Pierwszy raz do Nikozji trafiłem kilkanaście lat temu – podczas pierwszego, dość przypadkowego i krótkiego wyjazdu na Cypr. Do miasta dojechaliśmy wczesnym wieczorem, by przespacerować się z przyszłą żoną po tutejszym deptaku. Podziwialiśmy kolory i cienie zasypiającego miasta. I to wtedy właśnie po raz pierwszy zobaczyłem tutejszy mur. Biegł nieregularnie przez sam środek starej dzielnicy, rozdzierając miasto na dwie części – niczym niezagojona, krwawa rana. 

Nie byłem przygotowani na ten widok. Moja towarzyszka zdezorientowana, niechcący – z rozpędu – zrobiła o kilka kroków za dużo… i znalazła się po drugiej stronie zasieków. Chciała zawrócić, ale utknęła na punkcie kontrolnym. Dosłownie pięć metrów za linią graniczną.

Proszę się zatrzymać – oznajmił po angielsku żołnierz – Gdzie Pani chce iść?

– Przepraszam, nie zauważyłam, że tu jest jakaś granica. Już wracam.

– Proszę pokazać paszport.

– Nie mam przy sobie, jest w samochodzie na parkingu.

– Bez dokumentów nie mogę Pani przepuścić z powrotem. Przeszła Pani na drugą stronę linii.

Zatkało nas. Moja narzeczona była zaledwie kilka kroków ode mnie, a rozdzieliła nas niespodziewana granica. Przestraszyliśmy się nie na żarty. Dostrzegli to żołnierze na posterunku, i… eksplodowali śmiechem.

– Proszę iść, żartowałem. Nie Pani pierwsza tak przeszła. Następnym razem proszę jednak patrzeć pod nogi.

Rozdzierający Nikozję na dwie części mur był wysoki na kilka metrów, a na pierwszy rzut oka przypominał mi Mur Berliński. Jednak szybko dostrzegliśmy różnice: był zbyt nieregularny i sprawiał wrażenie zbudowanego pośpiesznie z tego, co akurat było pod ręką: składał się z beczek, betonowych bloków, wraku starego autobusu. Mur lawirował i przecinał ciemne, niedoświetlone uliczki – w wielu miejscach był twórczo wkomponowany w zrujnowane, graniczne budynki. Wieńczyły go zasieki i kamery, a co kilkadziesiąt metrów wyrastała z niego wieżyczka strażnicza. Wpadłem na pomysł nakręcenia krótkiego filmu – nadszedł jednak policyjny patrol, który szybko wybił mi ten pomysł z głowy.

Tak wyglądał mur w 2010 r. Jeszcze tego samego wieczoru opuściliśmy Nikozję i pojechaliśmy na południe Cypru – by wygrzać się w tamtejszym słońcu. O murze dzielącym miasto zapomniałem na wiele lat.

Świat się zmieniał. Gdy jedne konflikty zbrojne przygasały, drugie dopiero rozpalały swoje płomienie. Po dwunastu latach ponownie odwiedziłem Nikozję. Otaczający nas świat był już inny, ja byłem inny, wszystko było inne. Ale tutejszy mur był dokładnie taki sam jak w 2010 r.

Beczki, betonowe bloki, wrak autobusu. Mur wciąż sprawiał wrażenie zbudowanego pośpiesznie: z tego, co było pod ręką. Przecinał niedoświetlone, ponure uliczki – był wkomponowany w zawalające się budynki. Wieńczyły go zasieki i kamery, a co kilkadziesiąt metrów znajdowały się wieżyczki strażnicze. Gdy zacząłem robić zdjęcia, podszedł do mnie żołnierz i grzecznie, ale stanowczo, poprosił, bym wyłączył aparat. Doznałem deja vu.

Moja dawna towarzyszka spaceru po Nikozji tym razem nie przyjechała ze mną: została w Polsce pilnując naszego wspólnego domu, dziecka, pracy. Niby cały świat się zmienił, ale mur wciąż stał dokładnie taki sam, jak wiele lat temu. Dziś w greckiej „strefie” Nikozji mieszka 230 tysięcy osób. Po drugiej stronie, północnej – czyli „tureckiej” – kolejne 80 tysięcy. Obie rozdzielone nacje żyją więc osobno, obserwując się tylko ponad konstrukcją, która miała być jedynie tymczasowym rozwiązaniem. Rozwiązaniem, które okazało się nad podziw trwałe. Tak trwałe, jak trwała potrafi być ludzka nienawiść.

Desant tureckich sił zbrojnych na Cypr miał miejsce w 1974 roku. Była to konsekwencja nieudanego zamachu stanu podjętego przez tzw. „czarnych pułkowników” – juntę wojskową, która doszła do władzy w Grecji w 1967 roku. Przeprowadzony na wyspie pro-grecki przewrót rządowy miał odwrócić uwagę od wewnętrznych problemów reżimu – jego oficjalnym celem było przyłączenie Cypru do Grecji. Pucz nie udał się jednak, a już kilka dni później – pod pozorem obrony mniejszości tureckiej – na wyspie zaczęły lądować oddziały regularnej armii Tureckiej. 

To, co miało dodać wiatru w żagle reżimowi Czarnych Pułkowników, zakończyło się ich spektakularną porażką. Turcja w krótkim czasie zajęła 37 procent terytorium Cypru, na wyspie znalazło się zaś 40 tysięcy żołnierzy tureckich, których wspierało kolejne 20 tysięcy lokalnych bojowników. Grecy tym siłom byli w stanie przeciwstawić jedynie 12 tysięcy lokalnych żołnierzy oraz zaledwie 2 tysiące wojsk przybyłych z odsieczą z kontynentu. Rozpoczęły się obustronne deportacje i przesiedlenia – mieszkańcy Cypru o greckiej tożsamości uciekali na południe wyspy, a na północ kierowano tzw. cypryjskich Turków. Ostatecznie w 1983 roku proklamowali oni Turecką Republikę Cypru Północnego – kraj do dziś uznawany jedynie przed Turcję. Republika ta ma powierzchnię zaledwie 3355 kilometrów kwadratowych – dziesięciokrotnie mniej, niż wynosi powierzchnia województwa mazowieckiego. I wciąż, po pięćdziesięciu latach od tamtych wydarzeń, nie ma ona realnych perspektyw na uznanie wśród społeczności międzynarodowej.

Podczas konfliktu zbrojnego obie strony straciły po kilka tysięcy żołnierzy (w tej sumie są zabici, ranni oraz bardzo liczni zaginieni). Wśród ofiar było dużo cywili, gdyż obie strony traktowały ich jako potencjalnych bojowników strony przeciwnej. Losów dwóch tysięcy mieszkańców Cypru do dziś nie ustalono (liczba „zaginionych” rozkłada się mniej więcej po równo po obu stronach). Po zawieszeniu działań zbrojnych wyznaczono szeroką na kilka-kilkanaście kilometrów linię demarkacyjną obsadzoną przez wojska międzynarodowe (UN). Linia ta przebiega przez sam środek Nikozji – miasta, które stało się podwójną stolicą: Republiki Cypryjskiej oraz Tureckiej Republiki Cypru Północnego.

Świat się zmienia, ale mur wciąż trwa. Pomimo propozycji podjęcia działań integracyjnych wysuwanych przez niektóre partie – rozwiązania politycznego nie widać. Trudno wyobrazić sobie, by któraś ze stron zrzekła się swoich roszczeń: zarówno dla Grecji jak i dla Turcji sytuacja na wyspie jest sprawą honoru. Choć oba kraje teoretycznie są sojusznikami w ramach NATO, to zarówno jedni jak i drudzy pokaźną część funduszy przeznaczonych na zbrojenia inwestują wciąż w środki desantowe; wysoko-mobilne uzbrojenie mogące zostać szybko przerzucone na terytorium Cypru.

Konflikt na wyspie zamrożono i nie widać rozsądnych perspektyw jego zakończenia – tutejszy status quo wydaje się być stabilny. Nie powiodły się plany konsolidacji wyspy z 2004 roku. Nie ma na Cyprze silnego ruchu zjednoczeniowego, gdyż – jak ktoś słusznie kiedyś zauważył: „Są na świecie narody bez własnego państwa. Cypr natomiast jest państwem bez obywateli”.

Może nie jest to stwierdzenie sprawiedliwe, i może też nie do końca prawdziwe. Jednak patrząc statystycznie trudno spotkać tutaj kogoś, kto określi się jako Cypryjczyk. Są cypryjscy Turcy, są cypryjscy Grecy, są tysiące osiadłych Rosjan – oraz tłumy turystów z całego świat. Ale spotkać „Cypryjczyka Cypryjczyka” – osobę, która definiuje siebie nie przez pryzmat miejsca zamieszkania, lecz jako narodowość – to raczej niecodzienna sytuacja.

Chcesz zobaczyć więcej zdjęć? Kliknij znaczniki na poniższej mapie.

Więcej materiałów z kategorii Militaria?

Więcej materiałów z wyprawy na Cypr?