Uwielbiam podróże miedzy innymi dlatego, że podczas ich trwania zawsze może wydarzyć się coś niespodziewanego. Tygodnie planowania, przeglądania map, śledzenia tras innych osób – wszystko to jest ważne. Ale zwykle i tak pozostaje miejsce na to, co nieprzewidziane, co zaskakujące. Jedną z takich chwil – choć zupełnie inną niż zgadujecie – przeżyłem podczas podróży po Kazachstanie.

Kazachstan jest ogromny, nie da się go „zwiedzić”. Prawie trzy miliony kilometrów kwadratowych przestrzeni oznaczają, że już na etapie planowania wyprawy trzeba iść na liczne kompromisy. Jednym z wielu elementów, które biorę pod uwagę przy wyznaczaniu celów wyjazdu, jest lista dziedzictwa UNESCO; obecnie znajduje się na niej pięć wpisów z Kazachstanu. Jednym z nich jest Mauzoleum Ahmeda Chodży Jesewi – obiekt historyczny znajdujący się w miejscowości o nazwie Turkiestan. Już pierwszy rzut okiem na mapę skreślił  niestety ten pomysł; Turkiestan znajduje się kilkaset kilometrów od NRM (czyli od Najbliższego Rozsądnego Miejsca)

Kilka tygodni później byliśmy już w Kazachstanie. Wracaliśmy wynajętym samochodem znad Aralska, jadąc do Tamgały – wsi zagubionej pośrodku stepu. Tego dnia mieliśmy do pokonania przeszło półtora tysiąca kilometrów. Na kalkulatorze wyglądało to jeszcze realnie: 15 godzin jazdy z prędkością 100 km/godz. Powinno nawet zostać jeszcze trochę czasu na sen… Oczywiście plan okazał się nierealny: gdzieś w połowie drogi zaczęło robić się już ciemno. Zjechaliśmy zatankować do mijanego właśnie miasta noszącego ciekawą nazwę: Kyzyłorda. Paliwo uzupełniliśmy lokalną pizzą.

– Pawle, musimy się poddać. Nie damy rady dziś dojechać.

Ktoś to musiał w końcu powiedzieć: dziś nie dojedziemy. Za ambitnie, za daleko. Mieliśmy oczywiście także plan awaryjny – dojechać do Tamgały w nocy, a przespać się po prostu w aucie. Dzięki temu bylibyśmy od samego ranka już na miejscu, gotowi to zwiedzenia tamtejszych prehistorycznych petroglifów. Plan ten był jednak o tyle kiepski, że czekała nas cała noc za kółkiem – o ile rankiem taki pomysł wydaje się jeszcze „spoko”, to już wieczorem, po całym dniu jazdy, niezbyt.

– No nie dojedziemy. Co robimy?

– Mamy dzień zapasu. Znajdźmy jakiś nocleg gdzieś po drodze. Coś tanio, tylko żeby przekimać.

Paweł żując pizzę odpalił system rezerwacji noclegów i zaczął studiować mapę. Po chwili znalazł tani nocleg 200 kilometrów dalej. Przy tutejszych odległościach to całkiem blisko – akurat tyle, by dojechać jeszcze przed północą. Zajęty pizzą nie zwróciłem uwagi gdzie ten nocleg jest. Zaufanie w drużynie to podstawa.

Czas szybko mijał i trzy godziny później byliśmy na miejscu. Ciemno jak w Afryce. Jakaś wioska, sporo budynków – ale droga i okolica raczej nieciekawa. Podjechaliśmy pod wielką, ceglaną bramę. Trąbimy. Stukamy. Cisza. Tylko gwiazdy nad nami i coraz chłodniejszy wiatr.

– Gdzie Ty ten nocleg znalazłeś?

– No gdzie? No tu. Zobacz – na nawigacji się zgadza.

Rozglądam się wokół. Ponure, ciemne, przysadziste postsowieckie budynki. Zagrody. Nie jest źle, nawet niektóre podwórka są oświetlone; żarówki wątłe, ale jednak są. Jak nie tutaj, to będziemy chodzić po sąsiadach i pukać. Znając gościnność Kazachów wiedzieliśmy już doskonale, że na wsiach zawsze ktoś nas przygarnie.

A jednak nie dane nam było szukać noclegu po okolicznych domach. Nagle rozległ się zgrzyt metalu, i otworzyła się boczna furta. Wynurzyła się z nich skołtuniona, typowo kazachska roześmiana głowa zaopatrzona w tak samo wesołe zęby.

– Eto, wy? Na spanie? Wchodźcie, już myślałem, że nie przyjedziecie!

Wewnątrz było zaskakująco obszernie. Duży plac, stajnie, kilka zabudowań. Właściciel zaprowadził nas do… wyglądało to jakbyśmy weszli do pałacu. Przechodząc przez jadalnię zobaczyłem największy telewizor jaki w życiu widziałem; miał z metr przekątnej. Był wielki!

– Chodźcie, chodźcie. Tu Wasz pokój. Rano się rozliczymy, bo już późno. Dobranoc.

W piętnaście minut byliśmy rozpakowani. Chwilę potem w łóżkach. Dziwne miejsce, jakieś takie wielkie.  Czułem się tutaj i dziwnie, i wspaniale jednocześnie. Zobaczymy rano gdzie dotarliśmy, bo w tych ciemnościach i tak nic nie widać.

Rano było jednak jeszcze dziwniej. Nie mogliśmy znaleźć naszego nocnego towarzysza. Ani nikogo innego. Na stole czekało śniadanie, a staruszka, która podała nam dzban z kawą, uciekła do kuchni już po pierwszej próbie kontaktu. My po kazachsku ani słowa, więc na co dzień porozumiewaliśmy się po rosyjsku. Babcia jednak po rosyjsku rozmawiać nie umiała. Lub nie chciała.

Chleb. Kawa. Ser. Zjedliśmy co nasze i wyszliśmy na zewnątrz. Przywitaliśmy się z koniem, który jako jedyny był nami zainteresowany. W końcu położyliśmy banknoty pod filiżankę i przenieśliśmy bagaże z pokoju do auta. Poranny ziąb już tajał w promieniach wznoszącego się słońca. Była siódma rano. Rzut oka na otaczające nas budynki wzbudził we mnie przekonanie, że to całkiem stare miejsce…

Otworzyliśmy bramę i wyjechaliśmy na zewnątrz podwórza. Zobaczyłem jakąś tabliczkę. Wyryty na niej napis głosił: „Karawanseraj”. Tajemnica się rozwiązała. Karawanseraje to miejsca, w których kiedyś – zanim wymyślono hotele – zatrzymywały się karawany. Takie motele, tylko sprzed stu lat! Za bezpiecznymi murami mogły tutaj nocować karawany liczące nawet kilkanaście wielbłądów i wielu, wielu kupców. Myślałem, że ten świat już nie istnieje. A jednak!

– Gdzie my jesteśmy? – spytałem.

– No. Tu. Jakieś miasto chyba – odparł Paweł.

– Dobra, weź znajdź jakieś centrum, czy rynek. Możemy przeznaczyć 15 minut na zwiedzanie.

Dwie minuty później z szeroko otwartymi oczami parkowaliśmy w wąskiej uliczce. Przed nami rozpościerał się widok na ogromną budowlę. Wysiadłem z auta i przeczytałem na tablicy: Turkiestan, Mauzoleum Ahmeda Chodży, obiekt UNESCO.

Jak jest Ci pisane gdzieś dojechać, to i tak dojedziesz.

Chodża Ahmad Jasawi był wczesno-tureckim mistykiem i poetą. Kimś na kształt naszego Jana Kochanowskiego. Żył w XII wieku, a spod jego pióra wyszły pierwsze wiersze i poezje pisane w języku tureckim. Ówczesny Kazachstan zamieszkiwały wtedy ludy tureckie, które dopiero po śmierci Chodży wyruszyły na zachód – by przenieść się na tereny Anatolii, podbić trzysta lat później Konstantynopol i podporządkować sobie całe Cesarstwo Bizantyjskie. To stąd wyruszały tureckie czambuły na podbój wschodniej Europy.

Dwieście lat po śmierci Chodży pamięć o poecie postanowił uczcić wielki wódz mongołów: Timur Chromy, zwany też Tamerlanem. Niezwykłe jak na tamte czasy mauzoleum budowano przez szesnaście lat. I nigdy go nie ukończono. Budowla wyznaczyła jednak na kolejne setki lat zasady stylu architektonicznego, który rozprzestrzenił się po ogromnych obszarach tureckiego imperium.

Jeszcze w latach 50-tych i 60-tych minionego wieku mauzoleum było ruiną. Dopiero po uzyskaniu niepodległości przez Kazachstan w latach 90-tych zostało w końcu odnowione i stało się tym, czym miało być już sześćset lat wcześniej: budowlą zapierającą dech w piersiach…

Pamiętacie ten wierszyk?

W Pacanowie kozy kują
wiec Matołek, mądra głowa,
błąka się po całym świecie,
aby dojść do Pacanowa.

Właśnie nową zaczął podróż,
by ją skończyć w Pacanowie.
A co przeżył i co widział
film ten wszystko wam opowie.

Nie było szans byśmy dotarli do Turkiestanu. Pogodziłem się z tym już w Polsce. Rankiem tego dnia poczułem się jak Koziołek Matołek. Błąkałem się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa… i dojechałem, choć niespodziewanie, do Turkiestanu. Zamiast 15 minut przeznaczonych na zwiedzenia nieznanego miasteczka w którym się obudziliśmy, spędziliśmy w nim kilka godzin.

Tak to jest, gdy człowiek nie zwraca uwagi na to, gdzie idzie spać 🙂