Pakistan Air Force Museum w Karaczi znajduje się w otwartym parku (niemniej ogrodzonym i biletowanym), w samym centrum miasta. Z placówki stworzono całkiem ciekawy obszerny teren piknikowy, po którym spacerują tłumy Pakistańskich rodzin przysiadając sobie na zielonej trawce i podjadając w spokoju na przyniesionych ze sobą dywanikach. Są dwie kryte hale oraz kilka mniejszych budynków technicznych, ale wszystko jest zamknięte na cztery spusty – w myśl szpiegowskiej zasady, że jak coś jest w środku, to znaczy, że to tajemnica wojskowa – i nie można tam wchodzić!
Na ekspozycję składa się kilkadziesiąt samolotów oraz kilka radarów i sprzęt służący do strącania tego, co chciałoby sobie polatać po niebie bez zezwolenia. Sprzęt jest francuski, amerykański oraz chiński – to piękna mieszanka lotniczego wyposażenia, które w różnych dziesięcioleciach trafiało do Pakistańskich Sił Lotniczych w ramach zmiennych sojuszy i zawirowań historii.
Mamy tu więc klasyki, czyli np. amerykańskie F-86 Sabre, T-6 Texan, helikopter AH-1 Cobra czy nocnego Douglasa F3D, francuskie śmigłowce Alouette III oraz mega wyjątkowy system przeciwlotniczy Crotale (osobno radar i osobno wyrzutnia pocisków na samochodach terenowych). Są też radzieckie obowiązkowe odrzutowce MiG-15, MiG-21, transportowy Antonow AN-12 oraz chińskie „podróbki” produkowane na licencji takie jak choćby myśliwiec J-6 będący przebitką radzieckiego MiG-19. Z jednej strony jest całkiem dużo sprzętu, z drugiej zaś… człowiek chciałby jeszcze więcej.
Na terenie muzeum znajduje się pomnik polskiego pilota – instruktora, który trenował pakistańskich pilotów, ale… nie udało nam się go znaleźć. Co ciekawe: nikt z obsługi nie tylko nie wiedział, gdzie tablica pamiątkowa się znajduje, ale także… że w ogóle taka istnieje. Po 20 minutach poszukiwań i pytania pracowników z ponurymi minami musieliśmy się poddać. Albo tablica znajduje się w konserwacji w którejś z zamkniętych hal, albo w jakimś kącie, do którego nie udało nam się potrzeć. Szkoda.
Z jednej strony jeżeli będziecie się śpieszyć, to całe muzeum obejdziecie w 30 minut, z drugiej – jeżeli poświęcicie trochę czasu na eksponaty, to zejdzie Wam się tu dwie godziny. Można też coś zjeść w budkach z jedzeniem, ale wybór jest dość dziwny – np. nigdzie nie było kawy. Za to tłum lokalnych zwiedzających będzie Was atakował na każdym kroku, by zrobić sobie z Wami – białasami z Europy – fotki. Nas wręcz rozszarpywano z tej popularności.
I tyle!








