Czy bieganie jakie znamy sprzed wirusa kiedyś jeszcze powróci? Czy znowu będziemy mogli jeździć po świecie na wielkie, liczące sobie kilkanaście tysięcy uczestników maratony? Na to pytanie nikt nie umie dziś odpowiedzieć – nie wiadomo jak będzie wyglądała turystyka, a co dopiero turystyka biegowa. Pozostaje nam czekać i wspominać. Z tej okazji zapraszam Was dziś na wspomnienie jednej z takich ogromnych imprez: na mój chyba największy maraton w jakim uczestniczyłem w życiu – na maraton w Singapurze z grudnia 2018 roku. Wy też tęsknicie za takimi imprezami czy już na stałe przyzwyczailiście się do parkowych biegów dla kilku / kilkunastu osób?

Do Singapuru przylecieliśmy bezpośrednio z Wietnamu po pokonaniu tamtejszego maratonu w Sajgonie (Ho Chi Minh). Wylądowaliśmy o godzinie 16:00 w sobotę, więc do startu pozostawało nam zaledwie nieco ponad 12 godzin. Za mało by się wyspać czy zregenerować po podróży.

Singapur jest bardzo drogim krajem – zwłaszcza w porównaniu do Wietnamu – więc zależało nam na tym, by spędzić tutaj możliwie najmniej dni. Oszczędności szukaliśmy nie tylko w skróceniu trwania pobytu czy tanim locie na trasie Sajgon – Singapur, ale także na noclegach. Górnego limitu w ceny hoteli nie znajdziecie, my jednak szukaliśmy najtańszego – a jednocześnie ciekawego. I znaleźliśmy – nocleg w tzw. hotelu kapsułowym! Ciekawe przeżycie, choć nie mogę tego polecić każdemu. Planując nocleg w takim właśnie miejscu trzeba przygotować się na maksymalne ograniczenie przestrzeni – to przestrzeń właśnie ona w Singapurze jest najdroższa. Jak wygląda hotel kapsułowy? Zobaczyć to możecie na filmie.

Biuro Zawodów czynne było do 19:00, więc zdążyliśmy na ostatnią chwilę z lotniska. Już tutaj doznaliśmy po raz pierwszy tego, co spotykać nas miało przez resztę pobytu – zaplanowania przez mieszkańców Singapuru każdego elementu aktywności. Nie ma np. opcji by zawodnicy podchodzili do któregoś ze stanowisk ot tak – przed stanowiskami są barierki jak na lotniskach, które kierunkują kolejkę. Na jej końcu stoi „oficer” i rozdziela Was do konkretnych stanowisk.

Podobnie z wychodzeniem z lotniska. Przy każdym wyjściu stoi oficer i pyta dokąd chcielibyście się udać. Czym podróżujecie? Limuzyną, taksówką czy busem? W zależności od odpowiedzi kieruje podróżnych we właściwym kierunku. Nie ma opcji żeby odpowiedzieć, że „ot, tak sobie chciałem przy lotnisku pospacerować” – taka forma jest niezrozumiała, tutaj nie ma możliwości spacerów.

Po terminalu przylotów wędrują sobie autonomiczne roboty sprzątające (od redakcji: pamiętajcie, ten artykuł pochodzi z 2018 roku). Taksówki są zamawiane i trafiają do oznaczonych na drodze farbą boksów i dopiero wtedy oficer kieruje pod wskazany konkretny numer pasażera. Każdy kanał pieszy jest zaplanowany i jeżeli poszedłeś na busa, to nie przejdziesz teraz skróconą drogą do taksówki. Na busa się zapisujesz, i wchodzisz na numer. Wszystko zaplanowane, WSZYSTKO!

Nie inaczej jest w samym mieście, w którym gęstość zaludnienia to blisko 8000 osób na kilometr kwadratowy (Warszawa – 1900 na km. kw). Zaplanowany każdy chodnik, ciąg pieszy, przejście, przejazd. Komunikacja nadziemna, podziemna, publiczna, lądowa i wodna. To robi wrażenie, zwłaszcza gdy dodamy jeszcze zabudowę setkami drapaczy chmur tak zwartą, że zasadniczo mieszkaniec Singapuru może żyć nie oglądając nieba i nie wychodząc na dwór…

To miasto rzeczywiście jest już dziś miastem przyszłości. Choć nie oznacza to że każdemu się spodoba. Swoją wielkością i rozwiązaniami może przytłoczyć, trudno też miejscami zrozumieć jego zawiłości. Którędy iść wielopoziomowymi chodnikami i wiszącymi eskapadami pełnymi wind, chodników, zakrętów by dojść do celu? Jak radzić sobie z przejściem na drugą stronę jezdni na której nie ma pasów a bez pasów przechodzenie jest zabronione? Niestety trzeba iść tak długo i uparcie… aż się gdzieś dojdzie 🙂

Choć z hotelu mieliśmy zaledwie 2 kilometry, to nocna droga na start (ze względu na pogodę zaplanowany przez organizatorów na godzinę 04:30 rano) zajęła nam około 45 minut. Całe szczęście policjanci przymykali oko na nasze wykroczenia – w nocy ruch uliczny jest minimalny. Swoją drogą to ciekawe gdzie podziały się wszystkie samochody w weekend – mieliśmy wrażenie, że chodzimy po wręcz wymarłym mieście. To samo z przechodniami – prawie nikogo nie było – jakby w jakimś post-apokaliptycznym świecie…

Start odbywał się z linii mety toru wyścigów Formuły 1, i samo to już robi ogromne wrażenie. Blisko 10 tysięcy uczestników maratonu (i kolejne 10159 uczestników półmaratonu) zgrabnie upchnięto w kilkunastu strefach czasowych. Sam start trwał… blisko godzinę! Mi oczekiwanie na start mojej strefy zajęło 24 minuty – co przełożyło się na późniejszą godzinę finiszowania i metę przekraczałem już w pełnym słońcu. Zazdrościłem elicie, która zdążyła osiągnąć metę przed wschodem słońca – no ale trzeba bardzo szybko biegać żeby się z nimi załapać.

Jako ciekawostkę dodam, że Kenijczycy zajęli pierwsze… 22 miejsca. Była ich tutaj ogromna ilość. Nie znaczy to jednak że nabiegali jakieś świetne wyniki – zwycięzca miał wprawdzie 02:12:18 ale zawodnik z 22 miejsca – 02:39:56. Trzy godziny złamało zaledwie 45 osób, a cztery godziny – tylko czterysta osób (z 9 tysięcy finiszerów!). Choć trudno to policzyć gdyż pomimo iż start trwał GODZINĘ to organizatorzy wyniki i tak opublikowali wg czasów brutto.

Inną niespodzianką był całkowity brak kibiców na trasie. Pomimo iż biegliśmy zarówno przez biznesowe centrum miasta jak i przez przedmieścia oraz ogromne kompleksy parkowe. Kibiców naliczyłem może z pięćdziesiąt osób a na trasie znajdowały się raptem trzy punkty kibicowania. Miasto sprawiało wrażenie totalnie wymarłego. Czyżby wszyscy mieszkańcy Singapuru na każdy weekend wyjeżdżali na wieś? Nawet po maratonie w handlowym centrum przez które przechodziło się by wyjść ze strefy mety niemal nie zauważyłem żywej duszy. Może jakaś epidemia?

Technicznie maraton zorganizowany doskonale. Punkty z wodą i izotonikiem rozstawione były co 1.7 – 2.2 kilometra. Łącznie na trasie znajdowały się ich aż 22! To bezwzględna konieczność przy panujących w tym regionie świata warunkach pogodowych. W nocy było niesamowicie duszno i parno. W centrum miasta wieżowce zasłaniały niebo i powodowały, że powietrze po prostu stało w miejscu. Dopiero po wybiegnięciu poza miasto na 22 kilometrze łapie się oddech, ale… ale wtedy wschodzi słońce. Wystarcza mu 30 minut by wznieść się trochę ponad horyzont, i wtedy zaczyna nokautować.

Trasa ciekawa, świetnie zabezpieczona, a na mecie w końcu PIĘKNY MEDAL. Ogromny, prawdziwa ozdoba kolekcji każdego maratończyka. Na minus jednak organizacja samej mety – po jej przekroczeniu przez ponad kilometr trzeba iść betonowiskiem zanim będzie można odpocząć czy choćby przysiąść. Nie można się zatrzymać, położyć, złapać oddechu. Do tego całkowity brak cienia. Kolejne półtora kilometra trzeba iść żeby… żeby opuścić teren zawodów. Nie wiadomo którędy bo wszędzie wokół albo autostrada – trasa albo zamknięta dla finiszujących biegaczy, albo inne zakazy. Dopiero idąc za lokalsami znalazłem przejście przez wspomnianą wyżej galerię handlową i tak udało mi się opuścić teren zawodów. Ciężko sobie poradzić, bo galeria kieruje pod ziemię – a tam znowu trudno zorientować się w kierunkach świata…

Maraton ukończyło 9307 osób, które zmieściły się w limicie 8 godzin. My zajęliśmy odpowiednio Michał 2235 miejsce z czasem netto 04:56:16 i Sławek 6087 miejsce z czasem 06:24:37. Zmęczeni ale szczęśliwi dwa dni później wróciliśmy do Polski!