Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że obecnie mamy ciężkie czasy. Zarówno dla biegaczy, jak i dla podróżników. A już dla biegaczy-podróżników to zupełnie… Liczby zagranicznych maratonów na które się wybierałem w tym roku, a które ostatecznie odwołano, nie da się już policzyć na palcach obu dłoni. Wiele wskazywało na to, że 35th SPAR Budapest Marathon także dołączy do tej listy. Stało się jednak inaczej…

Węgrzy w czasach jesiennej fali obostrzeń zamknęli we wrześniu granice swojego kraju dla turystów z UE. Postanowiono, że na Węgry wjechać można tylko w celach biznesowych oraz posiadając tam małżonków itd. Organizator na swojej stronie opublikował na niecałe dwa tygodnie przed maratonem komunikat, że zaprasza jednak wszystkich zgłoszonych którym… „uda się przekroczyć granicę”. Brzmiało ponuro, ale dla optymistów zachęcająco!

Dzięki zaprzyjaźnionym organizatorom z Wizz Air Halfmarathon Katowice udało się wypełnić sterty różnego rodzaju druków, pozyskać zaproszenie do „pracy”, zarejestrować wjazd na stronie internetowej jakiegoś węgierskiego ministerstwa. Ruszając w samochodową podróż mieliśmy jednak świadomość, że to wszystko może być niewystarczające – wiele zależało od dobrej woli pograniczników na których trafimy.

I rzeczywiście. Już przy drugiej próbie przekroczenia granicy trafiliśmy na przemiłą Węgierską Panią Policjant która tylko rzuciła okiem na „papiery” i kazała jechać. W ten sposób dotarliśmy na Węgry! Kilka godzin później staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami pakietów startowych!

Węgrzy do organizacji maratonu podeszli rzeczowo. Było więc obowiązkowe sprawdzanie temperatury, podpisywanie oświadczeń zdrowotnych o braku symptomów choroby, dezynfekcja i obowiązek noszenia maseczek na starcie. Ale cała reszta odbyła się już normalnie. Nie było startu falowego (kolejne grupy startowały w ok. minutowych odstępach czasu – normalnie jak podczas „starych” wielkich maratonów. Takich grup było sześć.

Na trasie znajdowali się kibice, w pełni wyposażone punkty odżywiania, a sama trasa biegła tradycyjnie środkiem stolicy Węgier, na dwóch pętlach. Grały orkiestry, brzdąkało nagłośnienie, kobiety rzucały kwiaty pod nogi biegaczom a w Dunaju tańczyły syreny. W miasteczku maratońskim były stoiska sprzedażowe, a nawet dało się coś zjeść. Jednym słowem: można było oddychać pełną piersią.

Zapisanych było blisko 4 tysiące osób, w tym 81 z Polski. Ostatecznie zawodników zagranicznych było bardzo mało – ukończyło 1908 finiszerów w tym 12 biegaczy z Polski. Obostrzenia na granicy spowodowały, że frekwencja na tegorocznej edycji maratonu była prawie o 50% niższa niż rok temu.