Amerykańska Route 66 to droga legenda. To miejsce, wokół którego wydarzyły się setki historii ilustrowanych przez największe kinowe przeboje Hollywood. Ale także w Polsce mamy drogi, które na miano takiej legendy zasługują. Choćby tzw. „starą jedynkę” czyli kilkuset-kilometrową trasę z Trójmiasta na Śląsk. Drogę biegnącą przez Grudziądz (obok!!!), Toruń, Łódź, Częstochowę i Katowice.

Popularna krajówka „z Bałtyku do Tatr i z powrotem” (obecnie oznaczona numerem 91) podobnie jak prawdziwa Route 66 najlepsze lata ma już za sobą. Kres jej świetności położyło oddanie do użytku w latach 2010-2014 autostrady A1, która przejęła cały ruch tranzytowy północ-południe. Wydarzenie to spowodowało, że nieomal z dnia na dzień „stara jedynka” opustoszała. Autostradowy awans komunikacyjny naszego kraju ma też drugie dno: upadek setek drobnych przedsiębiorców, którzy przy starych drogach prowadzili swoje biznesy. I to właśnie o ich historiach będzie ta opowieść.

Trasa znad Bałtyku na Śląsk liczyła sobie 532 kilometry długości. Nie sposób opowiedzieć historie wszystkich przedsiębiorców, którzy budowali wzdłuż niej swoje interesy, dlatego też skupię się dziś na jednym, zaledwie  30 kilometrowym odcinku pomiędzy rogatkami Włocławka i Torunia.

Pan Janusz, restaurator, od 30-lat właściciel jednej z przydrożnych karczm, opowiada:

„Kiedyś sznur pojazdów ciągnął się aż po horyzont. Każdego dnia przejeżdżały tędy tysiące samochodów pełnych kierowców i pasażerów: głodnych, spragnionych, szukających chwili odpoczynku w podróży. Widzi Pan ten pusty parking przed moją restauracją? Zmieści się jednocześnie kilkanaście aut, ale czasem klientów było tylu, że któregoś roku zdecydowałem się wynająć od rolników pole obok gospody by samochody miały gdzie się zatrzymywać. Były takie tłumy, że kuchnia nie nadążała z wydawaniem posiłków”.

Pan Adam, drugi z moich rozmówców wspomina:

„W wakacje na starej jedynce panował taki tłok, że nie dało się włączyć do ruchu z bocznych ulic. Wtedy największym naszym problemem był brak sygnalizacji świetlnej. Jej instalacja była wstrzymywana, bo tam, u góry, już planowano budowę autostrady. Przewidywano spadek ruchu więc sygnalizacja byłaby zbędnych wydatkiem. Tylko my nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego co te zmiany dla nas oznaczają.”

Budowa autostrady A1 ruszyła w 2005 roku a otwieranie kolejnych odcinków trwało kilka lat. W okolice pomiędzy Toruniem w Włocławkiem autostrada dotarła w 2010 roku. Odcinek łączący te dwa miasta otwarto w 2013 roku. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podaje, że autostradą A1 w latach 2014-2019 porusza się średnio 40 do 50 tysięcy pojazdów na dobę. W gorące, letnie weekendy jest to nawet 50-70 tysięcy pojazdów. Duża część tego właśnie ruchu prowadzona była kiedyś wąską, 1-pasmową drogą z Torunia do Włocławka.

Pan Janusz, najemca jednego z obiektów hotelowo-gastronomicznych:

„Proszę spojrzeć za ogrodzenie. Mój hotel oddziela od autostrady zaledwie 200 metrów. Niby nic, ale tyle właśnie dzieli nas od zupełnie innego świata. Gdy budowano autostradę wszyscy cieszyli się, gratulowali sobie że region się rozwija. Jednak rzeczywistość była zupełnie inna: ruch tranzytowy znikł, przeniósł się za ogrodzenie. Po drugiej stronie pędzą tysiące aut, ale wszystkie one nas omijają – możemy tylko na nie patrzeć. Nawet gdyby ktoś chciał do nas zajechać, to nie ma jak: do najbliższego zjazdu w Ciechocinku są niby zaledwie trzy kilometry – ale dla nas ten zjazd mógłby być choćby w Rzeszowie. Nikt nie zjedzie z autostrady żeby coś zjeść. Zresztą: na zjeździe postawiono restaurację McDonald’s, a z takim obiektem i tak nie da się konkurować.”

Na większej części tutejszego odcinka trasę A1 wyznaczono  dokładnie wzdłuż starej jedynki. Przez wiele kilometrów jadący oboma drogami: 91 i A1 kierowcy doskonale się widzą, mogą sobie wręcz machać. Jednak obie drogi na całej długości rozgradza metalowa siatka: to jeden z charakterystycznych elementów autostrad.

„Podam Panu pewien przykład: niech Pan sobie wyobrazi, że każdego roku z Norwegii, przez Gdańsk, Łódź i dalej na wschód podążają autokary pełne młodzieży która jedzie do Oświęcimia oglądać Obóz Koncentracyjny i uczyć się o Holokauście. Kiedyś właśnie na odcinku Toruń – Włocławek te autobusy każdego tygodnia zatrzymywały się by młodzież mogła rozprostować nogi i coś zjeść. Taka typowa przerwa w podróży po 4-5 godzinach jazdy. Autostrada wszystko zmieniła. Wie Pan gdzie zatrzymują się teraz? Cztery godziny jazdy od Gdańska to obecnie okolice Łodzi. Sto kilometrów dalej” – dodaje Pan Janusz.

Nowoczesne autostrady to bezsprzecznie postęp cywilizacyjny i komunikacyjny. Żadne nowoczesne Państwo nie da sobie bez nich rady. To zarówno krwiobieg gospodarczy jak i skrócenie czasu podróży pomiędzy dużymi miastami. Ale nie tylko. To także poprawa bezpieczeństwa na drogach lokalnych i krajowych. O tym, że zapchana tysiącami aut „stara jedynka” nie była bezpiecznym miejscem przypominają dziesiątki krzyży wciąż stojących na poboczach drogi. Na krótkim odcinku naliczyłem ich prawie dwadzieścia, a przecież nie każdy wypadek śmiertelny był nimi oznaczony.

Pan Piotr, właściciel kolejnego obiektu gastronomicznego opowiada:

„Otwarcie autostrady zabrało nam niemal z dnia na dzień 70-80 procent klientów. Na drodze zrobiło się pusto. Przez kilka miesięcy zdarzali się jeszcze zabłąkani podróżni, jadący z przyzwyczajenia, ale szybko i oni zniknęli. Pozostał ruch lokalny. Jednak okoliczni mieszkańcy nie potrzebują restauracji tak jak nasi podstawowi klienci czyli podróżni. Nie widziałem możliwości dalszego prowadzenia biznesu: w 2014 zakończyłem działalność. Moja karczma stoi przy samej drodze, piękna, nowoczesna. Sama działka ma prawie 4 tysiące metrów. Mam już swoje lata więc postanowiłem spędzić je w spokoju póki zdrowie i moje, i żony dopisuje.”

„Nie chciałem się szarpać z sytuacją która zaistniała. Karczma stoi i czeka na kupca. Sprzedam ją za 500 tysięcy złotych. Można robić przyjęcia, wesela, imprezy okolicznościowe. Blisko Włocławka, blisko zakładów Anwilu. Jakby był Pan zainteresowany, to się dogadamy. Dorzucę pełne wyposażenie kuchni w stanie idealnym.” – dodaje Pan Piotr.

Jadąc starą jedynką zatrzymuję się wytrwale przy każdym z obiektów. Oglądam, obchodzę dookoła, staram się ocenić stan i jego historię. Niektóre wyglądają na takie, co tylko czekają na koniec wirusa i być może wrócą do pracy. Jednak większość właścicieli restauracji i różnych obiektów serwisowych rzuciła już ręcznik na plac.

„Kiedyś było nas tu, na tym krótkim odcinku szesnastu restauratorów. Bardzo silna konkurencja, ale wszyscy się znaliśmy i większość utrzymywała koleżeńskie kontakty. Klientów wystarczało dla każdego” – wspomina Pan Piotr.

Do wielu obiektów nie udaje mi się znaleźć właścicieli. Budynki stoją przy drogach wpatrując się potłuczonymi okiennicami w od czasu do czasu przejeżdżające auta. Wyblakłe elewacje, zmurszałe schody. Mógłbym szukać właścicieli, ale po co – jeden rzut oka, jedno zdjęcie i wiadomo już wszystko.

Zatrzymuję się przed wielkim domem wyróżniającym się mediolańskimi schodami prowadzącymi na piętro. Czuć rozmach i pomysł. To miało być coś większego niż kolejna karczma. Nie ma żadnej drogi wjazdowej, więc łamiąc przepisy zatrzymuję się na poboczu, dwoma kołami niemal w rowie odwadniającym. Łapię aparat i idę szukać ujęć.

Drzwi szeroko otwarte, podobnie jak okna na piętrze – wszystko zapowiada dewastację. Jednak w środku budynek trzyma się zaskakująco dobrze. Sprawia wrażenie niemal ukończonego, niektóre pomieszczenia wystarczyłoby pomalować. Na dole obszerne sale, pomieszczenia kuchenne, ubikacje. Na górze pokoje i saloniki. Na tyłach znajduję korytarz prowadzący do części hotelowej: kilkadziesiąt pokojów wciąż czeka na pierwszych gości, wystarczyłoby wstawić drzwi i meble. Porzucona gdzieś na podłodze tablica budowy głosi, że prace nad zajazdem rozpoczęto w 2000 roku. Niedawno.

Na zewnątrz napotykam mieszkańca pobliskiej wioski. Na wsiach zawsze wszyscy są czujni i zawsze można porozmawiać. Sięgamy po papierosa. Dowiaduje się, że tutaj budował się Don Wasyl, słynny romski bard i piosenkarz z Ciechocinka. Miał wielkie plany, budowa jednak nie szła. Kilka razy prace ruszały, i ustawały ponownie. Ostatnio rok temu, zaraz przed wirusem. Teraz znowu cisza i po obiekcie hula wiatr. Ktoś wybił okno, ktoś wyrwał kłódkę, na piętrze nawet zimował jakiś bezdomny.

„Wraz z otwarciem autostrady obroty spadły o 70-80 procent. Ale jakoś sobie radziliśmy. Trzeba było kombinować, gimnastykować się, ale powoli zaczęliśmy wychodzić na swoje. Zaczęliśmy bardziej dbać o lokalnego klienta, organizować wydarzenia, urodziny, rodzinne spotkania. Oby do przodu. A potem przyszedł drugi cios, którego chyba nikt z nas nie wytrzyma – covid.”

Zatrzymuję się przy kolejnej ruinie. Kiedyś była tu stacja benzynowa. Teraz wjazdu strzegą betonowe zapory i tabliczka z czerwonym, krzyczącym napisem „Zakaz wjazdu”. Pod budynkiem stoi jakieś auto, wjeżdżam więc łamiąc zakaz – licząc na rozmowę. Po chwili srogo się jednak zawodzę, auto jest porzucone. Obchodzę budynek stacji dookoła, powoli, coraz bardziej przyzwyczajony do widoków, które są w mojej dzisiejszej podróży codziennością. Zaklejone okna, zabite płytami drzwi. Stacja benzynowa od lat już nieczynna, dookoła śmietnik, wszystko porasta już z wolna zachłanna roślinność. Na tyłach znajduję wejście do hoteliku, jego stan upewnia mnie, że dawno już nikt tutaj nie nocował. Przez dziury w deskach oglądam zdemolowane wnętrze.

„Z tych szesnastu restauratorów i hotelarzy zostało nas niewielu. Trzech, może czterech? Muszę przyznać, że Ci którzy zrezygnowali dali swoją decyzją szanse na przeżycie pozostałym. Konkurencja się zmniejszyła więc jakoś to szło. Gdy przyszedł covid, znowu trafiło na nas. Teraz ludzie boją się restauracji, a tu jeszcze doszedł zakaz działalności hoteli. Z czego mamy żyć? Jest kompletna katastrofa, zarabiam na różnych pobocznych pracach 10 procent tego, co kosztuje miesięczne utrzymanie budynków. ZUS, energia, ogrzewanie. Przecież budynek nie może stać nieużywany bo niszczeje! Nie wiem ile jeszcze wytrzymamy – kolejny tydzień, miesiąc?” – wtrąca mój rozmówca.

To prawda. Pandemia uderza najmocniej w tych przedsiębiorców, którzy już i tak ledwo wiązali koniec z końcem. To jak z chorymi: wirus najgroźniejszy jest dla tych, którzy już są chorzy, dla tych którzy mają choroby współistniejące. A tutaj, na starej drodze z Torunia do Włocławka, wszyscy restauratorzy mają chorobę współistniejącą: autostradę A1

Przed Toruniem znajduje się miejsce, które kilka lat temu stanowiło duże centrum obsługi ruchu samochodowego. Szeroki parking, duży hotel, kilka restauracji, fast-food. Smażalnia ryb położona nad malowniczą rzeczką, warsztat, budynki techniczne, skup aut. Rozmawiam z Panem Andrzejem, jedynym „młodym” biznesmenem jakiego spotkałem w tej mojej podróży.

„Nie jestem właścicielem, jestem najemcą. Widzi Pan, wszystko tutaj padło jak powstała autostrada. Ale jestem młody, pełen pomysłów, chcę coś robić. Po nowemu, optymistycznie. W 2019 roku wynająłem więc pusty hotel oraz budynek z restauracją. Mamy 18 pokojów i powoli zacząłem je uruchamiać. Cenę mamy zachęcającą – widać ją z daleka od strony drogi. O tu, widzi Pan, nie mógł Pan przeoczyć: 70 złotych za pokój dwuosobowy. W tym roku planowaliśmy uruchomić restaurację. I przyszła pandemia. Nawet nie zdążyłem jeszcze tego wszystkiego ogarnąć i taki cios. Ciągnąłem jeszcze z tym hotelem bo plan z restauracją musi poczekać. Do Torunia niedaleko więc jeszcze klientów na noclegi miałem. No to kilka miesięcy temu nas zamknęli, nawet Pana do środka nie zaproszę.”

„Niech Pan spojrzy za drzewa. Co Pan widzi za nimi? Autostrada. Auto za autem, auto za autem. Setki, tysiące. Kilometr stąd mają parking i stację benzynową. Burger Kinga. Orlen. Setki aut, ledwo się mieszczą na parkingu. Żeby chociaż co setny tu zjechał… Jeden kilometr od szczęścia.”

„Zanim pojawiła się autostrada pracowało tu 15 osób. A teraz jestem sam. Miałem zatrudnić ludzi, przecież sam nie udźwignę hotelu. Ale za co? Więc jestem teraz sobie i szefem, i sterem, i pracownikiem. Chciałem biznesu, to mam. Ale wciąż mam optymizm, może to z młodości wynika? Jak się pandemia skończy chcę otworzyć restaurację, a jak nie dam rady, to kogoś znaleźć do jej podnajmu. Tylko muszę przeczekać i doczekać” – dodaje Pan Andrzej.

Sądząc po miejscach które mijam – wielu nie doczekało. Budynek zakładu wulkanizacyjnego, hotel dla zwierząt, przydomowy market z owocami, sprzedaż gipsowych krasnali ogrodowych, agroturystyka, skład budowlany, mechanik. Budynki rozsiane po obu stronach drogi na długości zaledwie 30 kilometrów. Obraz jak po wojnie.

„W porównaniu z moimi kolegami mam chyba najlepsza sytuację” – rozpoczyna ostatni z moich rozmówców, Pan Paweł – „Mam hotel, restaurację oraz stację benzynową prowadzoną pod marką ORLEN. Dzięki temu te jedne przedsięwzięcia zarabiają na drugie. Nie muszę chyba mówić, że hotel i restauracja są właśnie tymi drugimi? Hotel stoi, a restauracja sprzedaje tylko posiłki na wynos. Ale widzi Pan, co na wynos można sprzedać na wsi? Nie jest tak, że my się tutaj poddajemy. My walczymy, myślimy, wpadamy na pomysły. Ale obroty na stacji benzynowej też spadły, bo przez wirusa ludzie przestali jeździć. Dzieci do szkół nie wożą nawet bo przecież szkoły pozamykane. Wpadłem więc na pomysł: posiłki oferuję kierowcom tankujących u mnie aut i tirów. Tylko jak długo tak można?”

„Mam 15 pokojów. Kiedyś, przed wirusem, miałem obłożenie w hotelu 80 procent. Teraz w ciągu tygodnia jak wynajmę pięć pokojów na jedną dobę, to się z żoną cieszymy. Bo wynająć, przecież Pan wiem, można tylko osobom w delegacji. Nawet chłopak dziewczyny, narzeczonej przyprowadzić do hotelu nie może. Staramy się, pracujemy, jak zamkniemy miesiąc na zero to się cieszymy. Inni mają dużo gorzej. Nie myślałem że mi kiedyś będzie żal kolegów z konkurencji a tu proszę…”

Mijam kolejne puste place. Już niedługo Toruń. Cywilizacja. Po drodze jeszcze zjazd na autostradę w Ciechocinku. Tutaj też są restauratorzy, i niby na bogato – bo zjazd i duże skrzyżowanie – ale z daleka woła wielki szyld „McDonalds”. Wiem jaki to problem dla gastronomii: mam 7-letniego syna. 

Na rogatkach Torunia zatrzymuję się jeszcze w ostatnim miejscu. Przy drodze, na szerokim i długim parkingu stoi kilka budynków. To stacja kolejowa Brzoza Toruńska. Dwie restauracje, łazienka, budynek zawiadowcy stacji, obok dom mieszkalny pracownika kolej – a na zewnątrz drewniana sławojka. Wysiadam z auta by zasięgnąć języka.

Żywego ducha. Wszystkie budynki pozamykane na głucho. Stacja pusta. Po peronie szaleje wiatr. Pewnie nie godzina na odjazdy, trzeba dobrze trafić, pociągi nie jeżdżą już tak często jak kiedyś. Przełamuje się i wchodzę na kolejarskie podwórko. Niestety drzwi zamknięte. Mój wzrok przyciąga budynek zawiadowcy stacji. Zabite płytami wszystkie okna. Zaspawane drzwi. Ładny peron, widać że dopiero co przeszedł remont. Ale pusty. Słońce już zaszło więc nie mam czasu, robi się zimno. W ostatniej chwili zerkam na kolejową tablicę ogłoszeń:

„W związku z wystąpieniem stanu epidemii mogą być wprowadzone doraźne ograniczenia w kursowaniu pociągów” – a obok – „Od dnia 13 grudnia 2020 roku na przystanku osobowym Brzoza Toruńska wszystkie pociągi osobowe nie będą się zatrzymywać – do odwołania”.

Tak oto w praktyce wygląda narodowy program walki z komunikacyjnym wykluczeniem. Zrozumiałbym jeszcze gdyby zlikwidowano trasę lub kursy – wiadomo ekonomia – ale co ma wspólnego z wirusem zamykanie przystanków na wsiach? Teraz wirus nie wysiądzie z pociągu i nie zarazi wioski?

Zamknięcie stacji kolejowej wyjaśnia ostatecznie także pustkę jaką zastałem w okolicy. Wszędzie znajduję przyczepione kartki: „W związku ze specustawą bar zamknięty do odwołania”. Cóż, kogo nie pokonała autostrada, tego pokonają rozporządzenia.

„Wie Pan na co liczymy? Bo my wciąż tutaj mamy jeszcze nadzieję. Liczymy na to, że autostrada stanie się płatna. Wtedy część ruchu samochodowego wróci na naszą drogę i znowu pojawią się klienci. Wiem, nie powinienem tego życzyć kierowcom, ale co zrobić? Innego wyjścia dla naszych biznesów nie ma. Gdy przyjdzie zapłacić kilkadziesiąt złotych za przejazd autostradą, to część kierowców wybierze drogę bezpłatną, idącą sto metrów obok. To, co zaoszczędzą, może wydadzą u nas. Ale najpierw musimy przeżyć covida.” – kończy Pan Paweł. 

Patrzę na mapę. Na pierwszy rzut oka widać, że zjazdy z autostrady zaplanowano tak, by maksymalnie utrudnić kierowcom ominięcie przyszłego płatnego odcinka. Będę trzymał kciuki, ale od wielu lat w Toruniu wiadomo, że wszystkie trzy zjazdy tak usytuowano, że zjechać się z nich zupełnie nie opłaca. Mimo iż można było zrobić jeden węzeł łączący A1 z kierunkami na Toruń, Bydgoszcz i Łódź, zrobiono karkołomne trzy zjazdy tak, by każdy z nich prowadził prostu… w pole.

Porównanie „starej jedynki” czyli drogi z Bałtyku na Śląsk do słynnej amerykańskiej Route 66 może wydawać się nadużyciem. Nie ta długość, nie ten rozmach, nie ta legenda. Ale łączy je wiele, w tym los przedsiębiorców którzy kiedyś wzdłuż nich funkcjonowali, a którzy gdy oddano nowoczesne autostrady musieli zmierzyć się z nową rzeczywistością. Jeżeli więc będziecie kiedyś jechać autostradą, niekoniecznie tą, dowolnym odcinkiem, to pamiętajcie: poza autostradami także jest świat. Żyją ludzie. Istnieją wsie i miasteczka. Czasem warto zjechać.

Część imion na prośbę rozmówców została zmieniona.