Podobno ludzie dzieją się na trzy rodzaje: tych, którzy w Indiach nigdy nie byli, tych którzy byli i je znienawidzili, oraz tych którzy je pokochali. Ja znalazłem się w tej ostatniej kategorii. 

Zapraszam Was na film, zdjęcia, oraz co najważniejsze – opowieść – o tym, jak podczas jednodniowej wyprawy zostałem nosicielem cegieł, wioskowym filmowcem, łapownikiem, specjalistą od naprawy rowerów oraz ekologiem. A do tego, na dokładkę, dotarliśmy wraz ze szwagrem do najbrudniejszego centrum turystycznego świata. Miejsca tak brudnego, że można było momentami stracić przytomność od samego wąchania. I pomimo tego – o zgrozo – przybywały tu setki mieszkańców Indii spragnionych piękna Oceanu Indyjskiego.

Ale zacznijmy od początku…

Spędzając kolejne dni w Kalkucie postanowiliśmy jeden z nich przeznaczyć na odwiedzenie Oceanu Indyjskiego. Wprawdzie miasto nie leży nad oceanem, ale rzut oka na mapę upewnił nas w przekonaniu, że odległość jest do pokonania w jeden dzień. Jako cel – nieco losowo – wybraliśmy Bakkhali – miasteczko położone na samym końcu półwyspu utworzonego przez deltę przepływającej przez Kalkutę rzeki Hugli. Do pokonania mieliśmy 140 kilometrów – mało na warunki europejskie, ale jak się okazało – dużo na indyjskie.

Co ważne w tej historii – postanowiliśmy dotrzeć nad ocean nie pociągiem czy autobusem, ale nieco inaczej. Wyszliśmy z hotelu i zaczęliśmy zaczepiać kierowców taksówek. Już trzeci z nich zgodził się za cenę 2500 rupii (ok. 135 złotych) zostać naszym kierowcą na cały dzień. Czemu poprzedni dwaj się nie zgodzili? O tym wkrótce mieliśmy się przekonać…

Nasza taksówka jak większość tego typu pojazdów w Indiach była urodziwa. Urodziwa, czyli historyczna. Bo piękno aut w tym kraju wynika nie z profesjonalnie położonego lakieru, nie z garażowania i chuchania przez właściciela na każdy pyłek – lecz z liczby zadrapań, wgnieceń i rys – dumnych śladów eksploatacji. Nasza taksówka była w wersji VIP czyli miała wszystko, czego nasza jednodniowa podróż potrzebowała: sprawny silnik, cztery koła, szyby i klakson. Miała także kierowcę, który w swoje auto wierzył. Kierowcę, który niczym Robert Kubica potrafił wyprzedzić każdy inny pojazd jadący drogą. Nawet wtedy, gdy z naprzeciwka jechała kolumna ciężarówek. Kierowcę, który klaksonu przestawał używać tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Taki indywidualny środek transportu miał ten plus, że pozwalał nam zatrzymywać się przy każdym ciekawym miejscu. I choć początkowe 35 kilometrów to był jeden wielki kolorowy korek drogowy, to miejsc takich nie zabrakło. Wspaniale było nawet na przejazdach kolejowych gdzie czekając na podniesienie szlabanu można było wyskoczyć z auta na 10 minut, rozprostować kości i zatopić się w straganach.

Problemem, którego się nie spodziewaliśmy, okazały się łapówki. Po przekroczeniu granic aglomeracji Kalkuty zaczęliśmy być zatrzymywani przez patrole policyjne. Okazało się, że nasza taksówka nie miała licencji na kursy poza miasto. Kłopot na szczęście udawało się za każdym razem rozwiązać dwoma 100-rupiowymi banknotami.

Wielką przygodą i strzałem w dziesiątkę okazało się zatrzymanie w jakiejś zapomnianej przez świat wiosce, która, choć położona przy drodze, zdawała się być zapomnianym od dwustu lat miejscem z legend. Tam właśnie zostałem naprawiaczem rowerów. Całe szczęście oparłem się pokusie kąpieli wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi  w jednym z przydomowych stawików. Stawiku tak brudnym, że nawet okoliczne kaczki nie chciały do niego wejść. Co nie przeszkadzało w niczym ani dzieciom, ani zażywającym kąpieli dorosłym. Ja, człowiek cywilizowany po zanurzeniu się w takim basenie umarłbym jeszcze tego samego dnia na 833 choroby zakaźne na raz!

Jedną z atrakcji na jaką liczyliśmy po drodze była przeprawa promowa na drugi brzeg rzeki, którą pokazywała nam nasza nawigacja. Niestety na miejscu okazało się, że… wybudowano tu most, i z tej atrakcji nic nie wyszło. Ale nie ma tego złego – obok mostu spotkaliśmy rozładowywaczy cegieł. Do brzegu rzeki zacumowana była piękna drewniana barka wożąca cegły z pobliskich przydomowych fabryk. Robotnicy nosili cegły na głowach, w wielkich koszach, po długiej chybotliwej desce. Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać – takie wyzwania lubię !!!

W końcu, po kilkugodzinnej jeździe dotarliśmy do Bakkhali. Miasteczko okazało się popularnym centrum turystycznym, czymś w rodzaju naszej Ustki czy Darłowa. Pozostawiliśmy naszego kierowcę na 45 minut i udaliśmy się szukać brzegu oceanu. Ponieważ trafiliśmy na odpływ, to droga ta okazała się baaardzo długa. Ale w końcu dotarliśmy! Najmniejszy ocean naszej planety okazał się sympatycznie szumiącym akwenem, choć w kategorii wydawanych dźwięków zdecydowanie przegrywał z naszym Bałtykiem. Nad brzegiem Oceanu Indyjskiego nie stałem od dwóch lat, ale mogę powiedzieć że wcale się nie zmienił. Wyglądał może tylko trochę mniej kolorowo niż oglądany z położonej po drugiej stronie równika Wyspie Mauritius… 

Początkowo nie bardzo rozumiałem dlaczego, ale pomimo kilkuset widocznych w zasięgu oczu osób – nikt się nie kąpał. Może spowodowała to zimna woda? Na oko miała jakieś 20 stopni. Brrrrrr… Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że woda mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Wybrzeże oceanu okazało się jednym z najbrudniejszych miejsc jakie w życiu widziałem. Bakkhali, pomimo turystycznego zaplecza przywitało nas leżącymi dosłownie wszędzie stertami śmieci, kupami kup, wypaleniskową gospodarką uliczną oraz stadami bezpańskich much. 

Mógłbym zbudować piękne zdania opisujące wątpliwy urok tego miejsca. Mógłbym się wznieść na wyżyny poezji i pisać niczym wieszcz o tym jak to „wpłynąłem na suchego przestwór oceanu” – ale nie. Może i po tym śmietnisku, robactwie i wśród „zapachów Indii” da się pływać… to jednak nie. Postoję. Jeżeli jesteście ciekawi jak bardzo można zniszczyć naszą planetę, obejrzyjcie po prostu film.

Dla mnie najbardziej niezwykłym było to, że w tym śmietniku, którego nie powstydziłby się nawet Dante – lokalni turyści rozsiadali się na kocykach, wcinali z apetytem pałasze, robili sobie zdjęcia i wąchali perfumy natury. I nikomu – NIKOMU – nie przyszło do głowy żeby chociaż sprzątnąć najbliższą sobie okolicę. Z drugiej strony, gdy o tym pomyślę, to gdzie mieli te wszystkie „skarby” przepchnąć? Tam gdzie uzbierały się z nich śmietnikowe stosy – albo pasły się święte krowy, albo nie dało się od fetoru podejść od… nieważne, nie napiszę, bo może właśnie jecie kolację.

Pomimo to była to piękna przygoda i piękny dzień. I mógłbym tam znowu wrócić, choćby do tego śmietniska. Mógłbym nawet oprowadzać tu wycieczki z Polski. Bo takie są Indie – jeżeli byłeś i wytrzymałeś, to nie da się w nich nie zakochać. Nawet w ich śmietniskach.

Gdy wróciliśmy do oczekującego na nas auta zobaczyliśmy niezwykłą radość i ulgę w oczach naszego kierowcy. Dopiero po chwili uświadomiliśmy sobie, że zostawiliśmy go samego, bez żadnej zaliczki czy bagażu. Chłop zamartwiał się czy wrócimy, czy nie uciekniemy – bo wartość tego kursu nad ocean stanowiła jego 2 tygodniowy zarobek. A mimo to, gdy szliśmy na plażę zaufał nam i nic nie powiedział. Był muzułmaninem i religia kazała mu wierzyć głęboko w innych ludzi.

I to jest piękne w podróżach – mimo tych stert śmieci o których przeczytaliście powyżej, z tej wyprawy wróciłem bogatszy. Bogatszy o widok naszego kierowcy, który modlił się podczas jazdy i podczas wyprzedzania na trzeciego. Modlił się głęboko robiąc uniki pod górkę i na zakazie. Modlił się podczas jazdy na czołówkę z ciężarówkami. Modlił się czekając cierpliwie obok plaży i został wysłuchany – turyści nie uciekli i nie pozostawili go samego nad oceanem.

Można wierzyć innym ludziom jeżeli samemu się jest dobrym człowiekiem.

I na koniec: nie uwierzycie, ale w drodze powrotnej okazało się, że nasz kierowca był po raz pierwszy w swoim życiu nad Oceanem Indyjskim. Pomimo, że miał – na oko – 60 lat.

Zdjęcia: Andrzej Sawiński