Nieco ponad tysiąc kilometrów dzieli najbardziej na południe położone regiony Ameryki od Szetlandów Południowych – przedsionka Antarktydy. Owa przestrzeń to słynna Cieśnina Drake’a – jedne z najbardziej niegościnnych wód świata. Podczas naszego rejsu na Antarktydę mieliśmy jednak niebywałe szczęście: miejsce, w którym spotykają się dwa oceany – Spokojny i Atlantycki – przywitało nas niespotykanie wręcz dobrą pogodą.

Aby dotrzeć statkiem z Ameryki Południowej na Antarktydę trzeba pokonać najsłynniejszą i najbardziej zabójczą cieśninę świata. Jej przepłynięcie zajęło nam dwa i pół dnia rejsu – i była to przygoda sama w sobie. Codzienne życie na statku płynęło szybko, zanim zdążyliśmy się wynudzić okrętowy radiowęzeł zakomunikował: ląd na horyzoncie! Trochę koloryzuję, gdyż najpierw wyłoniły się majestatyczne góry lodowe, a dopiero później ląd…

Statkiem bujało. Podczas rejsu mieliśmy zaledwie 3-4 stopnie w skali Beauforta, więc to bujanie było dość znośne. Gdy żaliliśmy się załodze, że chodzimy po ścianach korytarzy – tylko się z nas śmiali, i odpowiadali że mamy wielkie szczęście: normalnie podczas pokonywania cieśniny chodzi się po sufitach…

Z perspektywy czasu trochę żałuję, że ocean był dla nas tak łaskawy. Gdybym przeżył sztorm, dziesiątkę w skali Beauforta, wspomnienia tych chwil byłyby ze mną do końca życia. Z drugiej jednak strony, nie wiem czy bym to przeżył w jednym kawałku; dla mnie, szczura lądowego nawet sztorm o sile 5-6 stopni stanowiłoby ogromne wyzwanie. A co dopiero 10.

Chcesz zobaczyć więcej zdjęć? Kliknij znaczniki na poniższej mapie.

Więcej materiałów z wyprawy na Antarktydę?