Gdyby nie historyczne materiały video, które szczęśliwie zachowały się na moich dyskach komputerowych, to o rozegranym w 2017 roku maratonie w Tajlandii nie pamiętałbym już dziś prawie żadnych szczegółów. Pamięć wróciła dopiero z chwilą montażu filmu; wspomnienia wypłynęły na powierzchnię z najgłębszych zakamarków pamięci. Mój mózg jak się okazało wszystko zarchiwizował – tyle tylko, że wrzucił do katalogu pod nazwą tmp.

Impreza o nazwie 1 Phukethon Marathon odbyła się w grudniu 2017 roku; dla mnie był to dopiero dziewiąty (lub dziesiąty) kraj, który podbiłem biegowo. Zdecydowanie był to więc początek mojej trwającej do dziś pasji biegania po najdalszych zakątkach planety. Wcześniej na licznik wpadły Iran, Spitsbergen, Malta, Sycylia, Grecja, Rapa Nui, Malta, Chorwacja – no i oczywiście Antarktyda. Ponieważ w chwili publikacji tego materiału mamy końcówkę lipca 2026 roku, to do jubileuszu 10-lecia startu w Tajlandii zostało jeszcze niecałe półtora roku; a dokładniej 16 i pół miesiąca; minęły zaś 104 miesiące – kawał życia… Tyle matematyki.

Logistycznie największy kłopot na maratonie w Tajlandii sprawiła godziną startu – bieg ruszał o trzeciej w nocy, a jakoś trzeba było się dostać z godzinnym wyprzedzeniem na linię startu (serce maratonu – czyli start i meta – znajdowały się w Saphan Hin Park nad Morzem Andamańskim); sprawę utrudniało wczesne zamknięcie dróg dojazdowych. O wyspaniu się nie było więc mowy: pobudka o pierwszej w nocy to raczej po prostu krótka wieczorna drzemka. Całe szczęście nie nawalił zamówiony wcześniej transport, i wszystko się udało mimo tego, że noclegi mieliśmy oddalone od miejsca startu o ponad 10 kilometrów.

Phukethon Marathon

Godzina startu wynikała z panujących w Tajlandii warunków pogodowych: o ile w nocy było miłe 26-28 stopni, to w dzień panowały 33-35 stopniowe upały. W mieście Phuket – popularnej stolicy seksturystyki – zrozumiałem jednak, że to nie temperatura jest największym wrogiem południowo-azjatyckich biegaczy. Prawdziwy demonem była wilgotność!

Tego nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć na własnym organizmie – doświadczyć, przetrwać, przekląć. Wilgotność przekraczająca 90 procent oznacza, że pocisz się i odwadniasz nawet w momencie, kiedy stoisz w bezruchu. Efekt był taki, że już po przebiegnięciu dwóch kilometrów czułem się odwodniony – i było to dla nas tym trudniejsze, że w takich warunkach biegaliśmy po raz pierwszy w życiu. Nie sposób sobie tego wyobrazić; to po prostu trzeba poczuć – i wtedy się zrozumie. Tak samo nie da się zrozumieć i przygotować na mróz; jeżeli nigdy się go nie doświadczyło. Nie da się przecież wytłumaczyć słowami czym jest zimno…

Choć była to pierwsza edycja Phukethon Maratonu – wciąż rozgrywane są kolejne – to organizatorzy byli dobrze przygotowani do jej organizacji. Punkty odżywcze z płynami znajdowały się co 2.5 kilometra – wtedy po raz pierwszy spotkałem się z takim rozwiązaniem, gdyż przynajmniej w Europie panowała jeszcze zasada rozstawiania wodopojów na maratonie co 5 kilometrów. W drodze „powrotnej” do mety (czyli po nawrotce na 21 kilometrze) można było także liczyć na specjalne punkty medyczne, które schładzały mięśnie biegaczy specjalnymi sprayami – możecie to zobaczyć na moim filmie. Nawet nie chcę myśleć ile takie rozwiązanie kosztowało… ale sytuację ratował fakt, że uczestników maratonu było zaledwie nieco ponad pięciuset.

O tym jak bardzo ciężkie jest bieganie w takich krajach jak Tajlandia świadczy choćby to, że z wynikiem 04:39:58 zająłem niezłe 166 miejsce na 530 finiszerów. Wtedy, w 2017 roku, uznałem to za porażkę – a dziś traktuję jako wielki sukces! Mój największy wróg i przeciwnik – Sławek Smoliński – z wynikiem 04:24:36 dołożył mi aż piętnaście minut i był 44 miejsca wyżej stawki. Chyba właśnie ten fakt ugruntował na lata moje przekonanie o tym, że poniosłem w Tajlandii jakąś straszliwą porażkę.

Phukethon Marathon

Co jeszcze zapadło mi w pamięć z tajskiego maratonu – poza mrozem w sprey-u i morderczą wilgotnością? Pomiędzy 19 a 22 kilometrem biegliśmy w całkowitych ciemnościach; nieoświetlonymi parkowymi uliczkami. To było piękne przeżycie: na niebie świecił miliard gwiazd. Potknąłem się ze dwa razy, i nawet przeklinałem – ale skasowałem te fragmenty z filmu. I to chyba na tyle, bo w gruncie rzeczy nic już więcej niezwykłego się tam nie przydarzyło. Ostatnie kilometry prowadziły przez miasto przy otwartym ruchu drogowym; więc to była taka dodatkowa mała azjatycka przygoda.

Wiem, że do Tajlandii muszę wrócić – bo dotknęliśmy tego kraju bardzo delikatnie, nie będąc jeszcze wtedy doświadczonymi podróżnikami. Ponieważ do zwiedzania zostało mi zastraszająco wiele w tym kraju, to marzę o jakimś pełnym przygód krótkim ultra (czyli około 50 km) w tamtejszych górach pokrytych dżunglą. Trzymam z tej okazji sam za siebie kciuki!

Maratony Świata – więcej losowych materiałów z tej kategorii:

Tajlandia – więcej losowych materiałów z wypraw: