A jednak Allach sprowadził nas w miejsce, w którym takie muzeum się znajdowało. Małe, porzucone na poboczu drogi, pośrodku marnej i biednej pustyni… ale jednak muzeum. Był to jeden z najbardziej dziwnych obiektów tej kategorii w jakich miałem przyjemność gościć. Wokół dziesiątki kilometrów pustej przestrzeni: śmieci, bezdroża, kamienne wysypiska – i nagle wbita w ziemię niezgrabnie pomalowana tablica twierdząca, że ta oto rudera widniejąca przed nami to… muzeum.
Musiałem głośno krzyknąć, bo nikt z naszej 5-osobowej ekipy nawet by nie pomyślał, by się tu zatrzymać. Przekupiłem ich obietnicą rozprostowania kości; a byliśmy już w trasie od dobrych sześciu godzin. Wsparcie miałem w Zbyszku, emerytowanym zawodowym żołnierzu, dla którego możliwość zwiedzenia czegoś tak dziwnego także była i sporym zaskoczeniem, i ciekawostką.
To muzeum rzeczywiście było dziwne. Praktycznie była to samotna wiejska zagroda otoczona płotem i drutem kolczastym, w której środku stał jako tako otynkowany parterowy budynek. Gdyby nie tablice oraz kolorowe niezdarne graffiti z sylwetkami żołnierzy nikt nigdy by nie zgadł, że jest tu coś więcej niż zagroda dla kóz.
Brama na podwórko była zamknięta łańcuchem, co tradycyjnie zupełnie mnie nie zniechęciło. Zacząłem krzyczeć i wołać w nadziei, że pojawi się jakiś dorosły – bo jedynymi żywymi duszami (oprócz kóz) były bose i nad wyraz zarośnięte dzieciaki. Efekt osiągnąłem tylko taki, że maluchy uciekły i zostaliśmy sami.
Ale nie po to – powtórzyłem ponownie w myślach – Allach postawił nam to muzeum na drodze, byśmy się teraz poddali !!! Przez kolejnych dziesięć minut wołaliśmy to tu, to tam, wsadzając łeb na drugą stronę ogrodzenia. W końcu mieszkańcy budynku zrozumieli, że nie odpuścimy…
Wyszła do nas kobieta w sile wieku, szczelnie zasłonięta szatami, i z wyraźnym niezadowoleniem zdjęła łańcuch – najpierw w bramie, a potem w drzwiach wejściowych do muzealnego budynku. Wewnątrz było kilkanaście sztuk drewnianych karabinów z przełomu XIX i XX wieku, oraz spora kolekcja starych zdjęć przedstawiających wojowników pustyni. Jedynym większym eksponatem był pochodzący z okresu II wojny światowej ręczny karabin maszynowy. Kolekcję uzupełniało bojowe wielbłądzie siodło… i to tyle.
Gdy już wychodziliśmy kobieta wpadła na pomysł, że wstęp do tego muzeum jest płatny – i zażądała od każdego z nas odpowiednika stu złotych. Oczywiście zaprotestowałem, bo żądanie owo było niczym napad beduinów na spokojną karawanę kupców. Postanowiłem nie dać zrobić z siebie barana, choć miejsce nie sprawiało wrażenia bezpiecznego. W końcu gdy atmosfera zrobiła się już deszczowa starsza Pani uległa; stwierdziła, że jednak musimy jej zapłacić nie po tysiąc lokalnych pieniążków, tylko po sto. Na tę cenę mogliśmy się już zgodzić bez utraty honoru.
I wiecie co? To tyle, koniec opowieści.