Czasem podczas podróży dopada mnie marudztwo. Takie zwykłe, normalne, leniwe marudztwo. Przychodzi nie wiadomo kiedy, i odchodzi w miarę szybko. Podczas tego dziwnego stanu nic mi się nie podoba; a przynajmniej dużo mniej niż zazwyczaj. Ptaki skrzeczą zamiast śpiewać, zabytki walą się zamiast pięknie starzeć, a ścieżki i uliczki ciągle prowadzą na jakiś śmietnik zamiast do Rzymu. Taki właśnie „marudny” stan miałem podczas krótkiego zwiedzania Bizerty.

Kim jest owa Bizerta? Wbrew pierwszemu rzutowi oka wcale nie jest to francuska księżniczka. Może to i dobrze? Po co komu w marudnym nastroju jeszcze księżniczka na głowie… Bizerta to miasto w Tunezji. W dodatku miasto, które powstało dawno, dawno temu. Patrząc z perspektywy Polski można śmiało powiedzieć, że „leży ono za siedmioma górami i siedmioma rzekami”. A nawet dalej, bo jeszcze za dużym morzem. Śródziemnym!

Bizerta powstała jakieś trzy tysiące lat temu. Założyli ją Fenicjanie około 1100-1000 roku przed naszą erą. Nawet się im – tym Fenicjanom – szczególnie nie dziwię, gdyż zatoka nad którą powstało miasto jest idealna do zakładania właśnie miast: i schować się tu można przed sztormem, i nawet zasięg telefonii jest okey.

Miasto ze względu na swoje dogodne położenie geograficzne przy morskich szlakach handlowych lubiło  od samego początku swojego istnienia zmieniać właścicieli. Było więc i Fenickie, i Kartagińskie, i Greckie. Rzymskie, Wandalskie, Bizantyjskie. W końcu także Arabskie, Francuskie no i na koniec końców – Tunezyjskie. Jakby wszystkie okoliczne nacje wpadały ciągle na ten sam pomysł: chcemy mieć Bizertę dla siebie.

A, i jeszcze Turcy! O Turkach bym zapomniał! Turcy też mieli tą księżniczkę.

Francuzom, którzy sprowadzili się tutaj pod koniec XIX wieku zabierając miasto Turkom, spodobało się tak bardzo, że nawet po uzyskaniu przez Tunezję niepodległości nie chcieli go oddać. Niby się nie dziwię, bo mieli w niej swoją bazę marynarki wojennej – a jak parkować okręty bez własnej bazy? Kto ma własny okręt ten wie, jaki to problem. W końcu po siedmiu latach proszenia i czekania Tunezja się wkurzyła i zaatakowała w 1963 roku. Kupę wojska straciła, ale w końcu miasto przeszło pod ich jurysdykcję – a Francuzi wrócili na wstecznym do siebie.

Co bardzo złe – ponieważ podczas spaceru po Bizercie byłem w stadium marudzenia – to nie dość, że nie zwiedziłem tego historycznego portu wojennego, to nawet o nim zupełnie zapomniałem. Tymczasem teraz, gdy piszę ten krótki materiał, okazuje się, że port w Bizercie ma niesamowitą historię: tutaj właśnie w latach 1920-1924 stacjonowała… flota Rosyjska. Flota „Białej Rosji”, czyli tzw. Flota Wrangla, która uciekła z Krymu po zwycięstwie bolszewików w wojnie domowej. W skład owej floty wchodziły dwa pancerniki, dwa krążowniki, 12 niszczycieli i cztery okręty podwodne. Jestem przerażony, że o tym nie wiedziałem. Z pewnością były jakieś fajne pamiątki do sfotografowania. A niech to szlag!

W mieście spędziłem kilka krótkich, wieczornych godzin. To co popstrykałem, to popstrykałem, nastawiony byłem głównie na fotograficzny łup jakim miał być Fort Kasba Bizerta – mury obronne otaczające stare miasto. Wyszło tak sobie, bo wszędzie pod murami stały zaparkowane samochody. Wkurza mnie, że wszystkie zabytki na świecie obstawione są samochodami.

Co jeszcze widziałem? Był pomnik małży (serio!), trochę całkiem czystej wody, oblepione ludziami stoliczki, oraz kolorowe parasolki skopiowane z chyba Grecji. Kończę tę opowieść coraz bardziej zły – z każdym napisanym zdaniem przekonuje się, że nie dałem odpowiedniej szansy tej Księżniczce Bizercie. Flota Wrangla… kto by pomyślał !!!