To była nasza ostatnia noc w Kazachstanie. Każda podróż kiedyś się zaczyna, i kiedyś się kończy. By uczcić ten fakt postanowiliśmy najpierw w hotelu trochę poczytać. Gdy już przeczytaliśmy wszystko co było pod ręką, gdzieś w okolicach tutejszej godziny 21:00 poczuliśmy, że jesteśmy głodni. Normalny efekt pobudzonego dobrą lekturą żołądka.
 
Jeszcze w południe jakieś czterysta metrów od naszego hotelu znaleźliśmy fajny bar / restaurację. Coś w rodzaju Hard Rock Cafe, tylko większe, lepsze i Kazachskie. Jedliśmy tam kilka godzin wcześniej obiad i był bardzo dobry – postanowiliśmy więc skierować nasze kroki w tym już sprawdzonym kierunku. W zakamarkach mojego mózgu odnalazłem także niewyraźny, ukryty obraz niewielkiej biblioteczki stojącej w głębi pubu – zawierającej zapewne dzieła tutejszych poetów. Coś dla duszy, coś dla ciała.
 
Początkowo wszystko przebiegało normalnie. Świetne jedzenie, dobry stolik, uśmiechnięci ludzie. Typowy Kazachski środowy wieczór. Zwróciłem uwagę na to, że kobiety i mężczyźni siedzą osobno: czułem jednak, że nie wynika to z jakichś lokalnych zwyczajów przywodzących na myśl kraje islamskie – po prostu osobno przyszły do pubu grupki kobiet, i osobno – grupki mężczyzn. Nikt się z nikim nie integrował, każda grupa siedziała przy swoich stolikach i zajadała specjały.
 
A były one bardzo smakowite. Zafundowaliśmy sobie deskę serów, na stół wjechała także czterotomowa Encyklopedia Britannica. Minęła 22:00, i pewnie ten wieczór byłby się tak zakończył gdy nagle jak nie gruchnie, jak nie łupnie, jak nie trzaśnie. Ktoś włączył głośno muzykę i świat się zmienił!
 
W ciągu dosłownie dziesięciu sekund parkiet zaroił się od pląsających we wszystkich kierunkach, wygibujących swoje ciała kobiet. Jakby jakieś zaginione plemię Króla Juliana nagle dostało sygnał do tańca. Popatrzyłem na salę z perspektywy podróżnika notującego każdy obyczajowy szczegół: gdy kobiety wirowały w rytm światowych hitów, mężczyźni zachowali większą wstrzemięźliwość – kończyli z rozwagą i w skupieniu rozdziały swoich książek. Z czasem jednak lektura traciła na znaczeniu i coraz więcej osobników obu płci żwawo tańczyło.
 
Co ciekawe nadal mężczyźni i kobiety tańczyli osobno. Mężczyźni w swoich kółeczkach, kobiety w swoich. Punktem zwrotnym okazała się – jak zwykle – palarnia. Przestronne, oszklone pomieszczenie z nowoczesną wentylatornią skutecznie wysysającą unoszące się produkty nikotynowego uzależnienia.
 
– Wy skąd? Amierykańce?
– Niet! My z Polszy!
 
No i się zaczęło. W ciągu minuty mieliśmy przyjaciół z Kazachstanu. Na stół wjechały ciężkie Dzieła Wybrane Lenina – uprzedzając nieco zdarzenia dodam, że później zrewanżowaliśmy się Trylogią Sienkiewicza. Kazachowie interesowali się jakie są miasta w Polsce, co tutaj robimy, czy podoba nam się Kazachstan, ilu u nas jest mieszkańców, czy mamy konie, ile zarabiamy. My pytaliśmy o tutejszy klimat i temperatury. Gdy dowiedzieli się, że u nas -15 stopni to już mróz, nie mogli wyjść ze zdziwienia. Gdy dodałem, że przy -20 stopniach dzieci nie chodzą do szkół, odparli, że u nich jest to nie do pomyślenia – dzieci wcale by nie chodziły do szkół przez długie miesiące, bo u nich bywa nawet minus 50 stopni.
 
Muzyka chwilowo ucichła i mogliśmy oddać się głębszej dyskusji. Ajdar – niski, krępy Kazach – koło czterdziestki, najbardziej zazdrościł nam w Polsce braku korupcji. U nas – mówił – wszędzie jest korupcja. Wy macie dobrze, bo w Europie tego nie ma. A u nas korupcja jest i w policji, i w urzędach.
 
Wszyscy dookoła kiwali zgodnie głowami. Co miałem mu powiedzieć? Jak wytłumaczyć rzeczywistość? Po co? Zamiast brnąć w temat realiów w Polsce i psuć wyidealizowany obraz własnego kraju zaproponowałem szybką nowelę. Po chwili Paweł opowiedział naszą przygodę z tutejszą drogówką sprzed kilku dni. Ajdar zgodził się z tym, że połowa stawki mandatu jest obowiązującą ceną przy przekroczeniu prędkości. Wyjął z kieszeni wizytówkę:
 
– Ja rabotam w antykorupcyjny zespoł w resort ministra. Kak Wy budietie mieli jakiś problem, Wy od razu dzwońcie do mnie i daj mi policjantów do telefonu.
 
Lekki zonk.
 
Muzyka znowu została pogłośniona, więc sala ponownie zagęściła się kobiecymi pląsami. Wykorzystując szansę na zmianę tematu uciekam do przodu przed wątkiem korupcyjnym:
 
– Krasiwyje diewuszki u Was – komplementuję.
 
Ajdar patrzy na mnie, szybko coś ocenia i woła głośno przez pół sali. Podchodzi do nas wysoki, gdzieś pod dwa metry Tałgat.
 
– Eto Tałgat, moj drug. Wy chcecie dziewuszki? Zaraz przyjadą.
 
Patrzymy na siebie. Chwila zastanowienia i w końcu odpowiadam, że mamy żony i dziękujemy za taką wspaniałą propozycję.
 
– A gdie Wasze żensziny?
– W Polszy,
– Tu ich nie ma!
– Da, ale one u nas w sercach są!
 
Uratowani.
 
Tałgat nie jest jednak naganiaczem za jakiego go początkowo wzięliśmy. Podczas kolejnej przyjacielskiej wizyty w palarni dowiadujemy się, że jest tutejszym… stand-uperem. Opowiada o swoich występach, o tym że chciałby wyjechać do Europy i tam występować. Polski stand-up znam tylko z kanału Comedy Central, ale mamy wspólny temat i możemy o tym pogadać. Tałgat jest wyraźnie zdziwiony niskimi zarobkami w Polsce. Kalkuluje, że mu się nie opłaca wyjechać. Pocieszam go, że w Germanii czy Italii na pewno dostałby więcej za występy. Pyta jakie tam są duże miasta, i czy słyszałem o Weronie. Pyta jak zrobić własną stronę internetową żeby swoje występy pokazywać mógł w Internecie.
 
Kolejnym przyjacielem jest Usaar. Mówi, że nie jest prawdziwym czystym Kazachem. Jest Koreańczykiem. Jego dziadków zesłał tutaj w 1938 toku Stalin w ramach czystek etnicznych na granicy Sowietów z Koreą. Znajdujemy szybko wspólny język – oni specpresedleńcy, tak jak nasi zesłańcy z Polski – dużo przeszli. Jest trzecim pokoleniem żyjącym na obczyźnie, ale nie chce wracać do Korei – ma czterech synów, i czuje się już Kazachem.
 
Parkiet jest ponownie pełen kobiet i mężczyzn. Wszyscy nadal tańczą osobno, do końca wieczoru nie zobaczę ani jednej tańczącej wspólnie pary. Przysiadają się kolejni mężczyźni ciekawi skąd jesteśmy, co robimy, ile zarabiamy. I zawsze pada pytanie jak nam się podoba w Kazachstanie. Paweł za każdym razem opowiada całą historię naszej podróży po ich kraju – jego cierpliwość zdaje się nie mieć końca. Zachwalamy więc stepy i drogi, co za każdym razem powoduje wybuch śmiechu u słuchaczy – zwłaszcza temat dróg jest tutaj bardzo popularny. Kolejna wizytówka ląduje w moich dłoniach. Paweł ma już chyba cztery takie. Mocno zbudowany Bawyrżan mówi do mnie:
 
– Ja jest kapitan Bawyrżan. Kak u Was jest miekatoryj problem, Wy dzwońcie do mnie innostrańcy. Pamagu.
 
Wspólnie kartkujemy jakieś tomiszcze. Jedną stronę czyta on, drugą ja. Ściemnia się coraz bardziej, choć wydaje się to niemożliwe bo przecież już dawno po północy. Wraca Ajdar z nową deską serów i Pamiętnikami Trockiego. Robimy przerwę w lekturze na wytańczenie ogarniającej nas ospałości. Świta.
Żegnamy się serdecznie z poznanymi Kazachami. Ktoś wciska mi do ręki banknot zapisany liczbami – z numerem telefonu. Ktoś inny daje mi breloczek. Na przegubie Pawła ręki zatrzaskuje się misternie zrobiona bransoleta. Misiaczki. Ostatnia lektura odczytana głośno przez wszystkich na raz.
 
Do hotelu mamy blisko. Czterysta metrów w mroźnym powietrzu to dobrze robiący nam spacer. Mimo że mamy blisko, nasi przyjaciele chcą nas zawieźć autem. Ale odmawiamy, damy radę sami – tyle przeczytali wspólnie z nami książek, że nie powinni prowadzić.
 
Gdy wchodzimy do pokoju dzwoni Pawła telefon. Odbiera. Okazuje się, że dzwoni obsługa pubu – zapomnieliśmy zapłacić za stolik! Wracamy więc do restauracji, śmiech i radość ze spotkania starych znajomych nie ma końca. Odczytujemy wszyscy wspólnie na głos Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki. Płacimy rachunek, raptem 90 złotych na dwóch za cały wieczór. Kolejny mroźny spacer wentyluje nasze płuca.
 
„Wy w Polsce macie dobrze. Nie ma u Was korupcji, ludzie są przyjacielscy i otwarci, podróżujecie, turyści przyjeżdżają do Was z całego świata. Dziwne, że tak mało zarabiacie, chyba nas nabieracie – ale Polaki eto gościnny i ciepły kraj” – przypominają mi się słowa naszych kazachskich rozmówców.
 
W głowie mam jednak obrazy zupełnie innej Polski: pełnej hajlujących młodzieżówek, marszów narodowców, kiboli broniących chrześcijańskiej europy przed uchodźcami. Polski pełnej szczelnych kordonów bezpieczeństwa na granicy. Polaków rozprawiających o roznoszących zarazki arabach, o czających się w lasach islamistach, rodaków nietolerancyjnych i krzywo patrzących na cudzoziemców.
 
Czas wracać do Polski – tej prawdziwej, a nie wymyślonej przez Kazachów.