Cena i ocena

Czy warto było wydać tak wielkie pieniądze za „wycieczkę i maraton” w Tanzanii? Może zacznijmy od drugiej strony: skąd taka dysproporcja między planowanym budżetem 6 tysięcy złotych a ostatecznymi 13.300 które zapłaciłem? 

Największym błędem był brak odpowiedniego planowania przed wyjazdem. Wynika z tego, że na wyprawę decydowaliśmy się w dosłownie ostatniej chwili – na kilka dni przed wylotem. Były różne opcje (np. Kostaryka) a decyzję odkładaliśmy z przyczyn oczywistych: ciągłe zmiany w przepisach covidowych, odwołania lotów itd. W efekcie jak już stanęło na tym że lecimy, to czasu wystarczyło zaledwie na spakowanie i wyrobienie wiz. W czwartek wieczorem składałem wniosek o wizę, otrzymałem ją ekspresem w poniedziałek a we wtorek byłem już w pociągu do Warszawy. Co chcemy zobaczyć „wymyślaliśmy” praktycznie w trasie. Jedynie maraton mieliśmy zaklepany, choć też na dwa dni przed końcem przyjmowania zgłoszeń bo… skończył się limit miejsc.

Absolutnym zaskoczeniem dla nas były ceny wstępu do parków narodowych. Są one kosmicznie i dochodzą do kilkuset dolarów od osoby za JEDEN dzień pobytu. A tych dni pobytu mieliśmy sześć (trzy w Arusha NP i trzy w Serengeti). Do tego dochodził koszmarnie drogi wjazd do Krateru Ngorongoro. Jednak… nigdy więcej tam nie będziemy więc uznaliśmy, że oszczędności nie mają sensu. Oczywiście ktoś kto nigdy nie był w Tanzanii może powiedzieć: trzeba było się targować z tymi cenami. I owszem – targować się można, i nawet trzeba  – zawsze i wszędzie. Tutaj jednak 80-85 procent ceny to ceny państwowe za bilety wstępu do parku które inkasuje rząd Tanzanii (zero jakichkolwiek zniżek nawet pomimo pandemii i małej liczby turystów ze świata). Np. z 750 dolarów ceny wyjazd do Serengeti zysk „ekipy” to zaledwie 150 dolarów od osoby. W tym organizator ponosi koszty naszego jedzenia, wożenia, przewodnika, kucharza, noclegów itd. Co mogliśmy stargować -stargowaliśmy. Więcej po prostu nie wypadało.

Przy wymienianiu poszczególnych kosztów wspomniałem także o tzw. tipach. Co to takiego? To napiwek dla ekipy tragarzy, kucharza, strażnika z karabinem obowiązkowo towarzyszących nam podczas wypraw. Tip to teoretycznie taka uznaniowa oznaka oceny ich pracy – ale w rzeczywistości dla to cały zysk pracowników. Dla nich nawet 20 dolarów napiwku za kilka dni pracy to duży zarobek: gdy przychód właściciela wyprawy wynosi wspomniane 150 dolarów od osoby, koszty 50 dolarów, a z pozostałych stu dolców pobiera połowę jako swój zysk (płaci przy tym mnóstwo „prowizji” wielu innym osobom) to na kilka osób idącej z nami ekipy pozostaje bardzo niewiele. W efekcie tip jest obowiązkowy bo to jest zarobek pracowników. Oczywiście można być burakiem i chamem i nie tipa nie zapłacić. Tak zrobili na safari towarzyszący nam Anglicy. Przewodnik gdy za 3 dni pracy daliśmy mu 100 dolarów tipa (50 dolarów od osoby) prawie się popłakał. Buce z Anglii nie dali nic.

Koszty wstępu do parków narodowych można oczywiście ciąć. Można zrezygnować z jednego tragarza i nieść wszystko na własnych plecach oszczędzając w trzy dni sto złotych. Można nieść jedzenie samemu i wcinać suchy pokarm. To są jednak pseudo-oszczędności niewspółmierne do korzyści. Można także skrócić safari np do 1 dnia – wtedy oszczędność jest rzeczywiście duża, ale trzeba sobie postawić pytanie „czy po to przyjechaliście do Tanzanii by zamiast 3 dni safari mieć tylko jeden dzień?”

Mimo wszystko jestem przekonany że przy odpowiednim planowaniu i spięciu pośladków można dużo zaoszczędzić. Po pierwsze: na samolocie – bez problemu z tysiąc złotych w spokojnych czasach. Zamiast biletu lotniczego wewnętrznego za prawie 500 złotych można było wrócić autokarem za 40 złotych. Kolejne 400 złotych oszczędzicie jeżeli nie pobiegniecie w maratonie i 150 złotych rezygnując z ubezpieczenia. Na hotelach niewiele już się zaoszczędzi bo w tym segmencie się pilnowaliśmy – można na Zanzibarze było wynająć tańszy hotel i oszczędzić kolejne sto złotych. Pytanie tylko po co?

Taksówki można było zastąpić motocyklami, można było dać mniejsze tipy – łącznie z 500 złotych do przodu. Pamiętajcie, że 600 złotych kosztowało mnie moje gapiostwo i zgubienie notebooka. W końcu niespodziewanym wydatkiem był test covid-19 wprowadzony przez Qatar Airways – zabolało na 450 złotych. Więc gdy to zebrać do kupy – wyjdzie taniej o jakieś 3200 złotych. Zacisnąć pas i zmieścimy wyprawę w 10 tysiącach…

Zanim mnie skrytykujecie „że drogo” napiszę także wprost: to była prawdziwa wyprawa. Nie było to leżenie plackiem na plażach Zanzibaru. Wbrew pozorom takie nieaktywne wczasy w Tanzanii rzeczywiście za 6 tysięcy złotych bez problemu zorganizujecie. Pytanie tylko czego szukacie, bo my wróciliśmy do Polski zaorani ale szczęśliwi. Podróż przez pół Tanzanii dała nam nieźle w kość. Choć nie mówię też że to samo daje szczęście każdemu. 

Czy było warto?

Było. Tanzania zaskoczyła mnie bardzo, choć zaskoczenie to nie ukrywam – wynikało z mojego nieprzygotowania. Krater Ngorongoro nokautuje. Jak i Serengeti. Ludzie są fantastyczni choć nie brakuje złodziei i bandytów – jak wszędzie gdzie są turyści. Naganiaczy, cwaniaków, dobrych wujków i zwykłych oszustów jest mnóstwo. Ot, Afryka.

Tanzania zaskoczyła mnie także tym że jest -jak na Afrykę – bardziej cywilizowana niż mi się wydawało. Autobusy, samoloty, lotniska, hotele, Internet, banki, sklepy samoobsługowe – jednym słowem nie ma co narzekać. Mieszkańcy są wykształceni i przyjaźni. Pomocni. Choć czasem ta pomoc drogo kosztuje. Co do bezpieczeństwa jest różnie – zorganizowane okradanie turystów jest raczej na porządku dziennym niż od święta.

Okoliczności przyrody są fantastyczne, ale przekonanie się o tym bardzo słono kosztuje. Więc jeżeli nie stać Was na taki wydatek lepiej spędzić wakacje nad Morzem Śródziemnym – wyjdzie taniej.

Wyjechałbym ponownie do Tanzanii, ale obawiam się że nie stać mnie na to by znowu kiedyś odwiedzić ten kraj. Stąd końcowa nota zaledwie 72 procent. Wydaje się niesprawiedliwie niska… jednak w tej cenie można polecieć na Wyspę Wielkanocną lub zwiedzić pół Ameryki Południowej. Albo spędzić rok w Indiach.

Na koniec: obiecajcie mi jedno – zapamiętajcie, że Zanzibar to nie Tanzania.

Dwa miesiące od mojego powrotu z Tanzanii minęły niezwykle szybko. Przez ten czas udało mi się pokazać Wam wszystkie miejsca jakie tam odwiedziliśmy – do ich obejrzenia zapraszam w poprzednich odcinkach. Została już tylko jedna rzecz by domknąć tę wyprawę i pozostawić Tanzanię za sobą jako wspomnienie: oczywiście chodzi o odpowiedź na pytanie „Ile to wszystko kosztowało i czy było warto?”

Z wielu względów – choćby dlatego że ta wyprawa miała miejsce podczas pandemii – myślę, że to podsumowanie będzie podwójnie interesujące. Planując ten wyjazd wstępnie ocenialiśmy optymistycznie że zmieścimy się w jakichś sześciu tysiącach złotych – z czego największym wydatkiem będą jak zwykle bilety lotnicze. „A na miejscu jakoś to będzie”. Przecież to Afryka, więc ile można wydać? Cóż, więc ten teges… a było tak…

Bilety lotnicze do Tanzanii: od razu przyznam – ze względu na trwającą pandemię nie szukaliśmy rozwiązania „po taniości”. Bilet miał być pewny, w miarę bezpośredni i z ograniczoną liczbą przesiadek zwiększających ryzyko odwołania wyjazdu. Wszystko to miało zapewnić nam duże prawdopodobieństwo, że jednak wylecimy i dolecimy – i w tym przypadku cena była mniej istotna. Dlatego wybraliśmy stosunkowo drogą (choć może raczej przeciętną cenowo) ofertę Qatar Airways. Wylot mieliśmy wygodnie z Warszawy, przesiadkę w Doha, międzylądowanie na Zanzibarze a końcowe lądowanie w położonym już na kontynencie mieście Dar es Salaam. Droga powrotna wyglądała tak samo. O wyborze tej konkretnej linii lotniczej zdecydowała oferta: bilety mogliśmy zwrócić nawet na 3 godziny przed wylotem (bez podania przyczyny!) i nie trzeba było robić testów. Cena: 3280 pln / osobę. Możecie mrugać oczami i pewnie macie rację: da się dolecieć okazjami nawet za połowę ceny. Tym razem jednak priorytet był inny.

Wiza: wizę można wyrobić na miejscu – na lotnisku – lub elektronicznie. Wybraliśmy opcję internetową, która kosztowała 50 dolarów. Kosztowała mnie więc 193 złote. Wiza wyrabiana na lotnisku kosztuje tyle samo. Wiza niestety jest jednorazowa 🙁

Bilety lotnicze na przeloty wewnętrzne: żeby przeżyć także trochę przygód „w trasie” z Dar es Salaam do położonego u podnóża Kilimandżaro Moshi pojechaliśmy autobusem. By wygospodarować czas na Zanzibar wracaliśmy już samolotem Air Tanzania – bilet na lot wewnętrzny kosztowa 476 złotych (w tym cała masa bagaży)

Pakiet startowy w maratonie: nie ma lekko. Za start w maratonie w Moshi jako zagraniczni biegacze musieliśmy zapłacić stawkę międzynarodową. Przyjemność ta wyniosła mnie aż 110 dolarów, czyli 410 złotych. Płaciłem w ostatnim terminie więc drożej, w pierwszym terminie opłata wynosiła chyba około 80 dolarów. Lokalsi i biegacze z krajów sąsiedzkich płacili ok 1/10 tej ceny.

Bilet autobusowy z Dar es Salaam -Moshi: trasa o długości 556 km dobrej jakości lokalnym autobusem kosztowała 40 złotych i trwała od 11:00 do 21:45

Internet: miła niespodzianka – pakiet 10 GB kosztował zaledwie 20 złotych i wystarczył nam na cały 12-dniowy pobyt. Co istotne zasięg mieliśmy praktycznie wszędzie (poza górami). Sam zakup był nieco skomplikowany i średnio miły, ale możecie to zobaczyć w pierwszym filmie z tego wyjazdu.

Hotel w Moshi: w tym mieście położonym w środkowo – północnej Tanzanii zatrzymaliśmy się najdłużej ze względu na lokalizację i maraton. Za cztery doby za skromny pokój bez wygód ale za to z dobrym śniadaniem zapłaciliśmy 80 dolarów na dwóch (20 dolarów za dobę). Podczas wyprowadzania się opłaciliśmy także obiady i kolacje które tutaj zamawialiśmy, łącznie wyszło po ok 230 złotych / osobę / 4 dni. Hotel tani, bez klimy i basenów, trochę słabo położony na rogatkach miasta w brzydkiej dzielnicy – ale obsługa mega sympatyczna no i zależało nam na tym, by dać zarobić lokalsom.

Hotel w Arusha: w tym hotelu nocowaliśmy dwa razy – raz przed wyjazdem na safarii w Serentegi National park i drugi raz po powrocie. Cena pokoju niewiele odbiegającego jakością od prywatnego hotelu w Moshi wynosiła 50 dolarów za dobę / pokój 2-osobowy. Wyszło więc 2 x 50$ na dwóch, czyli mój koszt to 180 pln.

Hotel w Stone City / Zanzibar: ponownie dwie doby. Na Zanzibarze spędziliśmy ostatnie dwie noce i byliśmy już skonani podróżą. Zdecydowaliśmy więc wynagrodzić sobie trudy Afryki lepszym hotelem – miał cztery gwiazdki, świetną lokalizację, basen, widoczki itd. Pokój może i mały ale za jedyne 220 złotych za dobę a w mega centrum starego miasta. Jako że było nas dwóch, to na osobę wyszło więc po 220 złotych za dwie noce.

Wyprawa na Mount Meru: cóż – dzicz, dżungla, z własnymi tragarzami, kucharzem, przewodnikiem, kelnerem… Koszt 3-dniowej wspinaczki na dziesiąty szczyt Afryki to 707 dolarów od osoby. I żeby nie było, że luksus kosztuje to zaznaczam, że ponad 500 dolarów z tej kwoty to sama cena wejścia do Parku Narodowego Arusha. Wydałem więc na tę przygodę 2.650 złotych. Jednak było warto!

Safari w Serengeti + Krater Ngorongoro: parki narodowe w Tanzanii są koszmarnie drogie. Za kolejną 3-dniową wyprawę zapłaciliśmy po 745 dolarów od osoby. Ponownie przytłaczający koszt to zezwolenie na pobyt w parku. Samo zjechanie samochodem do krateru Ngorongoro to o ile dobrze pamiętam 295 dolarów / dobę. Tych kosztów nie unikniecie jeżeli chcecie coś zwiedzić z Tanzanii – tu są lwy, słonie, czarne mamby… wszystko co zabija – sami bez przewodników i myśliwych nigdzie nie wejdziecie. Tutejsze parki to absolutnie nie jest piesza wycieczka po Bieszczadach. Zapłaciłem więc kolejne 2.850 złotych…

Taksówki: z lotniska na Zanzibarze do hotelu (12 km) i później powrót: 2 x 15 dolarów. Taksówka z lotniska w Dar es Salaam do miasta (ok. 30 km) – 30 dolarów. Taksówka motocyklowa z Moshi (ok. 7 km) – 1 dolar.  Taksówka z Arusha na cmentarz uchodźców Polskich w Tengeru: ok 30 dolarów (w tym przejazd później na lotnisko – łącznie ok 40 km). Na takie przejazdy wydaliśmy więc około 70 dolarów na dwóch, czyli po 130-140 złotych. Wyprawy na safari i w góry rozpoczynały się w hotelach (tutaj podjeżdżała po nas ekipa autem terenowym) więc przejazdy nie wygenerowały dodatkowych kosztów.

Wyprawa do gorących źródeł Hot Springs Moshi: wynajęty kierowca z własnym autem na ok 6 godzin, w tym bilet wstępu – 50 dolarów na dwóch, czyli po 95 złotych.

Test na covid-19: niestety w trakcie naszego pobytu linie lotnicze Qatar Airways zmieniły politykę i by wrócić ich lotem do Polski musieliśmy przedstawić wyniki 72-godzinnego testu. Było z tym dużo biegania i nerwów. Koszt: ok 430 złotych / osobę.

Ubezpieczenie: łącznie na ten cel (14-dni) wydałem jeszcze w Polsce 230 złotych w tym na wspinaczkę na Mount Meru ubezpieczenie od sportów ekstremalnych.

Dodatkowy sprzęt: niezbędny do wejścia na Mount Meru wynajęty w wypożyczalni na miejscu – 10 dolarów, czyli ok. 35 złotych.

Premia dla tragarzy czyli tzw. tip: 200 dolarów na Mount Meru i 120 w Serengeti na dwóch, czyli po 620 złotych od osoby. Co to jest takiego tip – o tym przeczytacie obok.

Zjazd terenówką z Mount Meru na dół: taka mała łapóweczka dla strażnika z parku, dzięki której biały człowiek mógł po nocnej wspinaczce na 4600 m.n.p.m. wygodnie zwieźć swój tyłek z 2500 m na dół do wejścia do parku. Oszczędność 11 kilometrowego kolejnego marszu kosztowała 20 dolarów, czyli powiedzmy 40 złotych od osoby.

Restauracje: raczej unikaliśmy – żywiliśmy się śniadaniami w hotelach i tym co kupiliśmy na ulicy. Raz w kawiarni wydałem na trzy kawy jakieś 20 złotych.

Zdjęcie: raz też zapłaciłem w dziczy dziewczynom z plemienia Masaj za zrobienie wspólnego zdjęcie. Koszt: dolar.

Za głupotę się płaci: zostawiłem na lotnisku notebooka (w zamkniętym bankomacie). Jego odzyskanie i przesłanie go moim śladem 560 kilometrów w głąb Tanzanii kosztowało mnie… 160 dolarów. Czyli ekstra wydatek 600 złotych z własnej winy.

Whisky i takie tam: ok 80 złotych na dwóch

Leki malaryczne: paczka Malarone kupiona w Polsce – 180 złotych.

Żywność i pierdoły spożywcze: wydałem około 200 złotych przez cały pobyt.

Pamiątki i głupotki: dodatkowe około 150 złotych.

Podsumowanie: jak sami widzicie wyprawa kosztowała mnie koszmarne 13.300 złotych. Cena przeraża. Nawet jeżeli podzielimy to na 14 dni to i tak wychodzi po niemal tysiąc złotych za każdy dzień takich wakacji.