brukseli (co wymagało z kolei zakupu drogich w Belgii biletów na autobusy i pociągi)

Update: obecnie ceny lotów z Warszawy do Gambii są zaporowe. Bilety na sierpień kosztują od 4.500 PLN w górę. Ale już np. z Berlina dolecicie za 2.500 złotych

Koszty dodatkowe lotu – to wspomniane powyżej jedzenie na lotniskach (łącznie droga zajęła nam 22 godziny…) oraz transport w Brukseli. Na ten cel poszło dodatkowe 300 złotych na osobę.

Wiza – jeżeli dobrze pamiętam, to wizy dla obywateli RP nie były wymagane – ale było z tym jakieś zamieszanie. Nocne lądowanie w Bandżul pamiętam jak przez mgłę, więc trudno mi ostatecznie powiedzieć, co i jak: zresztą i tak mogło się to już zdezaktualizować. Zamiast wizy na udających się do Gambii podróżnych czeka od 2019 roku nowa niespodzianka, taka typowo afrykańska: po wylądowaniu trzeba na lotnisku uiścić dodatkową opłatę „za użycie lotniska” w wysokości 20 dolarów. To taki „dodatkowy dodatek” wymyślony ad hoc, żeby „przystrzyc” turystów. Opłata ma niby pokryć koszty modernizacji lotniska, ale pamiętajmy gdzie jesteśmy… to Afryka.  Pół Gambii mówi o tym, że te 20 dolarów idzie do prywatnych kieszeni. Tak czy inaczej dolarowy „podatek za korzystanie z lotniska” trzeba zapłacić gotówką na lotnisku. I tyle.

Taksówka z/na lotnisko – Międzynarodowe lotnisko w Bandżul jak wiele lotnisk na świecie położone jest w szczerym polu, zupełnie nigdzie. Nie liczcie raczej na środki komunikacji publicznej oraz tanie sposoby, gdyż wjazd na teren lotniska jest blokowany dla prywatnych busików już kilka kilometrów przed lotniskiem. Trzeba korzystać z taxi, które czekają pod terminalem lub umówić się wcześniej z właścicielami noclegów żeby przysłali po Was transport (w ustalonej wcześniej cenie!). Inaczej czeka Was z góry przegrana walka – taksówkarze wiedzą, że stać Was zapłacić kilkadziesiąt dolarów za wywiezienie z lotniska i te 100 złotych minimum będziecie musieli zapłacić. Naszą dwójkę transport z lotniska (i powrót) kosztował 200 złotych na dwóch. Czyli po 100 złotych od osoby.

Noclegi – wszyscy wiemy, że do temat rzeka. Można zapłacić za noclegi i kilkadziesiąt, i kilkaset złotych za dobę. My wybraliśmy opcję bardzo skromnych pokoików wynajętych od jednego z Polaków mieszkających w Gambii od kilku lat. Cena wynosiła 10 dolarów za dobę / za pokój 1-osobowy (ze śniadaniem). Tanio, ale np. woda do kąpieli z wiaderka. Łącznie na ten cel każdy z nas wydał po 40 dolarów, czyli po ok. 150 złotych od osoby. Standard naszych noclegów był absolutnym minimum akceptowalności.

Malarone – paczka tabletek na malarię, cena ok 180 złotych. Jeżeli nie planujecie poruszać się poza ośrodkami wypoczynkowymi i stolicą kraju, możecie spokojnie zrezygnować z tego wydatku. Jeżeli jednak chcecie wyruszyć na wschód kraju, czy pływać choćby łodzią po rzece Gambia itd. – warto zaopatrzyć się w ten lek i stosować go zgodnie z instrukcją.

Opłata startowa za maraton – 10 dolarów, płatne gotóweczką do łapki organizatorów na stacji benzynowej.

Transport wewnętrzny – W Gambii dla podróżników – jeżeli chodzi o ceny przejazdów wewnętrznych  – istnieją trzy stopnie wtajemniczenia. Pierwszy to oferta dla „turystów”: jesteś biały, to płacisz wymyśloną na poczekaniu cenę (która nie ma żadnego uzasadnienia). Drugi poziom wtajemniczenie to cena po negocjacji: spokojnie możesz zbić cenę dowolnego transportu o 50, 60 czy 80 procent. Kwestia jak dobrze czujesz się w takich ulicznych negocjacjach – jeżeli umiesz ostentacyjnie mówić NIE i odejść lub wysiąść – będzie dobrze. Oraz trzeci, ostatni krąg wtajemniczenia: ceny prawdziwe. W tym celu należy korzystać ze zbiorowych środków transportu – tych, którymi jeżdżą na co dzień Gambijczycy. Wtedy płacimy nawet 1/50 ceny z kręgu pierwszego. I nie miejcie wyrzutów sumienia – i tak policzą Was drożej. W tej wersji trzeba jednak umieć poruszać się lokalnymi środkami komunikacji, odnajdywać „przystanki” i zatrzymywać pojazd podczas trasy żeby wysiąść w odpowiednim miejscu. My na takie „transporty” wydaliśmy około 50 złotych przez cały pobyt (na osobę).

Wynajem kierowców – co jednak zrobić, gdy chcecie wyruszyć w całodniową, bardzo skomplikowaną wyprawę? Wtedy najlepiej jest wynająć na cały dzień jakiegoś kierowcę wraz z jego autem. Trzeba określić dokąd jedziemy, ile to będzie kilometrów (trzeba im policzyć, bo sami mogą nie wiedzieć) i negocjować, negocjować i jeszcze raz negocjować. Pamiętajcie, że bez względu na ustalenia kierowca i tak najprawdopodobniej będzie Was próbował naciągnąć na dodatkowe pieniądze. Będzie twierdził, że cena paliwa nie była w cenie i musicie mu auto zatankować, będzie udawał awarię, a po powrocie będzie cmokał, że za tanio i musicie dołożyć. To Afryka i musicie sobie radzić. Auta wynajmowaliśmy dwa razy i poszło na ten cel 400 złotych na dwóch.

Prom na rzece Gambia – cena to było raptem kilka złotych. Trzy? Pięć? Nawet nie warto o tym mówić, ale pamiętajcie że płyniecie razem z owcami i całą okolicą, która akurat chce przedostać się na drugi brzeg. Cena za wejście do kabiny VIP – z teoretyczną klimatyzacją – jest kilkanaście razy droższa.

Wynajem łodzi – dwa razy wynajmowaliśmy łódź: raz, żeby dopłynąć na Wyspę Niewolników Kunta-Kinteh, i raz, żeby popływać po dopływach rzeki Gambia. Ceny negocjujecie do upadłego, choć czasem nie ma za bardzo z kim i trzeba brać co jest – a wtedy negocjować trudno. Zdarzył nam się przypadek, że chcieliśmy na godzinę wynająć kajak. Właściciel wyszedł z jakiegoś namiotu, zobaczył „białych” i chciał za to 150 złotych za 3 godziny. Stwierdziliśmy, że oszalał i możemy dać mu 50 złotych za godzinę (co i tak było stawką wołającą o pomstę do nieba). Był to ten typ biznesmena, któremu wszystko wisi: od tygodnia nie wynajął żadnego kajaka ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Obraził się i wrócił do namiotu. Na wynajem dwa razy drewnianej łodzi motorowej zapłaciliśmy kilkadziesiąt złotych, niech będzie, że wyszło po 80 złotych od osoby.

Łapówki – Łapówki płaciliśmy przy różnych okazjach, choć nigdy nie były to typowe „masz w łapę” lecz zawsze ubierane przez lokalsów w formę „pomocy”. Nie wypada nie dać 10 złotych żołnierzowi stojącemu z karabinem na wlocie do kolejnej wioski. Zwłaszcza, gdy ten żołnierz zatrzymał Cię i pcha lufę kałasza to środka auta. Problem w tym, że albo się wyjdzie poza tę strefę komfortu i mimo wszystko odmówi – albo trzeba płacić przy wjeździe do każdej kolejnej wioski. A tych wiosek jest dużo. Temat opisałem szczegółowo w jednym z odcinków tej podróży i tam szukajcie szczegółów. Łącznie na takie różne „podziękowania” poszło ok 40 złotych od osoby.

Jedzenie – wszystko zależy od tego, gdzie się stołujecie. W restauracjach, w turystycznej dzielnicy Senegambia, jest ładnie i swojsko, ale kilka razy drożej niż na mieście. W dodatku – jedzenie i tak jest wstrętne. Ogólnie w Gambii nie spodziewajcie się dobrego, lokalnego jedzenia. „Lokalne jedzenie” to ryż okraszony rybą z oceanu – i tyle. Kolorytu nie dopełnia fakt, że Gambijczycy raczej nie umieją gotować. Zamówiona w restauracji pizza za kilkadziesiąt złotych nadaje się bardziej do wieczornych walk ulicznych niż do jedzenia. Tak samo drogie, bo przeznaczone „pod turystów”, są owoce na plaży: korelacji pomiędzy ich ceną, a ceną owoców 100 metrów od plaży – nie ma żadnej. „Stołując” się na mieście musicie być już w pewien sposób doświadczeni – obiad może kosztować nawet 1.5 złotego ale… ale trzeba umieć go zjeść. I trzeba umieć zaakceptować miejsce, w którym się go zje, co bywa dość dyskusyjne gdyż standardy kuchni odbiegają od norm nie tylko europejskich.

Ogólnie jedliśmy skromnie, bo nawet nie było szczególnych okazji do jedzenia na bogato: wystarczały nam śniadania jedzone na noclegu, oraz jakieś niewielkie zakupy w sklepikach za kilka złotych. Pizza „zaczepno-obronna” kosztowała 30 złotych a była smaczna niczym zawleczka od granatu przeciwpancernego. Myślę, że na jedzenie w pięć dni nie wydaliśmy więcej niż 100 złotych od osoby (a pewnie i mniej)

Alkohol – cena zależy jedynie od tego, gdzie kupujesz. Możesz kupić piwo za 1 złoty a nawet mniej, a możesz i za tę samą butelkę zapłacić 20 złotych w Senegambii lub w jakimś przypadkowym podłym barze do którego specjalnie przywiezie Cię kierowca (mający tam prowizję). O cenie w takich miejscach decyduje Twój kolor skóry. Porządnych sklepów nie ma, więc trzeba kupować towar byle gdzie, bez lodówek i z przypadku.

Napiwki i „bratnia pomoc” – to kategoria określająca ile wydacie na wsparcie nowych przyjaciół, u spotkanych potrzebujących, czy u kolegi brata zięcia córki męża sprzedawczyni arbuzów. Nie ma limitu w żadną stronę. Dobre serce kosztuje!

Pamiątki – na głupotki z tej kategorii wydałem jakieś 80 złotych: kiepska podróbka maski (jakżeby „oryginalnej”), kilka magnesów i patyk, który był chyba ledwo zastrugany – ale za to przez bose i chyba 5-letnie dziecko sprzedawcy bębnów.

Podsumowanie:

Łącznie podczas pięciu dni pobytu wydałem 3.140 złotych (w tym bilety lotnicze). Wyszło więc po 628 złotych na każdy dzień, ale przy dłuższym pobycie np. 2 tygodniowym spokojnie średni koszt spadnie poniżej 300 złotych. Dzienna dawka w naszym przypadku wynikała z ceny biletów lotniczych i krótkiego pobytu: gdy odrzucić koszt biletów, to samo życie i zwiedzanie w Gambii kosztowało mnie 1240 złotych na pięć dni, czyli 248 złotych / dobę.

Najbardziej oszczędziliśmy na hotelu (jednak kosztem standardu i lokalizacji), a najwięcej wydaliśmy na wynajem środków transportu i zwiedzanie.