Zbiorowa egzekucja w Rudzkim Moście, autor nieznany. Włodzimierz Jastrzębski: „Terror i zbrodnia”. Interpress, Warszawa 1974.

Niemieckie wojska wkroczyły na tereny miasta Tuchola już na samym początku kampanii wrześniowej 1939 roku. Okoliczne tereny zamieszkałe były przez liczną mniejszość niemiecką osiedloną tu w okresie zaborów. Cywilni niemieccy volksdeutsche zrzeszali się w organizacji nazwanej Selbstschutzu – w paramilitarnych, pseudo-policyjnych oddziałach, które stawiały sobie za cel eliminację „polskich sąsiadów na wyzwalanych przez Wehrmacht terytoriach”. Członkowie Selbstschutz niemal natychmiast rozpoczęli zaplanowaną jeszcze przed wojną eksterminację Polaków. Na terenie Borów Tucholskich, na samych rogatkach Tucholi, zamordowano w zaledwie kilka jesiennych dni ponad pięciuset naszych rodaków.

Pierwsze aresztowania rozpoczęły się już z chwilą wkroczenia do Tucholi Wehrmachtu: listy Polskich nauczycieli, duchownych, leśników i intelektualistów przeznaczonych do „eliminacji” członkowie bojówek Selbstschutz przygotowali jeszcze przed wojną . O znalezieniu się na listach śmierci decydowały także indywidualne urazy, pretensje czy konflikty sąsiedzkie. Aresztowaniom od samego początku towarzyszyły także morderstwa – pod parasolem wojska niemieccy mieszkańcy czuli się całkowicie nietykalni.

Początkowo aresztowanych Polaków przetrzymywano w zamkniętych wiejskich obejściach, oborach, piwnicach i zabudowaniach tutejszych dworków rozsianych po puszczy. Szybko jednak miejsca te przepełniły się – rozpoczęto więc egzekucje, a ciała zabitych grzebano w lasach, parkach czy wprost na polach otaczających wsie.

21 października 1939 roku we wsi Piastoszyn spłonęły dwie stodoły oraz chlew należące do bogatego Niemca, niejakiego Hugo Fritza. Na miejsce pożaru została wezwana żandarmeria z Tucholi; niemieccy (!) świadkowe zeznali, że ogień zaprószył sam Fritz udając się do budynków w stanie upojenia alkoholowego z cygarem w rękach. On sam przerażony skutkami pożaru, który strawił jego gospodarstwo, zmarł tego samego wieczoru na zawał.

Pomimo zeznań świadków organizacja Selbstschutz o podpalenie zabudowań oskarżyła Polaków. Na ich karb złożono nie tylko podpalenie, ale także zabicie samego Fritza. Natychmiast aresztowano 10 miejscowych Polaków. Zwołano doraźny sąd wojenny, który jednak po zapoznaniu się z zeznaniami zebranymi przez żandarmów… nakazał zwolnić aresztowanych. Stwierdzono, że nie mieli oni nic wspólnego z pożarem.

Członkowie tucholskich bojówek Selbstschutz nie mogli pogodzić się z wyrokiem. Henrich Mocek – inspektor tej paramilitarnej organizacji (pamiętajmy: to nie było wojsko!) – nakazał natychmiast ponownie aresztować oskarżonych mieszkańców wsi. Dodatkowo aresztowano kolejnych 40 Polaków z okolicznych wiosek – wszystkich osadzono w więzieniu w Tucholi, i wydano dekret, że co trzy dni z tej grupy będzie rozstrzeliwanych 40 osób; tak długo, aż nie znajdą się winni podpalenia. Pozostałej ocalonej dziesiątce wyznaczono makabryczne zadanie – zwalniano ich na trzy dni, by odszukali i wskazali podpalaczy. Jeżeli tego nie zrobili, mieli być ponownie aresztowani i rozstrzelani w kolejnej egzekucji. Gdyby uciekli – rozstrzelane miały być całe ich rodziny.

Jak podają dokumenty jeden z niemieckich mieszkańców zwrócił się osobiście do wdowy po Hugo Fritzu, by ta powiedziała prawdę o całym zdarzeniu; kobieta odmówiła. Stwierdziła, że choć uwięzieni są niewinni, bo jej mąż sam doprowadził do pożaru, to poświadczenie przez nią tego faktu skompromitowałoby jej rodzinę. O tych wydarzeniach zeznali sami Niemcy, uczestnicy mordów, którzy przeżyli wojnę – proces grupy funkcjonariuszy Selbstschutzu z Sępólna i Tucholi odbył się w 1965 roku przed sądem w Mannheim.

Zbiorowe egzekucje rozpoczęły się 24 października 1939 r. Tego dnia przywieziono do lasu w Rudzkim Moście (obecnie dzielnica Tucholi) 45 Polaków przetrzymywanych w miejskiej sali gimnastycznej. Na miejscu obecni byli zarówno oficerowie Wermachtu, członkowie Selbstschutz jak i żandarmeria. Kurt Gehrt, działacz Selbstschutz i pomysłodawca całego wydarzenia, wygłosił oświadczenie, że „Polacy zabili najlepszego Niemca – Hugo Fritza. W związku z tym egzekucje będą trwały tak długo, aż znajdzie się sprawca morderstwa”.

W pierwszej grupie skazanych znajdował się ksiądz ze wsi Raciąż, Franciszek Nogalski. Jeden z Niemców oświadczył, że skoro jest księdzem i spowiada tutejszych mieszkańców, to na pewno zna nazwisko podpalacza. Kazał mu go wydać, a wtedy uratuję skazanych na śmierć. Wbrew faktom ksiądz oświadczył, że to on sam podłożył ogień pod stodoły, i spowodował śmierć Fritza.

„Ty przeklęty psie, ty tego nie zrobiłeś, tylko chcesz ludzi ochronić!” – padła odpowiedź.

Zbici z tropu Niemcy zaczęli krzyczeć i postanowili powiesić księdza na najbliższym drzewie. Wygrażali, że to podstęp, przez który Polacy chcą uniknąć kary. Duchownego najpierw pobito przed szeregiem skazańców, a następnie zastrzelono. Niestety nie zmieniło to losu 44 pozostałych skazańców – po chwili rozstrzelano wszystkich (uratował się tylko jeden, którego zeznania pozwoliły po latach ustalić przebieg egzekucji). 

Zgodnie z „obietnicą” grupowe egzekucje powtarzane były co trzy dni. Kolejnego mordu dokonano 27 października – rozstrzeliwań dokonywali cywilni volksdeutsche, sąsiedzi mordowanych. Ten fakty stał się jednym z argumentów w powojennych dyskusjach o zbrodniach popełnianych przez nazistów. Zabijali Niemcy, a nie „naziści”. Tego dnia rozstrzelano kolejnych 45 Polaków, w tym burmistrza miasta Tuchola.

Kolejne egzekucje przeprowadzano z niemiecką precyzją: 30 października, 2, 6 oraz 10/11 listopada. Za każdym razem stosowano podobny schemat: przeznaczonych do zabicia Polaków ustawiano w lesie, część z nich kopała doły, następnie wzywano ich do wydania sprawcy podpalenia. Bez względu na odzew większość rozstrzeliwano; reszta grzebała zwłoki, zasypywała rów, i była na trzy dni zwalniania „w celu poszukiwania podpalacza” (wg innych źródeł otrzymywali 48 godzin i na 24 godziny przez egzekucją mieli stawić się w areszcie). W kilku przypadkach skazanym kazano wchodzić do dołów, które wykopali – i dopiero tam byli mordowani strzałem z góry.

Podczas następujących po sobie sześciu egzekucji zabito 335 osób. Łącznie w okolicy Rudzkiego Mostu w ciągu czterech miesięcy 1939 roku rozstrzelano 560 Polaków. Wojna zawsze jest taka sama…

Czasy powojenne

Ekshumacje ofiar odbyły się po zakończeniu wojny, w listopadzie 1946 roku. Siedem lat po mordach. Wydobyte z masowych grobów ciała identyfikowano i przenoszono na Plac Wolności w Tucholi. Ostatecznie spoczęli oni w Mauzoleum, które stoi przy cmentarzu miejskim do dnia dzisiejszego u zbiegu ulic Świeckiej i Chopina. Na miejscach mordu w Rudzkim Moście postawiono sześć betonowych płyt upamiętniających miejsce kaźni.

W 1981 roku zawiązał się Społeczny Komitet Budowy Pomnika Pomordowanych Polaków w Tucholi. Stanął on pośrodku lasu w Rudzkim Moście 6 września 1986 roku.

Więcej na ten temat możecie przeczytać w opracowaniu Tomasza Cerana pt. „Rozstrzelany medalik” – TUTAJ

Zaledwie 50 metrów od Mauzoleum w Tucholi znajduje się niewielki cmentarz wraz z pomnikiem upamiętniającym śmierć 2303 żołnierzy radzieckich, którzy zginęli w lutym 1945 roku podczas walk w Borach Tucholskich.