Wieś jakich tysiące i historia jakich tysiące. Dokładna lokalizacja nie jest tym razem zbyt istotna bo wioska ta może znajdować się dosłownie wszędzie: takich jak ona wciąż są setki w każdym z województw. Środkiem wsi biegnie droga: po jednej jej stronie niewielkie dwu-trzy kondygnacyjne bloki pracownicze a po drugiej PGR. A raczej to co z niego pozostało: chylące się ku ziemi budynki, puste place i rdzewiejące maszyny.

Pierwsze kroki kieruję ku lokalnemu sklepikowi. Tutaj właśnie powinno się udać zasięgnąć języka – to w tym miejscu krzyżują się od lat ścieżki każdego mieszkańca wioski. Dowiaduje się że PGR-u już dawno nie ma. Główna brama wjazdowa zamknięta na głucho, park oddzielający przedsiębiorstwo od wsi gęsto zarośnięty. Zewnętrzna linia budynków produkcyjnych krzywo pochyla się nad biegnącym wzdłuż wsi chodnikiem. Widok zniechęca – choć akurat na mnie działa to jak wyzwanie. „Niech Pan idzie od tyłu, tam jest brama otwarta, może tam kogoś Pan spotka” – mówi na odchodne sprzedawca.

Mijam zawaloną dyżurkę i wjeżdżam polną drogą na teren zakładu. Po mojej lewej stronie ciągną się długie magazyny z burego, okropnego pustaka. Pod koniec lat 80-tych na pustaki panował istny boom – dużo tańsze i prostsze w produkcji niż wypalana cegła. Jak kraj długi i szeroki powstawały wytwórnie pustaków: piach spod lasu, betoniarka, kilka żelaznych formy – zalać, odczekać dwa dni i pustak gotowy. Nikt wtedy nie myślał jednak o odporności takiego produktu na warunki atmosferyczne. Efekt widziałem już wielokrotnie: szeregi niskich, rozpadających się ścian z wietrzejącego pustaka. Wystarczyło trzydzieści lat by budynki stały się ruinami.

A jednak ktoś z tej rudery wychodzi do mnie. Pytam co to za miejsce, kto jest właścicielem – chciałbym zrobić trochę zdjęć i porozmawiać. Posłuchać historii. Zebrać tutejsze opowieści. Mój rozmówca okazuje się najemcą, niewiele wie, robi remont z synami więc trudno mu cokolwiek powiedzieć. Ale właściciel urzęduje dalej, w największym budynku, tam gdzie pałac i gorzelnia. Tam ma biuro, mogę jechać, zawsze jest u siebie.

Kilkaset metrów dalej ponownie wysiadam z auta. Porzucone traktory, zdezelowane maszyny, ciągi budynków hodowlanych – kiedyś pełnych zwierząt, dziś z dziurawymi dachami i pustymi wnętrzami. Drogę przebiega mi kocica – całe szczęście nie czarna. Zerka podejrzanie jakby ostrzegając: „pod nieobecność psów ja tutaj stróżuję!”. Gruba, kotna, wyjada z miski grube pajdy smalcu.

Witam się z właścicielem. Pan Adam rządzi tu już kilkanaście lat, choć te rządy miały różny charakter. Najpierw jako dzierżawca, potem najemca, raz tej raz innej części terenu. W końcu właściciel na dobre i złe. Raczej na te złe. Rozmawiamy i zaczyna się pisać historia.

Państwowych Gospodarstw Rolnych powstało w Polsce kilka tysięcy. Miały różne statusy i formy prawne. Wbrew pozorom wraz z nowymi pomysłami władz na poprawę wydajności wciąż ewoluowały aż do samego końca swojego istnienia. PGR do którego trafiłem zatrudniał w latach świetności 130 osób. Stanowił część większego kombinatu produkcyjnego w którym zatrudnienie znalazło łącznie prawie tysiąc osób. Głównie hodowano owce i krowy, choć jednym z ważniejszych produktów był także spirytus pędzony w części zajmowanej przez gorzelnię.

Gdy podczas transformacji ustrojowej na początku lat 90-tych Państwowe Gospodarstwa Rolne straciły rację bytu – jak w wielu innych przypadkach – stworzono tutaj Spółdzielnię Pracowniczą. Ładnie brzmiące hasła o oddaniu majątku w ręce pracowników szybko okazały się wydmuszką i pułapką. Dotychczasowi pracownicy PGR-u otrzymali w zarząd nierentowny zakład a wraz ze starzejącymi się budynkami odziedziczyli długi oraz problemy infrastrukturalne. Na domiar złego nie byli zupełnie przygotowani do pracy „na swoim”. Szybko zabrakło więc pieniędzy na cokolwiek, w tym na wypłaty. I choć spółdzielnia pracownicza miała do dyspozycji 450 hektarów ziemi, to nie było za co jej uprawiać – ani jak sprzedawać plonów na dobrych warunkach.

Były jednak krowy. Pięćset sztuk. Szybko ktoś wpadł na pomysł, że skoro brakuje na wypłaty to sprzedajmy kilka krów i będzie za co żyć. W dwa lata pogłowie krów spadło w ten sposób do zera i spółdzielnia zbankrutowała a jej zadłużony majątek wrócił do Agencji Własności Rolnej.

Agencja oczywiście starała się jak w setkach tego typu przypadków coś z tym ciężarem zrobić. Nie chodziło przy tym o jakąś konkretną wizję czy rachunek biznesowy. „Niech to po prostu ktoś weźmie” – obojętnie kto i obojętnie po co. Zaczęła się szybko karuzela dzierżaw, najmów, sprzedaży, odsprzedaży, komorników, zarządców, syndyków i wypożyczeń. Kto, od kogo i za ile – w tym nie rozeznają się już nawet najstarsi mieszkańcy wsi. A może i rozeznać się nie chcą bo to bolesne wspomnienie.

– Kupowali to ludzie, których nigdy na oczy nie widzieliśmy i nigdy nie zobaczyliśmy – opowiada jeden z mieszkańców – Chwilę później i tak ktoś inny już się tu znajdował, wynajmował, podnajmował, bankrutował i znikał. I znikały sprzęty które znajdowały się terenie przedsiębiorstwa.

– Niech Pan sobie wyobrazi – dodaje drugi – agencja wynajmowała komuś jakiś kawałek terenu, ten ktoś trochę posiedział, porobił i rezygnował. Teren wracał do agencji ale już bez niektórych zdemontowanych urządzeń i ze zniszczonymi budynkami – bo przecież najemca nic nie inwestował. Wszystko było w coraz gorszym stanie. A co z ruchomości dało się sprzedać to najemca posprzedawał.

– Przyjechał nawet spadkobierca z Niemiec. Przed wojną był tu wielki majątek ziemski z którego później zrobiono PGR. Chciał kupić, odzyskać, coś zrobić – nie wiadomo. Niby coś ktoś z nim rozmawiał, ale nagle agencja sprzedała, czy może wynajęła teren komuś innemu i było po sprawie.

Opowiada Pan Adam:

– Najpierw wynajmowałem ziemie od Agencji Własności Rolnej, potem te budynki. W końcu po tych wszystkich perturbacjach udało mi się to kupić. Plan był taki: w pałacu i w parku chciałem urządzić centrum rozrywki, klub, restauracje, może mały hotel. Pałac jest piękny choć już wtedy wymagał remontu. Chciałem by z pobliskich miast autobusy za darmo przywoziły tutaj klientów i odwoziły, a zarobek byłby z utargu. Wesela, zabawy, dobre jedzenie. Ale skąd na to wziąć pieniądze?

– Później w wypadku zginął mój syn. Wtedy odpuściłem, wszystko straciło dla mnie na znaczeniu. Zrezygnowałem bo dla kogo mam to robić? Syn się w to mocno angażował, młody, ambitny, rwał się do tego pomysłu, chciał mieć tu własną firmę. Ale zginął tragicznie.

– Wszystko idzie w ruinę – opowiada kolejny mieszkaniec wsi. – Kiedyś był tu piękny park, kombinat w pałacu otworzył przedszkole, ponad połowa mieszkańców tu pracowała. Blisko było, oby przez drogę przejść i byliśmy w robocie. Wcześniej były tu tylko czworaki ale zakład pobudował bloki mieszkalne. Tamte co Pan widzi to jeszcze w latach osiemdziesiątych stawiano. A te ostatnie tu bliżej to już pracownicy PGR-u sami kończyli bo przedsiębiorstwo nie miało pieniędzy. Za własne kończyliśmy budowę. Bloki – wyobraża Pan sobie? Sami je wykańczaliśmy. Klatki robiliśmy, malowaliśmy.

– Były autobusy do miasta, były deputaty, trzynastki, mleko, w szkole obiady dla dzieciaków. Jak PGR padł to wszyscy poszli na zwolnienie. Naliczono nam emerytury ze składek, ale deputatów nikt w to nie wliczał. A przecież prawie połowę wynagrodzenia pracownicy rolni dostawali w towarze i świadczeniach. Tak się z nami PGR rozliczał więc to był nasz zarobek. Ale do wysokości emerytur nikt tego nie wliczył więc zostawiono nas z ochłapami mimo że całe życie pracowaliśmy. A niech mi Pan powie – przecież ja nie jestem temu winny że wypłatę w węglu i mleku dostawałem? 

– Wszystko popada w ruinę a przecież nie da się zarobić tyle by zostało jeszcze na naprawy – wraca do rozmowy Pan Adam. – Widzi Pan ten komin? Najdłużej trzymałem w działaniu gorzelnię. Aż do 2017 roku! W dwóch wielkich kadziach miesięcznie sto tysięcy litrów spirytusu pędziliśmy. Sto tysięcy! Wyobraź Pan sobie że z  całej okolicy odbieraliśmy tony starego chleba, ciastek, zepsutej pszenicy, kartofli, spleśniałych bułek. Przecież z tych resztek nic się już nie zrobi, nawet świniom dać nie można bo przepisy. A my to braliśmy od firm i do kadzi. Spirytus nam wychodził 96-99 procent. A teraz? Teraz okoliczne sklepiki na śmieci muszą wyrzucać wszystkie resztki bo nawet chleba po terminie bezdomnym rozdać nie można.

– Wie Pan czemu gorzelnia padła? Agencja skupowała od nas spirytus po 1.70 złotego za litr. W sklepie litr wtedy jakieś 90 złotych kosztował. A przecież oni to co od nas kupili to jeszcze rozcieńczali. No i z nowym rokiem powiedzieli nam że teraz będą płacić tylko 1 złoty za litr. Jak się nie podoba to droga wolna, z zagranicy sobie sprowadzą. I co ja miałem zrobić? Z kim wygrać? Gdzie Państwo ma nas gospodarzy jak na takie coś pozwala? Z zagranicy teraz spirytus sprowadzają. A tu wszystkie gorzelnie padły.

– Żeby móc odnawiać budynki i linię produkcyjną musiałbym litr spirytusu sprzedawać po 3 złote. I tak powiedziałem na spotkaniu producentów z odbiorcą. Bo litr za 1.7 złotego to tylko na koszt produkcji i wypłaty wystarcza. A przecież maszyny się starzeją. To mnie wyśmiali i miesiąc później powiedzieli: 1 złoty. A w sklepie dziewięćdziesiąt.

Widzę że trudno Panu Adamowi o tym opowiadać. Stoi pośrodku zabudowań w których spędził ostatnie lata. On i nikogo więcej. Dookoła hektary, po drugiej stronie wieś pełna ludzi, a tu pusto – pracy nie ma. Droga która kiedyś łączyła teraz dzieli pracowników od pracodawcy niczym rzeka.

– Jeszcze jak była gorzelnia to zatrudniałem 23 osoby, chociaż tyle. A teraz? Nikogo. Sam zamiatam, kot pilnuje obejścia. Są kamery, ale po co one teraz jak każdy w masce chodzi. Jak okradają to policja nawet nie ogląda zapisu bo i tak nikogo nie zidentyfikuje.

– Wynająłem co mogłem, te chlewnie. Tam teraz są świnie, taki jeden hoduje je ale nie na własne, tylko jakaś zagraniczna firma daje mu świnie, on się opiekuje, karmi, a oni potem je sprzedają na mięso gdzieś na giełdach. Ci producenci świni na oczy nie widzieli, ale że niby one ich są a on tylko obsługuje proces hodowli. Nawet to, te świnie rolnikom zabrali i już nie są ich – rolnika teraz tylko wynajmują żeby gnój przerzucał. Niestety tam Pan nie wejdziesz porozmawiać, nikt nie wejdzie bo przepisy. Jak Pan wejdziesz to kwarantanna. Widzi Pan ten płot, siatkę? Taka szczelna? Jak lis wejdzie, sarna czy zając, to od razu kwarantanna i zaraza świńska. Jakby wszedł dzik to wszystko by trzeba wybić, całe stado. Tylko jak kotu powiedzieć żeby nie lazł? Przecież my na wsi jesteśmy.

– Gdy mi kazali po 1 złoty spirytus sprzedawać, to pokazałem im palec i sprzedałem co się dało. Maszyny, piec, beczki, kadzie, rury. Nie będę na czyjeś robił i jeszcze dopłacał. Chce Pan coś kupić? Wszystko na sprzedanie, za pół ceny oddam. Okna? Drabiny? Drzwi? Co Pan potrzebuje. Nawet te wozy strażackie na sprzedanie. Za pół ceny choć historyczne.

Mieszkańcy wioski wspominają lepsze czasy. To było inne życie, choć już tak przecież dawno temu. Nie pamiętają nawet kiedy zamknięto przedszkole w Pałacu, a miało to miejsce w połowie lat 90-tych. Jedni mówią że to był 1992 a inni, że jeszcze w 2005 działało. Czas szybko zaciera ślady, pamięć szwankuje. Wspominają za to zabawy w Pałacu – „oh to były zabawy!” Ale mi obcemu żadnych szczegółów opowiedzieć nie chcą. A może po prostu za słabo pytałem. Bo otworzyć się przed kimś z zewnątrz nie jest łatwo. Zwłaszcza tutaj, na wsi.

Nie wiem jak to się dzieje ale zwykle w zwiedzanych budynkach znajduję dokumenty przez które spoglądam w przeszłość. Dokumenty które leżą kilkadziesiąt lat jakby czekając na moją wizytę. Nie inaczej jest tym razem. Na poddaszu jednego z budynków gospodarczych, na samym środku drewnianej podłogi leży skoroszyt. Zakurzony, wśród trocin i pyłu. Byłbym zdziwiony – ale już się przyzwyczaiłem: historie chcą być opowiadane i czekają by ktoś się nad nimi pochylił. Potrafią być cierpliwe i czekać przez dziesięciolecia…

Protokół kontrolny, 1986: „Polecam natychmiast dokonać dokładnego sprzątnięcia w magazynach zbożowo-paszowych. Pasze treściwe przechowywać na paletach. Uzupełnić w magazynach sprzęt p/pożarowy tj. wodę, piasek, łopaty.”

Protokół kontrolny, 1989: „Z przeprowadzonego społecznego przeglądu warunków pracy w zakładzie […] działając na podstawie art. 237 Kodeksu Pracy oraz Uchwały Zarządu NSZZ PPGR w składzie […] przeprowadzono w dniu 1989-05-10 społeczny przegląd warunków […] i stwierdzono…”

„Zwracamy się z prośbą do Ob. Dyrektora o umożliwienie nam zakupu z Waszego zakładu worków polietylenowych po nawozach. Wobec występujących często przypadków niszczenia worków wdzięczni będziemy Ob. Dyrektorowi za zwrócenie uwagi podległym pracownikom. Prosimy o informację na jaką liczbę worków możemy liczyć teraz i w przyszłości…”

Po podwórkach i w bocznej drodze biega dużo dzieci. „Dzień dobry!” wołają i machają za mną. Grzeczne, ciekawskie, bystrzaki. Gdy zwiedzam jakieś miasta żadne dzieci nigdy nie wołają za mną „Dzień dobry!”. W mieście dzieci boją się obcych dorosłych. Na wsiach jest inaczej, tak jakby… normalniej.

Spacer po opustoszałych budynkach PGR-u zajmuje mi dwie godziny. To jednak nie koniec tej historii: zatrzymuje się w parku, na wprost Pałacu. Drzwi zamknięte na głucho ale jedno z okien otwarte na oścież. Dokładnie na wysokości mojej piersi. To co znajdę wewnątrz… Ale to już historia na kolejną opowieść.