Muzeum w Krakowie nie jest może NAJWIĘKSZE z tych, które miałem do tej pory okazję zwiedzić, ale mimo to jest DUŻE. Zajmuje teren dawnego lotniska Rakowice-Czyżyny, a w jego skład wchodzi kilka hal – w tym nowoczesny główny budynek „wejściowy” oraz kilka historycznych hangarów – plus wystawa zewnętrzna położona na otwartej przestrzeni. Miłym zaskoczeniem dla miłośników militariów jest fakt, że placówka nie gnieździ się w jakimś ciasnym miejscu jak wiele innych tego typu muzeów (w których eksponaty leżą dosłownie jeden na drugim). Tu można poczuć w końcu przestrzeń!
Jednak o samym muzeum – jego historii i zbiorach – chyba nie ma sensu opowiadać; wszyscy, którzy interesują się militariami już tam byli i doskonale wiedzą co i jak. Regularnie w mediach społecznościowych oglądam dziesiątki pochodzących z Krakowa zdjęć, które wracają jak bumerang. Nie jestem w stanie dodać nic więcej ciekawego – opisano tu już chyba wszystko.
I dlatego wrócę do zdania z leadu mojego artykułu: nad zdjęciami zrobionymi w krakowskim muzeum lotnictwa ugrzązłem na 20 miesięcy. Wyobraźcie sobie: je wszystkie trzeba przecież obrobić – a to wyzwanie, które paraliżuje już na samą myśl. W pierwszym etapie wyrzuciłem duble oraz fotografie nieudane: nieostre, nieciekawe, zbyt ciemne albo spudłowane. Z dziewięciuset zostały czterysta cztery…
W drugim etapie wrzuciłem do pieca zdjęcia „nierokujące” – takie, które wyszły przeciętnie, krzywo, albo przedstawiały eksponat był zbyt nudny lub mocno zaśmiecony innymi przedmiotami w tle. Po tym procesie zostało… 190 zdjęć. To wciąż zbyt dużo, by pracować, więc nastąpił etap którego bardzo nie lubię: kolejny przebieg, w którym zostają tylko ciekawe ujęcia mające w sobie coś. Tu już nie bierze się rannych, tu trzeba kasować fotografie z bólem serca – nawet kiedy jest ich szkoda.
Gdy zostało zaledwie 88 fotek poświęciłem cały świąteczny dzień, by je obrobić – dodać ramki, opis, korekty itd. Po ukończonej pracy w ostatnim przebiegu skasowałem 16 fotografii, i zostały 72 – zapraszam do ich obejrzenia. Pogrupowałem je nieco umownie, więc musicie mi to wybaczyć: połowę prezentuję bezpośrednio, a do reszty macie dostęp za pomocą mapy na końcu artykułu.
I tyle, robota wykonana.






































