„A w jaki sposób pobiegniecie maraton w Watykanie?” – to pytanie, które pada zawsze w przypadku rozważania możliwości przebiegnięcia maraton w każdym z krajów świata. Nie da się przecież ukryć, że Watykan jest jednym z krajów, i bez niego lista zdobytych krajów nigdy nie będzie kompletna. W miniony czwartek w pewien sposób problem ten udało się rozwiązać…

Trasa organizowanego od 1982 roku maratonu rzymskiego prowadzi przez teren Watykanu – a dokładniej przebiega u podnóża Placu św. Piotra i oferuje widok na Bazylikę św. Piotra – ale jest to tylko odcinek długości 300 metrów, i trudno uznać takie rozwiązanie za satysfakcjonujące. Teoretycznie można byłoby wyznaczyć kilkusetmetrowej długości pętlę na terenie watykańskich ogrodów… ale to tylko teoria, która raczej nigdy nie zostanie zrealizowana. Można także pobiec maraton na elektrycznej bieżni w siłowni w Watykanie, jednak… najpierw trzeba byłoby się tam dostać. Dobrego rozwiązania jak widać nie ma.

Jak więc przebiec maraton w Watykanie, by uzupełnić listę o ten dość przecież nietypowy kraj?

Rozwiązanie zaproponowała grupa fanów biegania z Niemiec, zrzeszona w organizacji o nazwie Country Marathon Club. Postanowili oni zorganizować maraton dla tych wszystkich, którzy kolekcjonują kraje lub europejskie stolice – i brakuje im do pełni szczęścia właśnie Watykanu. Ustalono limit uczestników na 22 osoby, przygotowano regulamin, zapisy, medale. Wyznaczono także trasę.

Jaka to trasa? Pomimo prób nie udało się uzyskać zezwolenia na start bezpośrednio z Placu św. Piotra. Start odbył się więc przy kolumnadzie otaczającej plac, a pierwsza pętla – długości nieco ponad trzech kilometrów – wiodła wzdłuż Watykańskich murów wyznaczających terytorialny obręb stolicy apostolskiej. Następnie uczestnicy skierowali się na brzeg Tybru, rzeki Rzymu, odległej od Watykanu o pięćset metrów i dalszy dystans pokonywali wzdłuż brzegu tej rzeki na agrafce o długości niecałych pięciu kilometrów.

Na ten bardzo nietypowy maraton jechałem wewnętrznie rozdarty. Znam wszystkie minusy takiego rozwiązania, jednak lepszego po prostu nie ma. I nic nie wskazuje na to, by w przewidywalnej przyszłości się pojawiło. Od strony formalnej i organizacyjnej – pomimo niewielkiej liczby uczestników (ostatecznie wystartowało 12 osób) – temu biegowi nie można wiele zarzucić: jak wspomniałem jest i regulamin, i trasa, i medal z certyfikatem. Nawet opłata startowa (25 euro) oraz sędzia. Jednak w moim przekonaniu wciąż nie jest to maraton po Watykanie…

By przełamać swoje wątpliwości postanowiłem zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze: nie biegać dystansu wzdłuż Tybru, tylko odłączyć się i pokonać 42 kilometry wokół murów Watykanu, po jego zewnętrznej granicy. Było to o tyle trudniejsze, że miałem do pokonania dwanaście okrążeń (jaka zbieżność liczb!) po chodnikach, przejściach dla pieszych, schodach i ulicach pełnych ludzi, policji, samochodów i… podbiegów. I po drugie: postanowiłem, że jeżeli kiedykolwiek pojawi się możliwość pobiegnięcia maratonu w Watykanie BARDZIEJ PRAWDZIWEGO – wtedy ten maraton anuluję, i wystartuję jeszcze raz.

Udało się, maraton pokonałem i Watykan dopisuję do swojej listy maratońskich startów. Mimo to jednak jestem nadal wewnętrznie rozdarty, i czuję że to uczucie długo pozostanie ze mną. Wiem, że istnieje świat biegów wirtualnych, indywidualnych, różnych dziwnych pomysłów: jedni organizują prywatne maratony dla kilku osób, drudzy tylko dla siebie. Są nawet tacy, którzy wysiadają z samolotu, biegną w parku dystans maratonu i uważają, że zdobyli kolejny kraj. Nie oceniam i nie krytykuję – skoro ich to bawi, to nie ma powodu by to podważać.

Ja jednak z tą zdobyczą czuję się dziwnie. Akceptuję wynik ze względu na fakt, iż nic innego zrobić w tym przypadku nie można. I być może podczas swoich maratońskich podróży po świecie jeszcze nie jeden raz coś takiego będę „musiał” ukończyć – choćby na jakiejś odległej i niezamieszkałej wyspie Pacyfiku. Taką formułę „własnej” organizacji maratonu dopuszczam wyłącznie w takich właśnie przypadkach – gdy inaczej się już po prostu nie da. A gdy się da, wtedy należy pobiec normalny maraton.

Na świecie jest zaskakująco duża grupa osób, które chcą pobiec maraton w każdym kraju świata. Jeden z biegaczy nawet tego już dokonał przed pandemią: na zasadzie „wysiadam z samolotu, biegnę w parku dystans maratonu, zaliczam, wsiadam do samolotu, lecę do następnego kraju”. Wg. mnie taka formuła wykrzywia wizję tego wyzwania. No ale każdy bawi się tak, jak lubi.

Tak czy siak: Watykan zdobyty jako 48 mój kraj, w tym 23 europejski.

W maratonie wystartowało aż pięciu biegaczy z Polski.

01. Tamás Fazekas (Hungary) – 03:55:49
02. Philippe Waroux (France) – 04:26:21
03. Szymon Babinski (Poland) – 04:42:49
04. Tomasz Kwasniewski (Poland) – 04:48:55
05. Wojciech Machnik (Poland) – 05:15:44
06. Michał Walczewski (Poland) – 05:28:02
07. Laurent Martin (France) – 05:33:05
08. Leszek Stachowiak (Poland) – 05:39:58
09. György Fekete (Hungary) – 06:26:22
10. Joe Church (USA) – 06:27:27
11. Klaus Egedesø (Denmark) – 06:57:16
12. Jürgen Kuhlmey (Germany) – 08:17:34