O tym, że muszę odwiedzić „Kolsay Lakes National Park” wiedziałem od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłem wielkie zdjęcia tamtejszych jezior przyozdabiające ogrodzenie Ambasady Kazachstanu w Warszawie. Zdając sobie sprawę z tego, że fotografia reklamowa zwykle przeinacza rzeczywistość przygotowany byłem na rozczarowanie… Jednak wizyta w tym odległym od cywilizacji miejscu przerosła moje oczekiwania. Choć pierwsze zetknięcie z Jeziorem Kolsai nie było zbyt pozytywne, to każda następna chwila zaskakiwała już tylko na plus…

Jeszcze kilka lat temu samo dotarcie do parku narodowego było nie lada wyzwaniem. Dziś jest to już o tyle łatwiejsze, że w ramach inwestycji w rozwój turystyki kazachskie władze zadbały, by także tereny znajdujące się na zboczach „Niebiańskich Gór” – czyli nadgranicznego pasma górskiego Tienszan – były skomunikowane z resztą kraju. W efekcie obecnie podróżnicy i zwykli turyści dotrzeć tutaj mogą wygodną drogą asfaltową.

Kolsay Lakes National Park znajduje się na południowy – wschód od starej stolicy Kazachstanu, Almaty. Zajmuje on powierzchnię 1619 kilometrów kwadratowych, a dzięki unikatowej biosferze w 2007 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 

Główną bazą wypadową na tereny parku jest niewielkie miasteczko, a raczej już wioska, Saty. By dotrzeć do niej z Almat musimy nadłożyć nieco kilometrów i objechać północne odgałęzienie łańcucha górskiego Tian Shan – wraz z jego najwyższym szczytem – Pikiem Talgaru (4979 m.n.p.m.) Podróż jest jednak przyjemna; jedziemy wygodną, szeroką, asfaltowaną drogą, mogąc przy okazji podziwiać leżące po drodze inne perły Kazachstanu – jak choćby Kanion Szaryński o którym pisałem TUTAJ

Choć miasteczko jest niewielkie, to ze względu na jego turystyczną lokalizację w sezonie obfituje w miejsca noclegowe. W większości są to prywatne kwatery prowadzone przez lokalnych mieszkańców oferujące dość skromny standard. Internet jest wyłącznie teoretyczny. W naszym przypadku niespodzianką był także np. fakt, że prąd u gospodarzy, z których usług korzystaliśmy… był tylko co drugi dzień. Jeżeli jednak pod względem luksusów wymagacie czegoś wygodniejszego, to bez większych problemów znajdziecie także bardziej nowoczesne hotele – położone już na terenie parku, ale i znacznie droższe.

Z Saty do „dolnego” jeziora Kolsai biegnie nowa droga. Wstęp do parku kosztuje około 8 złotych od osoby za dobę, a bilety kupicie bezpośrednio na wjeździe do parku wyznaczonym przez kolorowy szlaban. Dostępna dla samochodów droga kończy się po kilku kilometrach obszernym parkingiem, zaledwie kilkaset metrów od brzegu jeziora. Miała być dzicz, a tymczasem czeka tutaj na nas cywilizacja, od której tak bardzo chcieliśmy uciec…

Jezioro Kolsai (Kolsay) w rzeczywistości składa się z trzech jezior: dolnego (do którego właśnie dojechaliśmy samochodem), środkowego oraz górnego. Jeziora te powstały stosunkowo niedawno: za sprawą osuwisk górskich zboczy, które zatarasowały swobodny spływ rzeki Kolsay. Źródła internetowe podają, że jeziora dolne oraz średnie powstały podczas osuwisk mających miejsce w latach 1887 oraz 1911 – przyznać musicie, że całkiem niedawno. W efekcie powstały pokaźnych rozmiarów zbiorniki wodne o głębokości 80 oraz 50 metrów.

Północny brzeg jeziora dolnego jest – jak na standardy zagubionych w górach jezior – dość mocno zurbanizowany. Na zboczach wznosi swoje wątpliwej urody wdzięki kilka hoteli, jest przystań oferująca przejażdżki oraz… wypożyczalnia rowerów wodnych. A warto pamiętać, że jesteśmy na wysokości prawie 2 tysięcy metrów! To, co tutaj zastaliśmy, nieco nas rozczarowało – spodziewaliśmy się „dziczy”, a tymczasem okazało się, że wciąż jest ona od nas dość odległa. Deprymująco wpływały na nas także liczne wycieczki turystów, które wprost z wznoszącego się nad jeziora parkingu wysypywały się z samochodów by robić kilka selfie. Wielu z odwiedzających zadowalało się panoramą z punktu widokowego, nie zadając sobie nawet trudu zejścia na brzeg jeziora – ku widocznego rozczarowaniu właścicieli wypożyczalni wspomnianych rowerów wodnych.

Nie pozostało nam nic innego, jak zakasać rękawy i wyruszyć wzdłuż jeziora w poszukiwaniu naszej upragnionej dziczy. Piesza ścieżka biegnie zachodnim brzegiem jeziora, i już pierwsze kroki spowodowały, że nasze srogie nastroje odmieniły się o 180 stopni. Rozpościerające się z wysokiej skarpy widoki zapierały dech w piersiach. Swoje trzy grosze dodała także słoneczna, jesienna aura – okoliczny las i łąki rozkwitały miliardem barw. Wszystko to skąpane w refleksach kąpiącego się w jeziorze słońca… Możecie wierzyć albo nie, ale w jednej z niewielkich zatoczek dojrzeliśmy także nagie nimfy pluskające się w zimnych wodach pomimo obowiązującego zakazu kąpieli. Pierzchły jednak na nasz widok, zanim zdołaliśmy do nich dotrzeć…

Jezioro dolne ciągnie się na długości około półtora kilometra i kończy malowniczym, w końcu DZIKIM ujściem górskiego potoku. To rzeczka Kolsay, źródło i dopływ wszystkich trzech jezior. Do tego miejsca wciąż jeszcze dotrzeć można „cywilizowanymi” środkami transportu – rowerem wodnym lub (za opłatą dodatkowych kilkudziesięciu złotych) łodzią wiosłową. Zdecydowanie jednak polecamy niewymagający spacer brzegiem!

Żegnając pierwsze z jezior zagłębiamy się w las. Szlak pieszy (można także konno!) biegnie wzdłuż wijącego się strumienia przez kolejne pięć kilometrów. Wspinamy się o czterysta metrów w górę, na wysokość 2260 metrów. Pomimo to wędrówka jest wciąż niewymagająca i dostępna dla każdego. W zależności od tempa marszu na ten odcinek musicie przeznaczyć od dwóch do trzech godzin. Wysiłek wart jest poświęconego czasu i zwraca z nawiązką wszystkie nasze rozterki: w końcu docieramy do jeziora „średniego”.

Jezioro noszące lokalną nazwę Mynzholk (czyli „1000 lat”) jest największe z trzech jezior tworzących łańcuch spiętrzeń na rzece Kolsay. U wylotu strumienia docieramy do zwaliska głazów i pni, które tarasują ujście wody w dół. To jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w Kazachstanie – widok, który kilka tygodni wcześniej widziałem w ambasadzie w Warszawie. Jeżeli tylko traficie na słoneczną pogodę, to możecie usiąść spokojnie na leżących pniach i delektować się krajobrazem.

Fotografie nie kłamały. Odnaleźliśmy naszą dzicz. Przez trzy i pół godziny marszu nie spotkaliśmy ani jednego człowieka. Tylko my, strumień oraz hasające po drzewach wiewiórki robiące ostatnie zapasy przez zbliżającą się zimą.

Nad jeziorem środkowym spędziliśmy niecałą godzinę. Pomimo kolorowych, przepięknych widoków pamiętać trzeba, że jednak jesteśmy w górach. Jesienią ciemności zapadają tutaj już przed godziną osiemnastą, temperatura szybko spada w dół, a nas czeka trzygodzinny marsz powrotny. Nie jest to koniec szlaku, prowadzi on dalej przez kolejne sześć kilometrów – ku jeziorku górnemu, najmniejszemu z trzech braci. Leży ono na wysokości 2850 metrów, zaledwie sześć kilometrów od granicy z Kirgistanem. By tam dotrzeć trzeba jednak zaplanować już 2-3 dniową wyprawę.

My musimy wracać w dół. Następnego dnia czeka na nas kolejna legenda Kazachstanu – Oziero Kandy. Tym razem nie będzie już tak łatwo!