Jak zapewne wiecie biegam maratony od wielu, wielu lat. Pierwszy z nich ukończyłem w 1991 roku, i mam ich na swoim koncie już ponad sto pięćdziesiąt. Dlatego też z perspektywy czasu czuje się w pewnym sensie upoważniony do napisania takiej oto Złotej Myśli: kiedyś maraton to był MARATON.

Przez długi czas (nie tylko w Polsce ale i na świecie) nie było czegoś takiego jak maratony prywatne, koleżeńskie, leśne czy towarzyskie. Nawet koncepcję maratonu wirtualnego wymyślono stosunkowo niedawno; podczas pandemii. Kiedy dawniej szło się zrobić dłuższy trening, to nikomu nie przyszło do głowy, by nazwać to maratonem i zwiększyć tym samym swoją oficjalną pulę przebiegniętych królewskich dystansów. Zrobiłeś na treningu 50 kilometrów, to zrobiłeś… i nic poza tym. Wszystko zaczęło się „psuć” w momencie, kiedy pojawiły się ogólnodostępne statystyki przebiegniętych maratonów – wtedy rozpoczął się wyścig i rywalizacja: kto więcej! Ponieważ starty w maratonach tydzień w tydzień były drogie i wymagały uciążliwej logistyki wyjazdowej, to szybko na czoło wysunęła się pomysłowość.

Pierwszymi towarzyskimi maratonami które pamiętam – i być może pierwszymi tego typu wydarzeniami biegowymi w historii Polski – były organizowane od 2002 roku w Toruniu Cross-maratony Tadeusza Spychalskiego oraz (od 2003 roku) Kamus Maratony Kazimierza Musiałowskiego. Na pomysł ich organizacji wpadli jedni z najbardziej rozpoznawalnych biegaczy-amatorów lat 90-tych, a były one naturalną odpowiedzią na brak w Polsce maratonów organizowanych w pewnych terminach. W drugiej edycji Kamus Maratonu startowało już 79 maratończyków oraz 42 półmaratończyków, a w II Rekreacyjnym Cross-Maratonie z Tadeuszem Spychalskim – 76.

Mauritania Marathon

Po niewątpliwym sukcesie organizacyjnym tych imprez, które z roku na rok przyciągały kolejnych naśladowców, prywatne maratony powoli acz konsekwentnie zaczęły pojawiać się na całej biegowej mapie Polski. Okazało się, że można biegać nie tylko w Warszawie, Poznaniu, Dębnie czy Wrocławiu – ale także w Bełchatowie, Bytowie czy w Niebie. W ciągu kilkunastu lat fala prywatnych biegów rozlała się jak Polska długa i szeroka.

Przez pierwsze lata prywatni organizatorzy przykładali się (jeżeli mogę użyć takiego słowa) do rzetelnej organizacji biegów. Zapewniali punkty odżywiania i odświeżania, wyznaczali i mierzyli dokładnie trasę, zabezpieczali ją taśmami, zapewniali elektroniczny pomiar czasu, udostępniali noclegi w pobliskich halach sportowych oraz konkurowali między sobą projektami medali – zapraszali nawet na swoje biegi zawodników z zaplecza krajowej elity. Jednak z każdym kolejnym rokiem koncepcje maratonów prywatnych ewoluowały w kierunku formuły coraz bardziej ekonomicznej. Próbkowano jak bardzo można obciąć ideę maratonu, by móc zorganizować go minimalnym nakładem sił.

Oczywiście takiemu podejściu nie można nic zarzucić: wszystko poza dystansem, pomiarem czasu oraz liczbą uczestników można zasadniczo pominąć: maraton to bieg na dystansie 42 kilometrów i 195 metrów – i nie zmieni się to, jeżeli mecie zabraknie medalu, posiłku regeneracyjnego a sam bieg ukończy mniej niż stu uczestników; bramę startu i mety także można zastąpić zwykłą kreską narysowaną patykiem. Często jednak nawet te najbardziej wymagalne elementy zaczęły być interpretowane w sposób trudny do zaakceptowania przez ogół biegaczy: dystans zaczął być mierzony „na oko” z wykorzystaniem map google lub zegarków, pomiar czasu robili sami uczestnicy, a liczba finiszerów spadać zaczęła do kilkunastu, a w ekstremalnych przypadkach zaledwie do dwóch – trzech osób. Doprowadziło to do kuriozalnych sytuacji, które dziś jedni akceptują – a inni uważają, że nie można tego dalej tolerować (w tej grupie jest także autor tekstu, który czytacie). Stanęło na tym, że maraton nad rzeką, poprowadzony ścieżką, ukończony przed trzy osoby w 7 godzin jest tym samym osiągnięciem, co Maraton Warszawski.

Mauritania Marathon

A jak to wygląda obecnie na świecie?

Po tym nieco przydługim wstępie czas dążyć do sedna artykułu. 19 lutego 2026 roku miałem przyjemność wyjechać do Mauretanii i pobiec w tamtejszym towarzyskim maratonie w stolicy tego kraju, w Nawakszut. Napiszę już na wstępie: był to maraton pełen patologii.

Zagraniczne maratony biegam od kilkunastu lat. Kilka lat temu wpadłem też na pomysł, by spróbować przebiec maraton w każdym kraju świata – jak się dość szybko okazało na podobny pomysł wpadło kilka innych osób z różnych krajów. Dziś ta grupa fascynatów łączących biegi maratońskie z podróżami liczy sobie kilkaset osób: powstały nawet dwie organizacje oficjalnie ich zrzeszające. By przystąpić do pierwszej z nich należy mieć „zdobyte” 30 krajów, a do drugiej – pięć. Obecnie na świecie jest kilkanaście osób mogących pochwalić się zaliczeniem maratonów w ponad stu krajach, a ja z wynikiem 83 państw mieściłbym się gdzieś w okolicach trzeciej – czwartek dziesiątki. Mieściłbym się… gdybym zdecydował się przystąpić do tych organizacji. Tydzień temu przeszła mi na to ostatecznie ochota.

Nie wszystkie kraje mają swoje maratony. Jest grupa kilkudziesięciu Państw na których terenie nie odbywają się żadne oficjalne biegi maratońskie – zwykle są to mniej znane kraje afrykańskie lub wyspiarskie z Oceanu Spokojnego oraz z Karaibów. Ponieważ ze zdobywania kolejnych krajów zrobił się w pewnym momencie wyścig o sławę i honor, to topowi biegacze mający na koncie wiele państw zaczęli szukać innych rozwiązań: jak pobiec maraton w Gwinei, Vanuatu, na Wyspach Salomona, w Surinamie czy w Burkina Faso, jeżeli nie ma tam żadnego maratonu? Odpowiedź jest prosta: trzeba taki maraton zorganizować samemu.

Mauritania Marathon

W teorii wszystko jest fajne: planujemy termin, uruchamiamy zgłoszenia, kontaktujemy się z lokalnymi działaczami i biegaczami – i robimy maraton. Może jest to czasochłonne, ale w efekcie możemy zdobyć „maratońsko” kolejny kraj. Jeżeli odpowiednio mocna chcemy, to się da!

I przez chwilę tak właśnie było. Wojtek Machnik – którego przykład pozwolę sobie tu przytoczyć – zorganizował oficjalne maratony w Surinamie, Syrii, stara się zorganizować w Somalii oraz w Etiopii. To znana postać; Wojtek ma na swoim koncie 187 krajów i jest pod tym względem drugi na świecie. Jego maratony trzymają wysoki organizacyjny poziom – jest start, meta, wymierzona trasa na jednej lub dwóch pętlach, są punkty żywnościowe i kontrolne, jest sędzia, pomiar czasu, medal, policja na trasie, zabezpieczenie medyczne, współpraca z lokalnymi klubami sportowymi. W Syrii nagrody wręczał przedstawiciel tamtejszego Ministerstwa Sportu. Trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia – to są prawdziwe maratony.

Ale można też inaczej. Pewna biegaczka z USA – mająca na swoim koncie także ponad sto krajów – uznała, że może organizować maratony bardziej ekonomicznie i najmniejszym możliwym wysiłkiem. W ostatnim kwartale zeszłego roku ogłosiła, że 19 lutego odbędzie się Mauritania Marathon 2026

Zebraliśmy się w kilka osób z Polski, i pojechaliśmy zdobyć kolejny kraj. Zasadniczo znana była tylko data oraz kraj biegu; reszta miała się okazać na miejscu. Pakiet startowy kosztował 100 dolarów (wcześniejszy termin opłaty oferował pakiety za 80 dolarów). Pani Organizator przyjechała do Mauretanii dwa dni przed biegiem by… znaleźć miejsce, w którym odbędzie się maraton. Padło na parking pod Sheratonem, najbardziej okazałym hotelem w stolicy kraju Nawakszut. Za takim wyborem stał fakt, że wielu biegaczy tutaj właśnie zarezerwowało sobie noclegi, w tym organizator maratonu – mieli więc blisko, a formuła biegania na pętlach po parkingu rozwiązywała wszystkie problemy logistyczne.

Pętla poprowadzona wewnątrz odgrodzonego od miasta murem parkingu była asfaltowa i miała na oko 800-950 metrów. Choć mówiło się o 45 okrążeniach, to rzut okiem na mapy google wskazywał, że będzie trzeba pokonać ich 50-51. Ostatecznie stanęło na tym, że nie biegami konkretnej liczby pętli lecz na dystans wskazywany przez nasze zegarki: kiedy Twój zegarek pokazał 42.195 km uznawałeś, że dobiegłeś. Zatrzymywałeś czas i szedłeś pokazać to organizatorowi – ten wpisywał Cię na listę wyników. Proste choć absurdalne.

Start do maratonu wyznaczono na godzinę 03:30 w nocy. Kiedy dotarliśmy na miejsce startu ze zdziwieniem zauważyłem, że jest nas zaledwie trzynaście osób – z zapisanych ponad trzydziestu. Okazało się, że kilka osób nie przyjechało, natomiast kilkanaście innych… pobiegło dzień wcześniej wieczorem, bo uznali że start o 18:00 będzie dla nich wygodniejszy: wyśpią się porządnie w hotelu nie zarywając nocy.

Mauritania Marathon

W ramach intensywnego wysiłku organizacyjnego nie otrzymaliśmy zupełnie nic – poza medalem. Trasa nie była wyznaczona (w myśl zasady biegajcie, aż nabiegacie), nie było żadnej kreski oznaczającej start i metę, oraz ani jednego punktu z czymkolwiek – nie było nawet wody. Organizatorka po kilku pierwszych okrążeniach poszła zresztą spać, bo przecież nie ma sensu żeby zarywała noc patrząc, jak my biegniemy. Na trasie został lokalny wolontariusz, który w teorii miał notować okrążenia… ale wkrótce i on zasnął na ławce. Medal zaś miał fatalny błąd – zamiast 2026 wpisano na nim 2016 rok.

Ciesze się, że na własne oczy mogłem zobaczyć jak wyglądała ta organizacyjna patologia. Okazało się, że definicja biegu maratońskiego jest tworem z gumy, który można rozciągać w dowolnym kierunku wedle swojego wygodnego, indywidualnego widzimisię. Każdy z elementów maratonu może być ulepiony w dowolny sposób: przynieś zegarek z dystansem, a my zaliczymy Ci i maraton, i cały kraj. Nie istnieje coś takiego jak obowiązująca trasa, limit czasu, a nawet data i miejsce biegu – skoro kilka osób mogło sobie uznać, że wolą pobiec dzień wcześniej, to jaki sens ma data biegu?

Przed maratonem zwiedzaliśmy przez kilka dni Mauretanię – dotarliśmy między innymi dość głęboko na Saharę. Żeby wystartować w stolicy musieliśmy specjalnie wracać ponad 700 kilometrów do Nawakszut, by być na starcie o wspomnianej 03:30 w nocy. I tak się teraz zastanawiam: skoro regulamin jest z gumy, skoro koncepcja jest tak elastyczna że można sobie było pobiegać dzień wcześniej, to po cholerę jechaliśmy do Nawakszut? Mogliśmy przecież zostać na Saharze jeszcze dwa dni, i pobiec sobie w pięć osób ten maraton na pustyni. Organizator powinien to uznać, bo dlaczego by nie? Zasadniczo to moglibyśmy także pobiec w Polsce, ale w trakcie biegu myśleć o Mauretanii – wyszłoby tak, jakbyśmy tam byli. BO CZEMU NIE ???

Mauritania Marathon

Odniosłem także wrażenie, że przynajmniej jedna z osób które pobiegły maraton dzień wcześniej nie pokonała wtedy pełnego dystansu, tylko poszła spać i potem dokręcała wraz z nami nocą brakujące kilometry. W myśl bycia elastycznym: czemu by nie! Masz hotel, to idziesz się zdrzemnąć albo na dwójeczkę – nie trzeba nawet wyłączać zegarka, niech nabija kilometry.

Ile jest na świecie tak organizowanych maratonów? Cóż, całkiem sporo. Znam przypadki biegaczy, którzy wynajmują na kilka dni samochód i „organizują” sobie np. maratony w siedem dni w siedmiu krajach. Takie „oficjalne” cykle są w Południowej Afryce, w Centralnej Azji, na Karaibach, na Wyspach Pacyfiku – a można nawet w ten sposób za jednym zamachem w kilka dni zdobyć Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię. Chcieć znaczy móc. Dajesz ogłoszenie, robisz medale ze sklejki, zbierasz osiem osób, wynajmujesz busa i pyk: kolejne kilka krajów zdobytych!

W jakimś tam zakresie broniłbym tej koncepcji gdyby nie fakt, że taki biegowy cyrk odpalany jest także w krajach, które mają swoje normalne, prawdziwe maratony. Uczestnicy pato-maratonów uważają jednak, że po co jechać na maraton do Wilna, skoro można pobiegać w parku przy okazji podróży na maraton w Helsinkach? Byłem świadkiem sytuacji, gdy po maratonie w Watykanie część maratończyków pojechała do pobliskiego San Marino by zaliczyć sobie w kilka osób także ten kraj dwa dni później – właśnie w parku. Cyk, i jesteście biegaczami, którzy ukończyli maraton także w San Marino. Jakie to proste…

Wyniki maratonu w Mauretanii

To nie jest tak, że jestem bez winy

Teraz kilka słów wyjaśnień: ja też nie jestem bez winy. Startowałem we wspomnianym maratonie w Watykanie – startowało kilkanaście osób, start był na Placu Świętego Piotra, a meta już w Rzymie – nad rzeką, po prostu na deptaku. Wykorzystano tu koncepcję mówiącą o tym, że jeżeli trasa biegu wiedzie przez kilka krajów, to liczy się miejsce startu. W ten sposób biegnąc oficjalny maraton z Białorusi na Litwę zaliczyłem Białoruś. W efekcie po starcie z Placu Świętego Piotra można było pobiec gdziekolwiek, by nabić sobie kilometry – i zaliczyć w ten sposób Holy See Marathon.

Startowałem także w Tunezji, gdzie w maratonie było zaledwie trzech finiszerów. Było to w okresie pandemii, a maraton odwołano na dziesięć dni przed jego datą. Zapisanych było kilkaset osób z całego świata, jednak organizatorzy musieli zrezygnować z wydarzenia. Nie mogliśmy jednak oddać już biletów lotniczych, więc napisaliśmy do nich, i specjalnie dla naszej trójki rozstawiono stoliki z wodą, bramę startu i mety – oraz jechano za nami specjalnym samochodem zabezpieczającym, by nikt nas nie rozjechał. Z dystansu czasu sam nie wiem, co mam o tym sądzić.

Nie do zaakceptowania są dla mnie maratony, które ktoś organizuje ad-hoc bo AKURAT JEST W DANYM KRAJU; albo może podjechać, bo będzie w pobliżu. I nie ma tu moim zdaniem decydującego głosu frekwencja: to, że w siedem osób pobiegniecie dystans maratonu na Malcie w parku (bo akurat jesteście tam na wczasach) nie sprawi, że pobiegliście MARATON NA MALCIE. Na boga, tam są organizowane normalne, prawdziwe maratony które można ukończyć! Moim hitem jest pewna biegaczka, która uznała, że skoro ma na lotnisku na Tajwanie 11 godzinną przesiadkę lotniczą, to pobiegnie sobie maraton na terenie terminalu i uzna, że zdobyła Tajwan. Skoro regulaminy i koncepcję maratonu można rozciągać w dowolny sposób, to czemu by nie?

Mauritania Marathon

Jaki jest negatywny efekt takich patologicznych pomysłów? Można przecież powiedzieć, że oj tam oj tam, po co się czepiać. Ulubionym argumentem zwolenników maratonów parkowych i towarzyskich jest stwierdzenie, że przecież musieli się tak samo zmęczyć, bo 42 km to 42 km. To oczywiście nie jest prawda: maraton chodzony, spacerowany, z przerwami na obiad i spanie to nie jest maraton porównywalny z prawdziwymi maratonami. Słyszałem o biegaczach, którzy robią sobie na takich parkowych maratonach przerwę na obiad – wystarczy zatrzymać na godzinkę zegarek, najeść się, odpocząć… i wrócić na trasę. To jest moim zdaniem zupełna patologia. Przy takim podejściu traci na znaczeniu jakakolwiek sensowność statystyk; to nie są osiągnięcia, tylko jakieś żarty.

Na zakończenie chcę zaznaczyć, że nie jestem przeciwnikiem biegaczy, którzy uczestniczą w maratonach prywatnych i towarzyskich. Każdy robi to, co lubi. Jednak muszą oni zaakceptować fakt, że ich wyniki nie mogą być zestawiane na równi z prawdziwymi maratonami; to jest fikcja wynikająca z zakrzykiwania przez nich rzeczywistości. Źle postrzegana swoboda interpretacji powoduje, że wielu maratończyków nie chce się identyfikować z takimi zestawieniami. Nie stajesz się poetą dlatego, że czytasz wiersze – poetą jest ten, który je pisze. To, że uważasz inaczej – bo przecież też trzymasz książkę w ręku – niczego nie zmienia.

Dlatego też ponawiam moją propozycję, którą promuję od kilku lat: we wszelkich statystykach powinny być osobno liczone prawdziwe maratonu, i osobno te towarzysko – koleżeńskie. Inaczej całe zestawienia są zupełnie nieprzydatne i służą wyłącznie pompowaniu osób, które uważają, iż koncepcja maratonu jest z gumy, i można ją dowolnie naciągać w każdą stronę.

I tyle.

Maratony Świata – więcej losowych materiałów z tej kategorii:

Mauretania – więcej losowych materiałów z wyprawy: