Pamiętam, że film o moim starcie w maratonie w Atenach już kiedyś zmontowałem – to także było dawno, dawno temu. Być może mam tę historyczną wersję filmu jeszcze gdzieś na dyskach, ale nie zachowały się licencje do muzyki; więc nie pozostało mi nic innego jak zmontować go ponownie. Zrobiłem to dziś w ramach ciągłej rywalizacji pomiędzy starymi zaległości a nowymi zaległościami: to syzyfowa kara, którą pcham pod górkę w imię nieznanych mi win za coś, co pewnie kiedyś przeskrobałem.
W 2017 roku maraton w Atenach organizowany był tak jak obecnie w pierwszej połowie listopada; i podobnie jak dziś prowadził z niewielkiej miejscowości o nazwie Marathonas do mety usytuowanej w starożytnym Panathenaic Stadium, czyli na starożytnym stadionie sportowym położonym w sercu niemniej starożytnych Aten. Z tego właśnie powodu – start w historycznym miejscu desantu wojsk Perskich, meta zaś na mającym ponad 2350 lat stadionie – organizatorzy do nazwy swojego biegu dodają przyrostek authentic – czyli prawdziwy. Ten jeden maraton, stworzony by wszystkimi rządzić, wszystkie odnaleźć, wszystkie zgromadzić i w ciemności związać.
Maraton w Atenach to ogromne wydarzenie logistyczne i sportowe, więc nawet nie byłem zdziwiony gdy prywatny gospodarz u którego zarezerwowaliśmy noclegi (przed i po imprezie) wyrzucił nas na zbity pysk za drzwi – za nic sobie mając bookingową rezerwację. Zrobił to oczywiście dlatego, bo okazało się, że może wynająć mieszkanie za kolosalne pieniądze. W sobotę wieczorem stwierdził, że zalało mu mieszkanie więc nas nie przyjmie, ale może przyjąć… jutro. Spróbujcie znaleźć nocleg w Atenach w maratoński weekend w sobotę o godzinie 18:00. Czego nie rozumiecie? Nie jestem mściwy, ale mam nadzieję, że zły los dawno już go dopadł i odwzajemnił moją krzywdę.
Bieg maratoński rozgrywany jest w upierdliwej formule typu: start – gdzieś indziej, meta – gdzieś indziej. Na dokładkę owo gdzieś indziej oznacza ponad 40 kilometrową odległość. I choć organizatorzy w cenie pakietu oferowali w 2017 roku (nie wiem jak top wygląda teraz) transport na start w miasteczku Marathonas, to aby zdążyć na podstawiane autobusy trzeba było wstawać w środku nocy. Niemniej zdążyłem i narzekać nie mogę; lepszy taki transport na start niż żaden. Przy okazji zdążyłem się jeszcze w autobusie uciąć sobie porządną drzemkę; to mocny plus dodatni.
Na starcie było dość chłodno, i długo się czekało – ale organizatorzy stanęli na wysokości zadania i rozdawali foliowe wdzianka każdemu, kogo tarmosiły dreszcze. Kiedy zaś w końcu ruszyliśmy na 42-kilometrową trasę okazało się, że spotkałem mnóstwo – dosłownie MNÓSTWO – rodaków; jakby się zmówili i mnie okrążyli. W starym artykule z 2017 napisałbym, że spotkałem też wiele pięknych rodaczek – ale teraz, w 2026 roku, boję się tak napisać, bo pewnie zostanę określony jako męska szowinistyczna świnia. Cóż, świat nieustannie się zmienia.
Pierwsze kilkanaście kilometrów było łagodnie pod górkę. Ta łagodność była mocno zdradliwa, bo gdy zaczęło się w końcu z górki – i to do samej mety – to okazało się, że jestem tak zakwaszony, iż nie jestem w stanie biec. Szedłem więc płacząc ponad 25 kilometrów, a w tym czasie wyprzedziło mnie ze cztery tysiące osób. Masakra; na każdym kilometrze wyprzedało mnie 150 osób! Pamiętam, że chciało mi się ryczeć jak na pogrzebie… ale dziś, z perspektywy czasy tylko się śmieję. Czas rzeczywiście LECZY RANY.
Na mecie każdy finiszer dostał medal oraz po gałązce oliwnej. Mega fajny pomysł, choć zaraz ją zgubiłem. Całą resztę zobaczycie na moim filmie.
PS. Brakowało mi w tym AUTHENTIC maratonie startu na plaży, na której lądowali Persowie – i na której dostali wycisk od greckich hoplitów. Choć wiem, że plaża już nie istnienie ze względu na zmianę linii brzegowej, to jednak byłby z tego duży smaczek, nawet kosztem piasku w butach!
I tyle.