Drapacz chmur Taipei 101 – bo taką nazwę nosi bohater dzisiejszego artykułu – ma jak sama nazwa wskazuje 101 kondygnacji nadziemnych (plus pięć podziemnych), a wzniesiono go w stolicy Tajwanu, pośrodku dzielnicy biznesowej Xinyi. Co ciekawe dzielnica ta posiada swój własny kod pocztowy, który… także wynosi 101.
Tak wysoki wieżowiec narażony był od samego początku swojego istnienia na ekstremalnie groźne wstrząsy tektoniczne, które są częstym zjawiskiem zarówno na samej wyspie Tajwan, jak i w szerzej rozumianym tutejszym regionie geograficznym. Dlatego też planujący jego konstrukcję architekci oraz inżynierowie wymyślili niezwykły mechanizm, dzięki któremu budynek stał się jeszcze bardziej rozpoznawalny: zawieszoną w jego wnętrzu ogromną kulę pełniącą rolę stabilizatora wstrząsów.
Ważąca 660 ton kula (728 ton jeżeli wliczymy cały mechanizm) skonstruowana jest z 41 masywnych stalowych płyt, i zawieszona w specjalnym pionowym szybie na wysokości 88-92 piętra. Dzięki swojej masie oraz sposobowi zintegrowania z budynkiem w trakcie trzęsienia ziemi jest ona w stanie zredukować siłę drgań przebiegających przez konstrukcję wieżowca o 30-40 procent.
Taipei 101 słynie ze swojego subtelnego architektonicznego piękna. Prace nad projektem rozpoczęto w 1997 roku, i pierwotnie miały tu powstać trzy siostrzane wieże – z których najwyższa miała mieć zaledwie 60 pięter. W trakcie prac projektowych uznano, że w zbliżonym budżecie można wznieść dużo wyższy budynek, choć stałoby się to kosztem dwóch wież bocznych… A kiedy zaprojektowano wieżę wysoką na 88 pięter nagle okazało się, że do ustanowienia światowego rekordu wysokości brakuje tylko kilku kondygnacji. Inwestorzy nie dali się długo kusić, i wysupłali na projekt podwyższenia budowli dodatkowe miliony dolarów.
W trakcie wznoszenia Taipei 101 – 31 marca 2002 roku – wyspę Tajwan nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 6.8 w skali Richtera. W efekcie wstrząsów w stolicy kraju zniszczeniu uległo ponad sto domów mieszkalnych, a uszkodzenia dosięgły także budowaną właśnie wieżę. W momencie nadejścia kataklizmu budynek Taipei 101 miał już wysokość 240 metrów – zawaliły się dwa dźwigi przymocowane do osi wieżowca, zginęło pięciu robotników, a wielu innych doznało obrażeń.
Ze względu na początkowo nieznany zakres uszkodzeń konstrukcji nad całą inwestycją zaległo ryzyko jej przerwania, a nawet wyburzenia. Na szczęście po trwających przez kilka miesięcy szczegółowych badaniach okazało się, że budowla jest bezpieczna i można kontynuować jej wznoszenie. Piętnaście miesięcy po trzęsieniu ziemi – 1 lipca 2003 roku – ukończono ostatnią kondygnację znajdującą się na 449 metrze. Do osiągnięcia rekordowej wysokości brakowało jeszcze charakterystycznego masztu wieńczącego budowlę – jego instalacja pochłonęła kolejne czternaście dni. Oficjalnego otwarcia budynku dokonano 31 grudnia 2004 roku, czemu towarzyszył po raz pierwszy uroczysty i imponujący pokaz fajerwerków wybuchających wzdłuż zewnętrznych ścian Taipei 101. Od tamtej pory pokaz ten stał się sylwestrową tradycją i każdego roku przyciąga do stolicy Tajwanu setki tysięcy turystów.
Dziś jak już wspomniałem wieżowiec spadł na liście najwyższych budynków świata – aż na dziesiątą lokatę. Niemniej w mojej opinii wciąż jest jednym z najpiękniejszych – jeżeli nie najpiękniejszym – drapaczem chmur naszego globu. Na stałe wpasował się w życie kulturalne, handlowe oraz kulinarne Tajwanu, a w jego wnętrzach ciągle coś się dzieje – choć czasem owe wydarzenia są bardzo zaskakujące. Na przykład podczas naszej wizyty w grudniu 2024 roku na 91 piętrze odbywała się… wystawa sprzętu biwakowego. Przyznać musicie, że to bardzo zaskakujące połączenie!
Wejście do wind jadących na górny taras widokowy znajduje się na piątym piętrze centrum handlowego. Niestety przyjemność przejażdżki mocno podrożała w ostatnich latach – jeszcze w 2013 roku koszt biletu oscylował w okolicach 12 dolarów, teraz jest to już 20 dolarów; dużo jak na kilkuosobową rodzinę. I choć właściciele budynku dbają o to, by na tarasie widokowym ciągle coś się działo, to pamiętać musicie o tym, iż główna atrakcja to nic więcej niż tylko widok na miasto. Jak za 70-75 złotych od osoby to sporo…
Główny taras widokowy znajduje się na 89-91 piętrze; ma on wysokość trzech kondygnacji. Poza widokiem przez okna na miasto można także z bliska obejrzeć wspomnianą żelazną kulę o średnicy 5.5 metrów stabilizującą budynek podczas wstrząsów tektonicznych. Jest ona przypięta masywnymi linami do szkieletu konstrukcyjnego, a od dołu ograniczona specjalnymi hydraulicznymi wspornikami zapobiegającymi nadmiernemu wychyleniu. Cały mechanizm jest imponujący, choć docenią go głównie inżynierowie. Dla pozostałych turystów to po prostu bardzo ciężka kula; i nic więcej.
Powyżej 89 piętra znajduje się jeszcze otwarty taras widokowy na 91 piętrze… jednak jest on udostępniany zwiedzającym bardzo rzadko; tylko przy specjalnych okazjach oraz pod warunkiem, że panują akurat bardzo dobre warunki pogodowe. My niestety nie mieliśmy tyle szczęścia i stolicę Tajwanu musieliśmy podziwiać zza szyb. Zwiedzenie tarasu zajmuje nie więcej niż 10 minut, za to o wiele dłużej czeka się na windę – zarówno jadącą w górę, jak i w dół. Szczerze mówiąc jeżeli na Tajwan przylecieliście w dzień samolotem, to z jego okien myślę, że widzieliście ciekawszą perspektywę miasta niż ta, którą widać z wieżowca. Cóż: oto minus dzisiejszego świata – tarasy widokowe nie zapierają już tchu w piersiach tak, jak kiedyś. Powoli ich epoka przemija.
Łączna masa wieżowca Taipei 101 szacowana jest na 700 tysięcy ton. W związku z tym krążą teorie twierdzące, że jego wzniesienie przyczyniło się do znacznego odkształcenia gruntu pod całym miastem co powoduje regularne mikro-trzęsienia ziemi o sile do 2 stopni w skali Richtera. Faktem jest, że w miejscu wzniesienia Taipei 101 wcześniej nie notowano żadnych wstrząsów, a obecnie zdarzają się one 2-3 razy w roku – i to dokładnie pod wieżowcem. Z takim poglądem nie zgadzają się jednak inżynierowie, którzy wskazują iż podczas budowy wywieziono z jej terenu mniej więcej podobną masę gruntu, więc sumaryczne obciążenie nie powinno ulec żadnej zmianie.
Wzniesienie Taipei 101 kosztowało około 700 milionów dolarów, co czyni z tej inwestycji jeden z najdroższych budynków na świecie.
W 2005 roku w wieżowcu swoją książkę podpisywał Prezydent USA – Bill Clinton.
W tym samym roku zorganizowano bieg po schodach, w którym uczestniczyło kilkaset osób. Mieli oni do pokonania 2046 schodków, i finiszowali 390 metrów nad ziemią. Zwycięzca na wbiegnięcie potrzebował 10 minut i 29 sekund.
W 2007 roku z wierzchołka budynku skoczył w dół na spadochronie – bez zezwolenia – słynny austriacki base jumper, Felix Baumgartner. To ten sam człowiek, który wyskoczył z balonu na wysokości 36 kilometrów.
25 stycznia 2026 roku (zaledwie kilka dni temu) na szczyt Taipei 101 wspiął się po elewacji – tym razem legalnie, uzyskawszy wszystkie zgody – bez asekuracji amerykański wspinacz Alex Honnold. Jego wyczyn transmitowany był przez Netflix na cały świat. Przekaz z kamery nadawany był z kilkusekundowym opóźnieniem tak, by w przypadku odpadnięcia wspinacza od ściany można było zablokować transmisję obrazu.
Na zewnętrzną elewację składa się aż 17 tysięcy okien. Są one czyszczone w trybie ciągłym przez cztery 2-osobowe ekipy, które myją okna od góry do dołu. Kiedy dotrą do parteru, zaczynają swoją pracę od nowa od góry.
W Taipei 101 znajdują się najszybsze windy na świecie firmy Toshiba Elevator. Poruszają się one z zawrotną prędkością 16.8 metra na sekundę; czyli 60 kilometrów na godzinę. Z 5 piętra na 89 wjeżdżają w… 37 sekund.