Wiele wskazuje na to, że Kazachstan stanął na krawędzi rewolucji. Byliśmy w tym kraju zaledwie trzy miesiące temu i pokonaliśmy po jego drogach i bezdrożach siedem tysięcy kilometrów. W ciągu spędzonych tam kilkunastu dni poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się z wieloma osobami — zarówno ze zwykłymi mieszkańcami miast i wiosek, jak i pracownikami rządowymi. Czy coś przepowiadało wydarzenia, które właśnie mają miejsce? Po przeczytaniu siedmiu poniższych opowieści możecie na to pytanie spróbować odpowiedzieć sami.

Jesteśmy podróżnikami, nie politologami. Podczas wypraw zawsze staramy się korzystać z pomocy i usług lokalnych mieszkańców, by móc ich lepiej poznać i zrozumieć. Nigdy jednak nie rozmawiamy na tematy polityczne: raz, że nie jest to celem naszych podróży, a dwa — nie nam oceniać czyjś kraj. Dlatego ten artykuł będzie nieco inny.

By spróbować zrozumieć sytuację w Kazachstanie, musicie jednak wiedzieć najpierw o dwóch rzeczach. Po pierwsze: około 35-40 proc. mieszkańców tego kraju to Rosjanie, którzy zdecydowali się pozostać tutaj po upadku ZSRR i po uzyskaniu przez Kazachstan niepodległości. Pozostali tutaj nie dlatego, że takie mieli hobby — ich rodziny mieszkały na terenach byłej Kazachskiej Republiki Socjalistycznej często od pokoleń. Nie mieli dokąd wrócić, bo z nową Rosją niewiele ich łączyło.

Po drugie: Kazachstan znany jest w Polsce głównie ze zsyłek na naszych rodaków żyjących na kresach z lat 30. ubiegłego wieku. Zsyłani tutaj byli jednak przedstawiciele wielu narodów z całego terenu rodzącego się imperium radzieckiego. Kazachstan stał się republiką socjalistyczną nie z własnej woli — został spacyfikowany przez sowietów w latach 20. i 30. Wybuchały krwawo tłumione powstania miejscowej ludności, był wielki głód, wielkie mrozy, wielkie katastrofy. Niecałe sto lat temu komuniści przysłani z Moskwy ogniem, głodem i bagnetem z dumnego koczowniczego narodu stworzyli nowy obraz Kazacha: osiadłego mieszkańca miast, robotnika.

Gdy wylądowaliśmy w stolicy Kazachstanu Nur-Sułtan, zaskoczył nas przepych. Lśniące bogactwem miasto, nowoczesne wieżowce, hotele, centra handlowe i konferencyjne. Szerokie ulice. Centrum stolicy przypomina bardziej siedzibę szejków niż środkowoazjatyckie miasto. Byliśmy pod wielkim wrażeniem.

W rzeczywistości jednak Kazachstany są dwa: stolica i reszta kraju. To stolica jest tutejszym bijącym centrum wszechświata. Wszystko, co nowoczesne znajdziecie właśnie w Nur-Sułtan. Natomiast ta nowoczesność zdaje się kończyć wraz z rogatkami miasta; gdy przejechaliśmy pociągiem ponad tysiąc kilometrów na południe i wysiedliśmy w Ałmatach — mieliśmy wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie o 30 lat. Nie jest jednak tak, że reszta kraju jest zacofana — wrażenie kolosalnej różnicy poziomu życia odnosi się dlatego, że NurSułtan jest stolicą, która „uciekła do przodu”. Pozostałe miasta wyglądają tak, jak dziesiątki innych postsowieckich miast w całej Azji centralnej.

Opowieść pierwsza

W pociągu poznaliśmy Madinę, emerytowaną nauczycielkę uniwersytecką z Ałmat, 65-letnią, zadbaną kobietę. Przedziały są sypialne — wygodne, przestronne, czteroosobowe. W ogóle podróżowanie koleją po Kazachstanie to mega przyjemność. W drodze powrotnej jechaliśmy pociągiem z przedziałami dwuosobowymi, każdy z własną… łazienką. Oprócz nas i Madiny w przedziale był jeszcze dobiegający czterdziestki młody Rosjanin. Biznesmen w garniturze. 1400-kilometrowa podróż kosztowała nas 70 złotych od osoby. Niezwykle tanio (podróż powrotna w przedziale dwuosobowym to… 120 złotych od osoby). Madina poczęstowała nas mięsnymi kulkami, które w charakterze prowiantu zabrała ze sobą w podróż. Kulka z kurczaka, kulka z wielbłąda, kulka z barana. Wędzone, gotowane, dość żylaste. Ciężko się je przełyka, ale podróżnik nigdy nie powinien odmawiać takiego poczęstunku. Mnie przychodziło to o tyle łatwiej, że jem mięso. Gorzej z Pawłem, który jest wegetarianinem.

Gdy Paweł na chwilę wyszedł z przedziału, Madina zbiera się w sobie, i pyta mnie konspiracyjnym półszeptem:

– On naprawdę nie je mięsa?

– Tak

– Przecież on umrze!

Paweł w Kazachstanie był kosmitą. Nie umarł jednak z głodu — pewnego kupiliśmy mu wielkiego arbuza i żywił się nim przez trzy dni. Pamiętajcie: Kazachstan = mięso.

Madina opowiada nam o tym, jak pracowała na Uniwersytecie. Pokazała zdjęcia wioski, do której przeniosła się na emeryturze. Swój wiejski dom. Zdjęcia zwierząt domowych, wnuków. Z nas dwojga to Paweł jest bardziej bezpośredni i on w końcu zapytał o rozsiane po całym Kazachstanie gułagi. Pokazaliśmy zdjęcia polskich cmentarzy, które udało nam się odwiedzić. Madina zamilkła, ucieka wzrokiem w bok. W końcu zaczyna płakać. Po dłuższej chwili opowiada nam, jak jej dziadków zabijali komuniści. Z całej rodziny wojnę przeżyła tylko jej mama, choć przecież II wojna światowa na Kazachskie stepy nie dotarła.

– To były ciężkie czasy, w Polsce też dużo ludzi zginęło — Paweł obejmuje naszą rozmówczynię, nie do końca wiedząc, czy wypada to zrobić. Paweł ma ten dar, że w takich sytuacjach ma zupełnie gdzieś zasady zachowań. Robi to, co mu dyktuje serce.

Przysłuchujący się rozmowie Rosjanin zszedł ze swojego łóżka i wyszedł z przedziału. Zabrał ze sobą walizkę i więcej go nie spotkaliśmy — choć do końca podróży zostało nam jeszcze kilka godzin jazdy.

Opowieść druga

W Ałmatach wynajęliśmy samochód, by zwiedzić Park Narodowy Kolsai. Jest to miejsce, do którego dotrzeć można wyłącznie samochodem terenowym — choć gdy się bardzo chce, można i zwykłym (co możecie zobaczyć na filmie). Jedziemy przez góry, przejeżdżamy w bród przez rzeczki, gdyż proste, drewniane mostki są zerwane przez częste powodzie. W absolutnych ciemnościach docieramy nad niemal odcięte od świata jezioro Kandy, w miejsce, które jest naszym jutrzejszym celem.

Kilkaset metrów przed jeziorem natykamy się na kilka wolno stojących jurt, tradycyjnych domów idealnych dla koczowników. Ciemność gór jest tak wielka, że gwiazdy aż rażą w oczy. Nawołujemy z nadzieją, że uda nam się znaleźć jakiś nocleg lub chociaż kawałek podłogi. W końcu poddajemy się i rozkładamy śpiwory na siedzeniach naszego samochodu.

Ktoś tu jednak żyje. Po chwili obok nas materializuje się staruszka. Pyta, czego chcemy. Jesteśmy turystami z Polski, szukamy noclegu. Staruszka zastanawia się kilka minut. W jurcie dla gości są jacyś Francuzi, ale nie zgadzają się, byśmy mogli spać razem z nimi. Zresztą — rano znikną, nie powiedziawszy nawet do widzenia. A tacy europejscy z nich mistrzowie używania widelców byli… Staruszka martwi się nad naszym losem, a gdy widzi, że rozkładamy się w aucie, każe nam iść za sobą. Oddaje nam swoją jurtę, a sama przenocuje w kuchni. Dowiemy się o tym jednak dopiero rankiem, gdy cokolwiek będzie można dostrzec w tych całkowitych ciemnościach.

Rankiem staruszka robi nam smaczne, choć skromne śniadanie. Pajda chleba i masło. Kawałek marmolady. Chce poczęstować nas kawą, ale widzimy, że zostały jej zaledwie trzy saszetki… dziękujemy za ten gest, nie chcąc nadwyrężać gościny. Właściciel jurt przyjeżdża tutaj raz na tydzień i przywozi jej jedzenie oraz butle z gazem. I tak żyje ona w samotności od wiosny do jesieni, pilnując obozowiska, aż skończy się sezon turystyczny. Zarabia 150 dolarów miesięcznie.

Rozmawiamy o pandemii. Opowiada, że turystów praktycznie od dwóch lat nie ma. Za dwa dni zwijają jurty i będzie mogła wrócić do swojej wsi. Pyta nas, czy widzieliśmy Amerykę? Piramidy? I czy to prawda, że w Europie ludzie umierają na COVID? Mówimy, że tak. Że na świecie są setki tysięcy ofiar śmiertelnych. Kręci z niedowierzaniem głową i prezentuje nam lekarstwo, które zaleca rząd: dwa razy dziennie trzeba zjeść cebulę z miodem i dodatkiem, którego jednak nie umiemy przetłumaczyć.

Opowiada, że żyje sama, bo nie znalazła męża. To źle, bo trzeba rodzić dużo Kazachów. Jest ich mało, ale będzie więcej. Teraz rodziny mają po 4-6 dzieci i wkrótce znowu Kazachów będzie tak dużo, jak kiedyś. Na koniec uderza w nas piorun; okazuje się, że nasza staruszka na 54 lata. Jest prawie naszą rówieśnicą.

Opowieść trzecia

Nursułtan jest dużym miastem. Choć kończy się dziwnie — nie ma typowych, ciągnących się kilometrami przedmieść. Miasto kończy się jakby ucięte nożem; gdy władze uznają, że trzeba je powiększyć, po prostu ze stepu wydzielają kolejną dzielnicę.

By zwiedzić porządnie miasto — a mamy na to zaledwie dwa dni — postanawiamy wziąć jakąś taksówkę. Podchodzimy do pierwszego z brzegu losowego kierowcy i pytamy, za ile zrobi nam całodniową wycieczkę po mieście. Tak poznajemy kolejnego Kazacha, Nursana.

Spędzamy w jego towarzystwie dwa dni. Jest młody, ale ma już żonę i dwójkę dzieci. Jako kierowca taksówki (auto jest jego własnością) zarabia około 50-60 dolarów dziennie. Po przeliczeniu „na nasze” wychodzi mu miesięcznie koło 4-5 tysięcy złotych. Kupił kilka lat temu dla rodziny kawalerkę, 65 metrów. Dziwimy się:

– Jak to, masz jeden pokój o powierzchni 65 m kw.?

– Tak, trochę nam ciasno.

– Przecież to ogromny pokój, czemu nie podzielisz na kilka mniejszych?

– Jak to na kilka? Po co?

Zrozumiemy to dopiero później. Kazachowie wciąż tradycją i sercem wciąż związani są z życiem w jurtach. Tam nie ma wygrodzonych osobnych pomieszczeń. Wielki pokój w bloku jest dla nich ich współczesną jurtą.

– Często przyjeżdża do nas mój brat z rodziną. Ma piątkę dzieci! Wtedy jest wspaniale! Razem jemy obiady, razem spędzamy wieczory. Ale jest ciasno, bo w kawalerce jest nas wtedy jedenaście osób.

Na prośbę Nursan zawozi nas kilkadziesiąt kilometrów za stolicę, do miasteczka Alzhir. To były sowiecki gułag. W latach 30. i 40. przetrzymywano tutaj tysiące kobiet; z Rosji, Polski, połowy sowieckich republik. Step i mrozy.

W niewielkiej sali pamięci ofiar oglądamy krótki film dokumentalny. Nursan patrzy z szeroko otwartymi oczami. Nigdy tutaj nie był, choć o gułagach słyszał. Zgromadzone po zesłańcach pamiątki, buty, zegarki, stosy ubrań — wszystko to przypomina mi Treblinkę i Majdanek. Nasz kierowca całą drogę powrotną milczy. Ożywia się, dopiero gdy kończy się step i zaczyna ponownie miasto.

O samym podboju Kazachstanu, o powstaniach oraz tutejszym wielkim głodzie napiszę któregoś dnia osobny artykuł…

Opowieść czwarta

Jedziemy nad Morze Aralskie. Czeka nas półtora tysiąca kilometrów jazdy wynajętym autem. Daleko, ale liczymy na to, że w trzy dni uwiniemy się w obie strony. Z Ałmat do Aralska prowadzi autostrada. Fajna, dobrze się jedzie, tylko ostatnie kilkaset kilometrów do zwykła 1-pasmówka. Kazachowie mają takie powiedzenie: 300 km to nie odległość, a -30 stopni to nie mróz. Przy ogromie tego kraju to rzeczywiście niezwykle trafne.

Autostrada jest w miarę nowoczesna. Stacje paliw są jednak czasem trzy w ciągu dziesięciu kilometrów, ale tylko po to, by później nie było żadnej przez sto kolejnych. Na stacjach jest wszystko; kilka rodzajów paliwa (78, 92, 95 oktanów), jedzenie. Ani razu nie mieliśmy problemu z dostępnością paliwa. Jednak kłopoty zaczynały się, gdy przyszło nam zjechać z autostrady.

O ile stacje na autostradach są świetnie zaopatrzone, to te na wioskach i w miasteczkach różnie. Bywa, że jest tylko benzyna 92-ka, ale tankowania takiego paliwa zabrania nam umowa z firmą, od której wynajęliśmy auto. Do czego służy paliwo 78, nie mam zielonego pojęcia. Jedziemy na czerwonej rezerwie, a ponieważ nie zapowiada się, byśmy na autostradzie spotkali stację paliw, decydujemy się zjechać do jakiejś wioski.

Trzy kilometry dalej znajdujemy trzy stacje benzynowe. Na żadnej z nich nie ma paliwa. Sprzedawcy tylko rozkładają ręce i sugerują, żebyśmy porozmawiali z kierowcami ciężarówek. Paliwo będzie, ale dopiero za trzy dni.

Jesteśmy w szoku, nieprzygotowani na taki scenariusz. Przecież Kazachstan ropą stoi. To główny surowiec tego kraju, azjatyckie paliwowe El-Dorado. W końcu udaje nam się zdobyć kilka litrów — akurat tyle, by dojechać do następnej stacji. Ratunek jest jednak chwilowy: dwieście kilometrów dalej paliwo kończy nam się ostatecznie. Paweł łapie stopa i wyrusza na poszukiwania. Wraca po godzinie z 10 litrami benzyny! Pewien Kazach objechał z nim trzy stacje, zanim coś znaleźli.

Podobno trwające dziś rozruchy spowodowane były wzrostem cen paliw. Jaki był to wzrost? Nie wiem. W październiku litr benzyny 92 kosztował 1,50 złotego, benzyny 95 – 1,82. Tankowaliśmy do pełna za mniej niż sto złotych.

Opowieść piąta

Któregoś z kolejnych dni zatrzymujemy się w niewielkiej wiosce. Nocujemy u gospodarzy, którzy prowadzą niewielki pensjonat. Cena pokoju: 120 złotych. To jeden z droższych noclegów, z jakich skorzystamy.

Gdy wnosimy bagaże, okazuje się, że nie ma prądu. Zgłaszamy naszej gospodyni, że chyba wyskoczyły korki. Zaprzecza ruchem głowy; nie — dziś prądu nie ma, będzie jutro. Ale nam prąd jest niezbędny! Musimy ładować komputery, kamery, pracować zdalnie. Gospodyni odpowiada: prąd jest dziś na ulicach parzystych, jutro będzie na nieparzystych. Nasza jest nieparzysta. Macie pecha.

Opowieść szósta

Kolejna noc, kolejny pensjonat. Skromnie, ale z klimatem. Za ścianą słyszymy jakieś rozmowy, Paweł wychodzi na zewnątrz i po pięciu minutach wraca z butelką wódki oraz parą rosyjskich turystów. Andriej i Nadia. On pod czterdziestkę, ona pięćdziesięciolatka. Oboje to biznesmeni, mieszkają w Ałmatach. Ona prowadzi salon urody, on ma hurtownię oświetleniową. Towar sprowadza bezpośrednio z Chin jeżdżąc tam co jakiś czas swoją błyszczącą Toyotą Land Cruiser z przyczepą. Szybko się zaprzyjaźniamy. Nie są parą, ale wspólnie spędzają co jakiś czas weekendy. Taki układ.

Dużo rozmawiamy. Ciężko im się żyje, bo Rosjanie — jak mówią — są tutaj poza marginesem. Wielu wyjechało do Rosji, ale oni zostali. Żyją dobrze, ale nie uczestniczą w polityce kraju. Kazachów z każdym rokiem jest więcej, mają dużo dzieci. Oni nie, bo żeby mieć dzieci trzeba mieć perspektywy.

Andriej nie pali papierosów, lekarz mu zabronił. Ale pić może. Gdy w końcu zmęczeni rozmowami padniemy na łóżka, Nadia jeszcze przez pół godziny krążyć będzie po kuchni i sprzątać. Rankiem za to zabierają nas na wycieczkę w góry; jedziemy naszym wynajętym autem, bo Andriej nie może jeszcze prowadzić.

Szlak, który chcieli nam pokazać, okazuje się jednak zamknięty. Wjazdu zakazuje strażnik w moro, obok stoi wojskowa terenówka. Szlak zamknięty. Spadł deszcz i jest niebezpiecznie. Uchadite maładcy.

Nadia zaprasza nas do siebie, gdy wrócimy do Ałmat. Obiecuje pokazać życie nocne miasta. Andriej nie protestuje, choć widać, że nie jest do tego pomysłu zapalony. Niestety nie udaje nam się dotrzeć na spotkanie wyznaczone dziesięć dni później — zbyt pochłonie nas kazachski step.

Opowieść siódma

Tę opowieść znajdziecie TUTAJ