Kanion Szaryński (Charyn Canyon) to jedna z największych atrakcji przyrodniczych Kazachstanu. Ciągnąca się przez blisko 150 kilometrów „wielka dziura w ziemi” zaskakuje przybyszów tym bardziej, że wokół ciągnie się – w promieniu dziesiątek kilometrów – zdawałoby się bezkresny, płaski niczym stół, step. I nagle, niespodziewanie, urywa się on dwustumetrową przepaścią. Tak jakby ktoś olbrzymim nożem postanowił podzielić świat na dwie osobne części.

Przyznać trzeba, że Kanionowi Szaryńskiemu daleko do jego najsłynniejszego kuzyna – Wielkiego Kanionu Kolorado. Jest on od niego trzykrotnie krótszy, węższy, nie osiąga także tak epickiej głębokości. Jego szerokość to „zaledwie” kilkaset metrów, a maksymalna głębokość wynosi 200 metrów. A mimo to kanion ten często porównywany jest właśnie z Wielkim Kanionem Kolorado – ze względu na podobny, charakterystyczny układ geologiczny, oraz niemal identyczne skalne ostańce.

Kanion został wydrążony przez płynącą jego dnem rzekę Szaryn. Ma ona niecałe 450 kilometrów długości i wpada do swojej starszej siostry – rzeki Ili. Wody połączonych rzek pokonują kazachskie stepy i ostatecznie, prawie pięćset kilometrów dalej wpadają do bezodpływowego jeziora Bałchasz.

Kanion Szaryński przez lata był trudno dostępny od zewnątrz, a dojazd w jego okolice wymagał posiadania auta terenowego. Płynąca dołem rzeka jest bardzo rwąca, a otaczające go skały niemal pionowe. Zresztą: samo dotarcie do Kazachstanu, a potem nad urwisko kanionu już samo w sobie może być niezłym wyzwaniem. Niedawno jednak nastąpił znaczący przełom – władze Parku Narodowego wybudowały wygodną, asfaltową drogę prowadzącą aż do serca kanionu. Wystarczy wykupić kosztujący zaledwie kilka złotych (!) bilet wstępu do Parku Narodowego i możemy cieszyć oczy rozpościerającymi się przed nami widokami.

Niestety zjazd własnym samochodem na dno kanionu nie jest już obecnie możliwy (chyba, że zdecydujemy się złamać obowiązujące przepisy). Zamiast tego czeka nas blisko trzykilometrowy pieszy marsz w dół. Wbrew pozorom jest to dobra informacja, gdyż taki niezbyt wymagający spacer pozwala nam zwiedzić także boczne odnogi kanionu, które pełne są niesamowitych skalnych ostańców jak żywo przypominających krajobrazy Arizony. Po godzinie spokojnego marszu docieramy do rozszerzającej się nadrzecznej doliny – tak oto stajemy na dnie kanionu!

Oczywiście to tylko malutki kawałeczek ciągnącego się przez 150 kilometrów kanionu. Aby zobaczyć jego większą część musielibyśmy zdecydować się na spływ pontonami, ale takiej oferty nie udało nam się znaleźć. I trudno powiedzieć, czy takowa w ogóle istnieje.

Jeżeli dotrzecie w to miejsce, warto po krótkim odpoczynku skręcić w prawo i pomaszerować kolejne półtora kilometra brzegiem rwącej rzeki. Ale uwaga: skalne zbocza kanionu są strome i zdradliwe, a nurt rzeki głęboki i zabójczy. Utrata równowagi może się tutaj skończyć bardzo źle – zwłaszcza, że o pomoc i ratunek w tym miejscu raczej będzie bardzo trudno.

Po ponad kilometrze dalszego spaceru docieramy do kolejnego, tym razem zamkniętego skalną ścianą odgałęzienia kanionu. Można spróbować ruszyć w dalszą drogę wspinając się na grzbiet urwiska, ale… skały tutaj są bardzo sypkie, spękane, nie dają stopom bezpiecznego oparcia. No i przepaście robią się u Waszych stóp coraz potężniejsze…

Wracając do zielonej dolinki łatwo zauważyć na ziemi liczne ślady pozostawione przez tradycyjne kazachskie domy – jurty. Gdy dotarliśmy tutaj pod koniec września, sezon turystyczny był już zakończony więc całe logistyczne zaplecze zostało zwinięte. Swoje „trzy grosze” dodała także pandemia, która spowodowała, że od prawie dwóch lat ruch turystyczny w Kazachstanie praktycznie zamarł – widać to było także w wielu innych odwiedzonych przez nas miejscach. Niemniej to dobra wiadomość dla bardziej wymagających podróżników – wszystkie cuda natury są teraz wyłącznie dla Was!

Mam także dobra wiadomość dla bardziej „leniwych” turystów – nie musicie pokonywać pieszo drogi z parkingu na dno kanionu. Za odpowiednik zaledwie 9 złotych (od osoby) możecie skorzystać z oczekujących tutaj małych samochodów terenowych – prostych osobówek obsługiwanych przez pracowników parku. O ile więc nie chcecie wracać pieszo tą samą drogą, śmiało możecie skorzystać z tego udogodnienia (oczywiście tylko w sezonie)

Gdy wydostaniecie się już z powrotem „na powierzchnię”, warto ponownie skierować swoje kroki w stronę kanionu, tym razem jednak górą – wzdłuż szczytów rozwierającej się u Waszych stóp przepaści. Ostrożnie: wędrowanie tą trasą jest bardzo zdradliwe – skalne nawisy pod Wami są niewidoczne, o czym informują liczne tablice ostrzegawcze. Mimo, iż w tym miejscu skały są bardzo zwietrzałe i kruche, to na owe tablice… mało kto zwraca uwagę. Gdy pokonacie bezpiecznie po raz kolejny odcinek o długości około dwóch kilometrów, Wasza wytrwałość zostanie wynagrodzona – zobaczycie kanion… z góry. To niezapomniany widok i bardzo szybko zapomnicie, że Kanion Szaryński to „tylko” mniejszy brat Wielkiego Kanionu Kolorado!