Jak zwiedzić coś, czego nie ma? Po zamkach i twierdzach pozostają zawsze jakieś ruiny, lub choćby fundamenty budowli. Po zniszczonych miastach odnajdujemy gruzy, zaś po spalonych lasach pogorzeliska. A co pozostaje po jeziorze wielkości morza, które zniknęło? Błoto? Równina? Wielka dziura w ziemi? Zapraszam Was w podróż nad Morze Aralskie – w podróż po dnie jeziora, które kiedyś było czwartym największym jeziorem naszej planety. 

Decyzja o wyruszeniu na zachód, nad Jezioro Aralskie, była dość trudna do podjęcia. Ze starej stolicy Kazachstanu, Ałmaty, do Jeziora Aralskiego (a raczej do tego, co z niego zostało) dzielił nas dystans prawie 1600 kilometrów. I drugie tyle drogi powrotnej. Mimo wszystko zdecydował koronny argument – „nigdy więcej nas tutaj przecież nie będzie”. Wypożyczyliśmy więc samochód i wyruszyliśmy w czterodniową podróż przez kazachskie stepy – chcieliśmy dotrzeć do jeziora niegdyś tak wielkiego, że nazywano je morzem. 

Jezioro Aralskie jeszcze pięćdziesiąt lat temu było czwartym lub piątym co do wielkości jeziorem na świecie. Pod względem powierzchni zajmowało obszar równy powierzchni województwa wielkopolskiego i mazowieckiego razem wziętych. Albo inaczej – zajmowało tyle miejsca, co cała Litwa. Krótko mówiąc: było całkiem spore!

By zrozumieć współczesną historię jeziora należy najpierw pochylić się nieco nad jego geografią. Jezioro Aralskie jest jeziorem bezodpływowym, położonym w sercu Azji Centralnej. Otaczające ten region świata ze wszystkich stron góry i wyżyny spowodowały, że tutejsze rzeki nie mają ujścia i ich końcem – nawet tych największych – są jeziora położone w obniżeniach terenu. Miliony lat temu, gdy klimat był bardziej wilgotny niż obecnie, na centralnych terenach Azji istniało jedno ogromne jezioro  – tzw. morze wewnętrzne. Był to największy zbiornik wody słodkiej na naszej planecie: ciągnął się na przestrzeni milionów kilometrów kwadratowych. Gdy klimat środkowej Azji zaczął stawać się coraz bardziej suchy owo morze zaczęło się kurczyć – pozostał po nim szereg mniejszych jezior takich jak Bajkał, Bałchasz czy właśnie Jezioro Aralskie. Oczywiście odtworzenie granic tego gigantycznego jeziora jest dość problematyczne, zwłaszcza, że przez miliony lat zmieniało ono swoją objętość; raz kurcząc się, innym zaś razem rozszerzając swój zasięg.

Jezioro Aralskie jeszcze w latach 60-tych minionego wieku miało objętość ponad tysiąca kilometrów sześciennych wody. Czy to dużo? Ponownie odwołajmy się do porównań: najwięcej wody w Polsce znajduje się w Jeziorze Mamry – 1 kilometr sześcienny (jeden!) Łącznie tysiąc największych jezior w naszym kraju to zaledwie niecałe 17 kilometrów sześciennych. A przecież jesteśmy krajem zasobnym w jeziora. Gdyby wodami jeziora Aralskiego zalać całe województwo mazowieckie, otrzymalibyśmy powódź o głębokości 30 metrów.

Niestety Jeziora Aralskiego dziś już nie ma. Znikło z powierzchni Ziemi w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat. Oczywiście można się spierać o nazewnictwo, studiować mapy satelitarne i analizować linię brzegową. Można udowadniać, że coś tam jeszcze – gdzieniegdzie – jest. Fakty są jednak takie, że z dumnego kiedyś jeziora zostały zaledwie skromne bajorka, a ono samo utraciło łącznie prawie tysiąc kilometrów sześciennych wody. Jego powierzchnia zmniejszyła się o 93 procent. Co się stało?

Po zwycięstwie rewolucji władze sowieckie postanowiły zmienić tereny nowych republik azjatyckich w krainy mlekiem i miodem płynące. Reformy rolne trwały tutaj już od lat trzydziestych, a bezkresne przestrzenie stepów od zawsze rozpalały wyobraźnię sowieckich politruków. A gdyby tak na tych setkach milionów hektarów posadzić ziemniaki? Albo zboże? Spichlerze Ukrainy byłyby niczym w porównaniu z bogactwami dostarczanymi przez dwie republiki sowieckie: kazachską i uzbecką. Rozwiązując w ten sposób problem wyżywienia ludności Kraju Rad, można byłoby tworzyć milionowe armie żołnierzy. Można byłoby ponieść rewolucję dalej w świat.

Wielkie plany mechanizacji i kolektywizacji terenów rolnych obu republik kończyły się jednak za każdym razem katastrofami. Step okazał się twardy i niesprzyjający uprawom; tutejsze gleby nie chciały rodzić ani zbóż, ani ziemniaków, ani kukurydzy. W końcu, po serii kosztownym porażek, postanowiono zadziałać bardziej naukowo: zadano sobie pytanie – co można uprawiać w realnych warunkach panujących na stepie? Wyszło na to, że bawełnę. Skoro nie można wyżywić mieszkańców ZSRR, to chociaż ich ubierzmy. A nadmiar produkcji można będzie sprzedać za granicę!

Był jednak – jak zawsze w sowieckiej gospodarce – pewien problem. Uprawa bawełny wymagała ogromnych ilości wody. Ale kłopot ten można było prosto rozwiązać: pod ręką było ogromne jezioro Aralskie, zwane wręcz –  nie bez podstaw – Morzem Aralskim. Należało tylko wykopać setki kilometrów kanałów, które doprowadzą do planowanych pól uprawnych wodę wprost z jeziora oraz zasilających je rzek. Sowiecka machina gospodarcza zawsze lubiła takie wizje; kopać, budować, przenosić – takim wyzwaniom nowy socjalistyczny obywatel gotów był zawsze dać opór. Ruszyły więc w step hufce pracy. Z Leningradu, z Moskwy, z całego ZSRR jechały pociągi pełne młodzieży i ochotników chorujących na gorączkę socjalizmu. Kopali i budowali wytrwale, mając w umysłach nadchodzącą świetlaną przyszłość komunizmu.

Gdy ukończono pierwsze kanały, step zazielenił się biało-zielonymi krzewami bawełny. Rosło! Działało! Jezioro dzieliło się wodą, a fabryki zaczęły produkcję bawełny. Związek Radziecki odniósł spodziewany i drobiazgowo zaplanowany sukces. Wręczano odznaczenia bohaterów pracy rolnej, kopaczy kanałów, twórców potęgi socjalizmu. Sukces postanowiono wykorzystać bez ograniczeń. Kopano następne kanały; setki kilometrów kanałów. Rachunek wydawał się prosty; czym więcej kanałów, tym więcej wody. Im więcej wody, tym więcej bawełnianych pól i bawełny. Czyli: im więcej kanałów, tym więcej bogactwa.

Możemy się uśmiechać pod nosem, ale zjawisko to ma miejsce do dziś we wszystkich ustrojach. Nie ma na nie wyłączności socjalizm. Jeżeli coś przynosi dochód, to należy to maksymalizować i konsumować – nawet, jeżeli doprowadzić ma to ostatecznie do katastrofy. Liczy się tylko: tu i teraz, szybko i wydajnie. My ludzie zawsze tak działamy, to jest nasz gen bogactwa za wszelką cenę.

Kopano więc więcej kanałów. Maszyna kopania rozpędziła się do takiej skali, że sieć kanałów pokryła dziesiątki tysięcy kilometrów kwadratowych stepu. Nie nadążano wręcz z przygotowywaniem pod uprawę kolejnych pól. Co gorsze, na potrzeby statystyki sukces mierzono długością wykonanych kanałów, a nie ich sensem. Brakowało pracowników do uprawy pól bawełny, ale kanały kopano nadal, z rozpędu. Bezsensowna pogoń za biciem kolejnych norm doprowadziła do tego, że kanały kończyły się głęboko w stepie. Kończyły się… niczym. Woda rozlewała się po powierzchni ziemi, wsiąkała w grunt i parowała do atmosfery. 

Jadąc w kierunku Morza Aralskiego mijaliśmy dziesiątki takich kanałów. Głębokie na kilka metrów, szerokie na kilkanaście. Prowadzą znikąd donikąd – pojawiają się nagle na horyzoncie, po czym biegną prostą linią, przecinają drogę, i giną w oddali po przeciwnej stronie. Zwykle suche, choć niektóre z nich nadal dostarczają wodę do pól uprawnych. Od tych głównych odchodzą co jakiś czas mniejsze, przypominające rowy melioracyjne. Dziś wiele z tych kanałów to już tylko bruzdy szpecące piękno płaskiego kiedyś jak stół stepu. Najciekawsze są te, które poprowadzono w powietrzu: wsparte na słupach, ciągną się kilometrami w otwartych od góry betonowych korytach. 

Przez pierwsze lata jezioro Aralskie dzielnie dawało sobie radę. Lustro wody obniżało się nieznacznie – zaledwie kilka czy kilkanaście centymetrów na rok. W miarę jednak jak budowniczowie kanałów rozpędzali się, wody w rzekach zasilających jezioro było coraz mniej. Do niedawna dumne jeszcze rzeki Syr-Daria i Amur-Daria, u swych ujść do jeziora Aralskiego coraz bardziej przypominały zaledwie strumienie.

Ale wciąż były to czasy prosperity. Liczba mieszkańców Aralska – największego miasta położonego nad jeziorem Aralskim – w latach siedemdziesiątych wzrosła z kilkunastu do ponad czterdziestu tysięcy. Powstawały fabryki przetwórstwa, osiedla, szkoły. Aralsk był wtedy portem rybackim przyjmującym duże, kilkudziesięciometrowej wielkości jednostki. Rybołówstwo było dla tego regionu ważną dziedziną gospodarki, choć w Moskwie raczej lekceważoną i marginalizowaną. Dziś ówczesny port w Aralsku jest jednym z najbardziej intrygujących dowodów katastrofy ekologicznej.

– Nasi dziadowie i ojcowie byli rybakami – mówi spotkany przeze mnie nad „brzegiem” jeziora Aralskiego Nazar. Mężczyzna w podeszłym już wieku z chęcią opowiada mi o losach miasta, jakby czekał na możliwość podzielenia się tą opowieścią – W 1921 roku wysłaliśmy do Moskwy czterysta wagonów kolejowych pełnych ryb. W nagrodę sam Ilicz Lenin przysłał do nas tą oto wielką maszynę, by żyło nam się lepiej! – wspomina.

Patrzę na dużą, starą, rdzewiejącą tokarkę stojącą przy byłym portowym nabrzeżu. Równo sto lat temu sam wódz rewolucji spojrzał łaskawym okiem na tutejszych rybaków, i by pomóc im w misji żywienia mieszkańców stolicy przysłał maszynę, która stała się dla nich dowodem jego ojcowskiej opieki. Wokół mnie roztacza się księżycowy krajobraz byłego portu; muszę mocno wysilić wyobraźnię, by dostrzec, że przecież tak niedawno było tutaj morze…

– Pamiętam, jak byłem mały, to kąpaliśmy się tutaj, w jeziorze. Na brzegu, na wysokiej piaszczystej skarpie stał cmentarz. Tam przebieraliśmy się w suche ubrania. Budowaliśmy z piasku zamki. Zbieraliśmy jajka ptaków. Jak zostałem później pracownikiem fabryki, to jezioro jeszcze było widać – jak się weszło na dach magazynów, to było widać wodę, tam daleko. – Nazar pokazuje w kierunku ciągnącej się za moimi plecami pustyni.

Katastrofa nadciągnęła wraz z latami 80-tymi. Każdego roku lustro wody w jeziorze obniżało się już nie o kilka, ale o kilkadziesiąt centymetrów. Bezodpływowe jezioro było dość płytkie, więc spadek poziomu wody o pół metra powodował, że linia brzegowa uciekała w ciągu roku o kilkaset metrów. Wciąż jednak miasto żyło z jeziora – widać to na zachowanych zdjęciach przedstawiających błękit wody i pływające po nim statki. Gdy patrzę na rozpościerającą się przede mną pustynię nie czuję nic. Wzruszenie ogarnia dopiero wtedy, gdy trzymam w ręku zdjęcie i mogę porównać oba krajobrazy; dzisiejszy pustynny, i ten sprzed czterdziestu lat pełen niemal morskich fal i unoszących się nad wodą mew.

– Na początku nikt się nie przejmował. Przecież jezioro nie zniknie, niby jak? A że na plażę było dalej? Szło się pieszo, lub kogo było stać ten wsiadał na rower. Port był głęboki, statki stały przy nabrzeżu, ale kłopot był, bo nie mogły do jeziora dopłynąć. Władze kazały jednak kopać kanał. I tym kanałem jakoś do jeziora te statki szły. I ryb było cały czas dużo, oj dużo. Nową fabrykę nawet zbudowali.

Patrzę na port. Na wzniesieniu, które kiedyś było portowym nabrzeżem, wciąż stoją dwa ogromne dźwigi służące do wyładunku towarów. Bezpośrednio ze statków dziesiątki ton ryb przeładowywano do wagonów. Tory kolejowe także są wciąż widoczne, choć cała ta maszyneria już dawno nie funkcjonuje. Kanał łączący port z jeziorem miał najpierw kilka kilometrów długości. Potem kilkanaście. A potem człowiek się poddał. Choć na zdjęciach satelitarnych cały czas go widać – ciągnąca się na południe wąska i prosta linia długości wielu kilometrów – to w rzeczywistości po kanale nie ma już śladu. Jest tylko pustynia.

– Wody było coraz mniej. Ludzie zaczęli uciekać. Wcześniej od nas szły pociągi pełne ryb do Moskwy, ale w końcu ich zabrakło. Statki już nie miały jak wyjść z portu. Ale w mieście była przetwórnia, więc pociągi zaczęły przywozić ryby do nas – z Kaliningradu, z Bajkału, z oceanu. Do jeziora mieliśmy już kilkadziesiąt kilometrów. Po dnie teraz spacerują wielbłądy i psy. Wszystko wyschło.

Władze ZSRR wiedziały do czego doprowadzi rabunkowa gospodarka wodna. Było o tym wiadomo od dawna, i nie była to zaskakująca katastrofa. Śmierć jeziora Aralskiego oraz degradacja mieszkańców regionu były wpisane w cenę, którą władze gotowe były zapłacić za budowę bawełnianego imperium. W poszukiwaniu pracy z regionu wyemigrowało podobno nawet sto tysięcy ludzi. W Aralsku żyje obecnie zaledwie kilkanaście tysięcy mieszkańców, tyle co pół wieku temu. Miasto straszy pustymi, walącymi się fabrykami, oraz nieczynnymi szkołami i urzędami. Ludzie są jednak mili.

– Co u Was warto zobaczyć? – pytamy atrakcyjną dziewczynę poznaną na dyskotece. Może to Was zaskoczy, ale w Aralsku jest dyskoteka, są kluby wieczorowe a nawet hotel ****. Działa stacja kolejowa, a niedaleko jest nawet krajowe lotnisko. Pośrodku miasta znajduje się centralny plac z dumnie celującymi w niebo armatami, z budynkami urzędowymi oraz obowiązkową statuą upamiętniającą ofiary wojny 1941-1945.

– Jest tutaj piękny plac. I pomnik. I musicie koniecznie zobaczyć muzeum rybaków – odpowiada. – Chcecie, to zaraz Was zaprowadzę, idziemy?

Odmawiam jednak. Mija północ, i nie jest to chyba dobra pora na spacer z nieznajomą. Umawiamy się więc na jutrzejszy poranek. O ósmej rano jest już rześko, przyjemnie, a długi spacer pozwoli spalić nocne, obowiązkowo tutaj spożyte procenty.

– Tu jest muzeum, o proszę – pokazuje nasza nocna koleżanka. Pytamy się gdzie można sfotografować te słynne wraki statków stojące pośrodku stepu. Internet pełen jest takich zdjęć. Wpiszcie w przeglądarce hasło „wraki morza Aralskiego”.

– Wraki? Nie wiem. Może spytajcie w hotelu?

W hotelu jednak także nikt nie umie wskazać nam na mapie lokalizacji wraków. Pomimo tego, że cały hotel jest wręcz obwieszony ich zdjęciami. Wraki są główną atrakcją turystyczną Aralska. A raczej ich zdjęcia bo… wraki zniknęły.

Pytamy także w muzeum. Wokół budynku panuje spore zamieszanie. Szybko okazuje się, że muzeum jest dopiero w stadium budowy. Wszędzie chodzą robotnicy, stukają młotkami, noszą materiały budowlane, malują. Pytamy o wraki, ale nikt nic konkretnego nie wie. W końcu wołają kogoś ważnego, jakiegoś kierownika. Rozmawiamy łamaną mieszkanką rosyjskiego i angielskiego.

– Wraków już nie ma.

– Jak to nie ma? Przecież tu są zdjęcia, a tutaj port. To gdzie są? Pokaż nam na mapie, mamy samochód to pojedziemy.

– Nie ma już wraków. Jesienią poszły na złom.

– Te słynne wraki na złom?

– Tak. Po co komu wraki? Tu mamy muzeum. Te trzy jednostki które widzicie, to ostatnie co udało nam się uratować. Nie ma pieniędzy na nic więcej. Ściągnęliśmy je tutaj, pomalujemy i będzie można zwiedzać. Tam, gdzie było jezioro już nic nie ma. Wszystko na złom sprzedane.

– A możemy chociaż zwiedzić muzeum?

– Niet, zakryte. Nie ma teraz wejścia. Remont, budowa, niebezpiecznie.

– Ale my z daleka przyjechaliśmy. Specjalnie z Polski. Z Almat jechaliśmy dwa dni samochodem…

Kierownik patrzy na nas uważnie. Coś myśli. Jest taka zasada, że jak czegoś nie można, ale się bardzo chce – to można.

– Wchodźcie, tylko nic nie dotykajcie, ściany jeszcze mokre od farby. Otwieramy uroczyście za tydzień.

W środku jest zaskakująco nowocześnie. Zupełnie, jakbyśmy przenieśli się do innego świata. Absolutne zaprzeczenie ciągnących się wokół ruin. Budynek w którym umieszczono muzeum połączono jedną ze ścian z dużym statkiem rybackim – tak, że z muzealnych pomieszczeń wchodzi się bezpośrednio na statek. Oglądamy kajuty, zdjęcia, wyposażenie. Minioną codzienność tutejszych rybaków. Nokautują nas zdjęcia przedstawiające ławice ryb i uśmiechniętych mieszkańców miasta pływających po swoim jeziorze statkami wycieczkowymi. Czterdzieści lat temu był tu zupełnie inny świat.

– Znaleźliśmy wrak dla Was – oznajmia nasz kierownik muzeum. – Jest siedemdziesiąt kilometrów stąd, cztery godziny jazdy. Jak chcecie, to kierowca zawiezie Was za 50 dolarów.

Niestety nie możemy skorzystać z propozycji. Czas goni, a przed nami są jeszcze dwa dni drogi powrotnej. Dziękujemy za fatygę, za możliwość zwiedzenia nieukończonego jeszcze muzeum, i za rozmowę.

– Mój ojciec pływał na statku. Matka pracowała w przetwórni. Teraz jest źle, ale dobre czasy jeszcze wrócą, zobaczycie. Zbudowaliśmy tamę na jeziorze, dwieście kilometrów stąd. Teraz woda z rzeki nie płynie do Uzbekistanu, tylko ją tutaj zatrzymujemy. Woda jest już coraz bliżej. Była nawet 100 kilometrów dalej, a teraz grząsko jest już 25 kilometrów stąd. Prawie widać! – dostrzegam błysk w oku naszego rozmówcy.

To prawda. Najczarniejsze czasy dla jeziora Aralskiego nadeszły wraz z rozpadem ZSRR. Kazachstan i Uzbekistan stały się niepodległymi krajami. Gdy Armia Radziecka opuściła te kraje, na środku jeziora znaleziono wyspę, a na niej dziwne zabudowania i fabryki. Enigmatyczna baza nr 7 okazała się centrum produkcji broni biologicznej. W porzuconych laboratorium natknięto się na kilka ton wąglika. Przy jego utylizacji pomagali amerykanie.

W latach 90-tych wody wciąż ubywało. Ponieważ Uzbekistan stał się największym na świecie producentem bawełny, to jego apetyt na wodę był nieograniczony. Jezioro podzieliło się w końcu na dwa małe, odrębne akweny. Ten północny, leżący na terenie Kazachstanu, kraj ten próbuje dziś uratować. Zbudowana specjalna grobla i tama zatrzymują wodę z Syr-Darii, która nie płynie już do Uzbekistanu. Powoduje to wprawdzie napięcia dyplomatyczne, ale w północnej części jeziora wody zaczęło przybywać. Mieszkańcy Aralska wierzą, że jeszcze za ich życia znowu zobaczą wodę u stóp miasta. Stare, porzucone plaże, po których wędrują dziś wielbłądy – wciąż czekają na plażowiczów.

Spacerujemy po Aralsku. Po jego skromnych uliczkach, w większości piaszczystych – bo asfalt leży tylko na głównych drogach. Ponownie słyszę słowa, które stały się tutejszym mitem i chlubną kartą historii z której dumni są wszyscy mieszkańcy:

– A mówili Panu, że w 1921 roku wysłaliśmy 400 wagonów ryb? Sam Lenin nam dziękował!

Po południu opuszczamy Aralsk i jego przyjaznych mieszkańców. Żyją skromnie, w dużej części wspomnieniami. Ale wciąż wierzą, że doczekają powrotu czasów, gdy z portu wypływali rybacy na połów.

Przez kilkanaście kilometrów jedziemy na południe, dnem wyschniętym jeziora. Nasze auto nie jest jednak terenówką, i w końcu musimy się poddać. Robi się coraz bardziej piaszczyście, a dnem byłego zbiornika nie prowadzą żadne drogi. Wokół nas znajdują się także niebezpieczne grzęzawiska, pod którymi leżą warstwy  grubego błota – gdybyśmy w nie wpadli, byłby duży kłopot z wydostaniem auta. Zawracamy nie docierając do linii wody. Ale gdzieś tam przecież jest.

Na trop jeziora ponownie wpadamy w drodze powrotnej. W kierunku na Bajkonur, na poboczu wiejskiej drogi dostrzegamy sprzedawców ryb. Obok stoi lekko przekrzywiony i nadjedzony zrębem czasu znak drogowy: „Plaża 10 km”. Zatrzymujemy się instynktownie. Skąd ryby? Z jeziora. Jak to, gdzie ono jest? A tam, daleko, za wzgórzami. Ruszamy niemal z piskiem opon. I rzeczywiście, kilkanaście kilometrów dalej naszym oczom ukazuje się upragniony widok – ciągnąca się po horyzont tafla wody. Przed nami jezioro Qamystybas – jedno z kilku ostatnich pozostałości po Morzu Aralskim. Ma 25 kilometrów długości i 4-6 szerokości. W nim, tak jak dawno dawno temu w Aralsku, rybacy wciąż jeszcze łowią ryby.

Pozostało nam jeszcze jedno pytanie: czy warto poświęcić kilka dni na podróż do Aralska?

Odpowiedź jest skomplikowana. Nikt raczej nie pojedzie specjalnie do Aralska bezpośrednio z Europy – chyba że jest szalonym oceanografem. Sensowne jest odwiedzenia tego niezwykłego miejsca tylko wtedy, gdy już jesteśmy w Kazachstanie. Kraj ten posiada jednak wiele ciekawych atrakcji turystycznych z którymi jezioro Aralskie musi rywalizować. Tymczasem leży ono poza głównymi szlakami; trzeba przyznać że „dość zupełnie nigdzie”. Na absolutnym – nazwijmy to kulturalnie – uboczu. Stawiamy więc na szali albo zapierający dech w piersi wschód Kazachstanu, albo pustkę zachodu. Jedno od drugiego oddalone jest o ponad półtora tysiąca kilometrów. Dylemat jest tym większy, że przecież tak naprawdę… tego jeziora nie ma. Jedziemy więc zobaczyć brak.

Samo miasto Aralsk ma niewiele do zaoferowania. Jeden wieczór wystarczy, by je obejść. Muzeum i resztki portu rybackiego zajmą Wam jeszcze mniej czasu. Możecie tak jak my wyruszyć w poszukiwanie jeziora, ale… przez najbliższych kilkanaście lat sytuacja raczej nie ulegnie zmianie; by dotrzeć do zbiornika wodnego trzeba albo pokonać kilkadziesiąt kilometrów bezdroży, albo uważnie spojrzeć na mapę… i pojechać zupełnie gdzieś indziej. Tam, gdzie boczne drogi docierają w okolice ostatnich pozostałości po jeziorze. Macie do wyboru: albo zobaczyć miejsce, gdzie nie ma wody (i niczego innego, pustynia po horyzont) – albo zobaczyć wodę, ale sto kilometrów dalej. A woda ta będzie jak to woda: niebieska, wodnista, i pluska jak coś do niej wrzucić. I tyle.

Moim zdaniem do Aralska powinni wyruszyć tylko Ci z Was, którzy są pewni, że tego chcą. Jeżeli w podróżach podnieca Was sama podróż – wtedy Aralsk będzie w sam; podróż do tego miasta, to właściwie… sama podróż.

PS. Po drodze do Aralska mijacie słynny Bajkonur. Jest to zamknięta, eksterytorialna enklawa rosyjska, więc jej turystyczne odwiedzenie możecie włożyć pomiędzy bajki. Można tam wjechać nielegalnie, z jakimś zorganizowanym pokątnie przewodnikiem – ale zaakceptować musicie fakt, iż jeżeli Rosjanie będą potrzebowali akurat nie łapówki, tylko afery i przykładnego ukarania kogoś, to staniecie się wtedy przysłowiowym kozłem ofiarnym. Miasto jest otoczone betonowym murem i zaporami. W Internecie znajdziecie wiele opowieści osób, które dostały się na jego teren nielegalnie z przewodnikiem. Wewnątrz miasto wygląda jeszcze gorzej niż Aralsk. Można także wprawdzie ubiegać się o oficjalną przepustkę, ale… wszystko co napisano przed „ale” jest nieważne. Nie polecam.