AN-24, foto:Jacek Stanisławczyk

Wszyscy którzy choć raz jechali krajową jedynką (tzw. gierkówką) z Warszawy lub Łodzi do Częstochowy i dalej do Katowic doskonale kojarzą stojący przy drodze kilkanaście kilometrów przed Częstochową wielki samolot pasażerski IŁ-18 w którym w 2000 roku otwarto popularną restaurację. Niewiele jednak osób wie, że ta nietypowa „miejscówka” mogła mieć groźnego konkurenta – i to w niedalekiej okolicy.

22 listopada 1988 roku należący do Polskich Linii Lotniczych LOT pasażerski Antonow AN-24 z 23 pasażerami i 6 członkami załogi lecący z lotniska Warszawa-Okęcie do Rzeszowa rozbija się w odległości 32 kilometrów od lotniska Rzeszów-Jasionka. Szczęśliwie ginie tylko jedna osoba ale wypadek ten oznacza koniec ery samolotów AN-24 we flocie naszego narodowego przewoźnika. Zapada decyzja o wymianie samolotów na nowocześniejsze konstrukcje – popularne po dziś dzień ATR-y. W PLL LOT w latach 1966-1991 służyło łącznie dwadzieścia AN-24 i po ich wycofaniu dla kilku z nich – tych najbardziej wyeksploatowanych – nie udało się już znaleźć nabywców wśród innych linii lotniczych. Uziemione na lokalnych krajowych lotniskach maszyny czekały cierpliwie na kasację…

W 1992 roku pod lotnisko Okęcie w Warszawie podjeżdża kolumna ciężarówek. Wymiana dokumentów, upoważnień, kontrola osobowa. Długie, specjalnie przystosowane do transportu długich ładunków niskopodwoziowe naczepy suną pomiędzy zgromadzonymi na płycie lotniska samolotami. Kolumna zatrzymuje się przed stojącym na poboczu i sprawiającym wrażenie opuszczonego samolotem pasażerski AN-24. Technicy sprawnie odcinają jego 12 metrowe skrzydła. Długi na prawie 24 metry kadłub zostaje załadowany na pierwszą z naczep, oba skrzydła po zabezpieczeniu trafiają na drugą.

Kierowca zgłasza kierownikowi transportu, że skrzydła ważą więcej niż zakładano i naczepa jest bliska przeciążenia. Po krótkiej naradzie uznają jednak, że zapas nośności ciężarówki jest wystarczający i kolumna rusza w drogę. Opuszczając płytę lotniska konwój wiozący bohatera naszej opowieści mijają jednostki lotniskowej straży pożarnej podążające w przeciwnym kierunku.

– Okazało się – wspomina jeden z uczestników wydarzeń – że strażacy jadą wypompować paliwo z jakiegoś samolotu. Pamiętam dokładnie, bo musieliśmy ich przepuścić i zrobić im miejsce. Po chwili byliśmy już poza terenem lotniska i nie skojarzyliśmy jakoś faktów. Zaskoczenie przyszło dopiero później.

– Początek drogi był najtrudniejszy, musieliśmy opuścić z całym tym ładunkiem Warszawę. To nie była szeroka i nowoczesna droga wyjazdowa jak dziś. Oczywiście plan był taki żeby trasę na południe Polski pokonać nocą – nasz wielkogabarytowy ładunek był długi, powolny i potrafił zablokować jezdnię na całej jej szerokości. Jakoś się jednak udało i gdy minęliśmy podwarszawskie Janki nasz transport zaczął nabierać prędkości – dodaje nasz rozmówca.

Ostatecznie po kilkunastu godzinach podróży rozłożony na trzy części samolot AN-24 dociera bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Jest nim niewielka wieś Grodzisko pod Olesnem, położona około 50 km na zachód od Częstochowy. Tutaj transport zatrzymuje się a samolot zostaje „wypakowany” i ponownie złożony w jedną część. W tym miejscu spędzi kolejne kilka lat.

– Czemu kupiliśmy ten samolot? Można powiedzieć, że zachwyciła nas przygoda jaką widzieliśmy w posiadaniu takiej fajnej i wielkiej maszyny – opowiada Pani Grażyna, obecna właścicielka. – W latach 90-tych mieliśmy firmę transportową, więc przywiezienie samolotu z Warszawy do Olesna – choć było sporym technicznym wyzwaniem – było dla nas wykonalne. A mieć swój własny samolot na podwórku? W dodatku taki wielki, pasażerski? Super sprawa!

– Gdy natrafiliśmy na informację że ktoś chce sprzedać samolot pasażerski, nie czekaliśmy ani chwili. Nie był on wtedy już własnością PLL LOT – kupiło go dwa lata wcześniej pewne małżeństwo z Warszawy. Kupili ale… chyba nie do końca przemyśleli sprawę bo nie mieli co z nim zrobić i musieli płacić za jego postój na lotnisku. W końcu uznali że zakup był z ich strony zbyt impulsywny i chcieli się kłopotu pozbyć. Za choćby pół ceny. Nie pamiętam już ile kosztował ten nasz samolot ale gdzieś w szafie powinnam mieć rachunek. Mało kto ma w szafie rachunek za kupno samolotu prawda? – śmieje się Pani Grażyna.

– Byłam jednym z kierowców tego konwoju – opowiada Pani Lidia, moja następna z rozmówczyń. – Sporą cześć „gierkówki” wiozłam kadłub. Stres, ale i wielka przygoda, a ja miałam dopiero dwadzieścia kilka lat. Wtedy jeszcze nie było tak jak dziś dokładnych przepisów i jechaliśmy tak trochę „na dziko” nie wiedząc co nas spotka po drodze. Ale największa niespodzianka czekała na nas dopiero u celu. Okazało się, że samolot jest… zatankowany.

– Tego nikt się nie spodziewał. Strach pomyśleć co by było w przypadku jakiejś kolizji. Kierowca meldował że ładunek jest cięższy niż planowano, ale w granicach możliwości ciężarówki. I w ten to właśnie sposób do Olesna dojechało 2-3 tysiące litrów paliwa lotniczego. W skrzydłach – dodaje Pani Lidia.

– Takie rzeczy możliwe były tylko na początku lat 90-tych. Nie bardzo wiedzieliśmy co z tym paliwem robić, bo to niskooktanowe więc do samochodów nie bardzo się nadawało. Ale kolega miał stary motor, więc  postanowiliśmy sprawdzić czy pojedzie – w razie czego strata niewielka. I okazało się że jest super. Przez dwa lata motocykliści z Olesna i okolic jeździli na paliwie lotniczym 🙂

– Gdy już nasyciliśmy się pierwszą radością z posiadania własnego samolotu pasażerskiego, zaczęliśmy myśleć co dalej. Był pomysł, żeby zrobić w nim restaurację, może knajpkę. Ale brakowało nam lokalizacji. Później taki pomysł zrealizował ktoś pod Częstochową w samolocie IŁ-18, ale my jakoś nie zdecydowaliśmy się na to. Samolot stał więc w Grodzisku i czekał – kontynuuje Pani Grażyna.

– Niestety samolot przyciągał wszelkiego rodzaju ciekawskich i miłośników lotnictwa. Nic nie skutkowało – dostawali się do wnętrza nocami, przez okna, wyłamując drzwi, kraty. Nawet zaspawanie wejść nie na wiele się zdało – samolot okazał się zbyt wielką pokusą. W efekcie rozszabrowano w kilka lat całe jego wnętrze: łącznie z fotelami, z w pełni wyposażonym kokpitem, z wykładzinami itd.

– Na początku nowego tysiąclecia kupiliśmy zniszczony ośrodek wczasowy w Starym Oleśnie. Teren był w opłakanym stanie: budynki zawalone, droga dojazdowa zniszczona, nawet w jeziorze nie było wody. Postanowiliśmy to wszystko odrestaurować. Trwało to kilka lat – musieliśmy wyrównać i wyczyścić dno jeziora, usypaliśmy sztuczną wyspę, otworzyliśmy restaurację. Na tej wyspie postanowiliśmy ustawić nasz samolot by przyciągał klientów.

W efekcie samolot ponownie stracił skrzydła, i tym razem już zgodnie z przepisami i pustymi bakami, pod eskortą policji przejechał kilka kilometrów na swoje nowe miejsce. Stanął na terenie ośrodka wypoczynkowego „Anpol” w Starym Oleśnie gdzie znajduje się do dziś.

– Samolot chyba ma już tutaj dożywocie – kończy opowieść jego właścicielka – Powoli sobie niszczeje, choć gdy zachodzące słońce oświetli go pod odpowiednim kątem, to jeszcze potrafi pokazać pazur. Wnętrze jest zamknięte, ale jak Pan widzi ciekawscy i z tym sobie poradzili – wyrwali klapę na stropie maszyny i tamtędy wchodzą do środka. Mam czasem wrażenie, że gdyby ten samolot zabetonować, to wykopaliby tunel by do niego wejść. Taka jest siła ludzkiej ciekawości.

– Był nawet chętny kupiec. Zagraniczny. Z Czech. Okazało się jednak, że przy obecnych przepisach transport drogowy takiego samolotu za południową granicę po dzisiejszych drogach przekracza wartość zakupu. Zrezygnował. Myślę więc, że ten samolot jeszcze u nas długo postoi.