Tym razem nad swoim startem nie będę się zbytnio rozpisywał – wszystko widać na filmie. Miało być mocno i szybko, wyszło jak wyszło… Najważniejsze jednak dla mnie, że zabawa była świetna, a mi samemu udało się uciec w pewnym momencie spod kosy mojej kostuchy z logotypu…

105 maraton za mną. Ile z nich było „warszawskich”? Trudno powiedzieć, kiedyś na pewno to policzę. Pierwszy z nich pobiegłem w 1991 roku – kawał czasu, kawał życia… 29 lat… Szok.

Tego pierwszego mojego warszawskiego nie ukończyłem – nie wiedziałem, że jak się nie ma siły biec to można iść, i zszedłem z trasy na 35 km! Teraz całe szczęście już wiem, że chodzić można (a nawet wypada!). A mimo to dziś niewiele brakowało, bym po raz drugi zeszedł z trasy „warszawskiego”. Udało się tylko dzięki doświadczeniu i temu, że miałem w miarę blisko zaparkowany samochód w którym przebrać się mogłem po 22 km w suche, ciepłe ciuchy.

Człowiek uczy się całe życie.