Pierwszy raz Jezioro Kandy zobaczyłem… na bramie ambasady Kazachstanu w Warszawie. Kilkumetrowej wielkości zdjęcie wisiało jak równy z równym obok fotografii przedstawiającej kosmodrom w Bajkonurze. Szczerze mówiąc, to przez chwilę nie wiedziałem na które z nich patrzeć! W końcu sfotografowałem telefonem wszystkie zdjęcia reklamujące ten kraj (było ich tam łącznie pięć albo sześć sztuk) i postanowiłem w domu sprawdzić „gdzie leżą te cuda natury”. Gdy wieczorem usiadłem do komputera nieco oklapłem: z Nur-Sułtan – w którym  mieliśmy lądować – do Jeziora Kandy było prawie dwa tysiące kilometrów. A to pech!

Przygotowania do podróży nabierały jednak z każdym dniem tempa. Gdy dowiedzieliśmy się, że nasze wnioski wizowe zostały pozytywnie rozpatrzone, przyszedł czas na przygotowanie trasy wyprawy. Okazało się, że tak czy inaczej musimy jechał na południe Kazachstanu – do starej stolicy, Ałmaty. Ten 1400-kilometrowy odcinek podróży postanowiliśmy pokonać pociągiem. Na miejscu, w promieniu zaledwie kilkuset kilometrów, znajdowało się pięć miejsc do których chcieliśmy dotrzeć, w tym Jezioro Kandy.

W Ałmatach wynajęliśmy samochód, by zwiedzić Park Narodowy Kolsai. Jest to miejsce, do którego dotrzeć można wyłącznie samochodem terenowym — choć gdy się bardzo chce, można i zwykłym (co możecie zobaczyć na filmie). Jedziemy przez góry, przejeżdżamy w bród przez rzeczki, gdyż proste, drewniane mostki są zwykle zerwane przez częste tutaj powodzie.

Dotarcie do Kandy zajęło nam trzy dni. Po drodze poszukiwaliśmy polskich cmentarzy w mieście Tałgar, odwiedziliśmy Kanion Szaryński oraz Jeziora Kolsaj I i Kolsaj II – możecie zresztą poczytać o tym na blogu. Trzeciego dnia wieczorem, poszukując paliwa do auta, stanęliśmy na malutkiej stacji benzynowej w miasteczku Saty. Od jeziora Kandy dzieliło nas już tylko 20-25 kilometrów.

Słońce zachodziło i szybko zapadał zmrok. Na stacji wyszedł do nas jakiś Rosjanin, którego początkowo wzięliśmy za jej pracownika. Szybko wyprowadził nas z błędu: stacja była zamknięta.

– Jedziecie może do Ałmat?

– Nie, dopiero co przyjechaliśmy. Jedziemy nad jezioro Kandy.

– Szkoda. Ja jadę do Ałmat.

– A o której masz autobus?

– Nie ma autobusów. Czekam aż ktoś będzie jechał w tamtym kierunku.

Popatrzeliśmy na siebie z Pawłem. Dziwna sprawa. Rosjanin miał ze sobą dwie spore walizki, zapadała noc, a on czekał na stopa na zamkniętej stacji. Szanse, że coś złapie były zerowe. Zwłaszcza, że do Ałmat było dobre 200 kilometrów. Przejechaliśmy kilkaset metrów, ale zrobiło nam się żal człowieka. Zawróciliśmy.

– Jutro gdzieś tak koło południa będziemy tędy wracać. Jak nie znajdziesz transportu, to chętnie Cię zabierzemy. Ok?

– Wspaniale! To ja siedzę tutaj i na Was czekam!

Twarz mu się rozpromieniła. Kurde! Miał przed sobą dobre 16 godzin czekania, a taki był zadowolony. Niesamowite. Kiedyś czekałem na pociąg na dworcu w Warszawie 6 godzin i myślałem, że oszaleję.

Ruszyliśmy górską, krętą, piaszczystą drogą. Wg nawigacji mieliśmy do pokonania jeszcze jakieś 20 kilometrów, choć urządzenie pokazywało nam, że żadnej drogi tutaj nie ma. Ale kierunek się zgadzał. Pamiętacie taki wierszyk, którego uczyliśmy się w przedszkolu? „Przeszedł zajączek i powstała ścieżka. Przeszła sarenka i była dróżka. Przejechał rower i zrobiła się droga. Przejechało auto i powstała ulica” – jakoś tak to leciało. No więc naszą drogą, tą którą jechaliśmy nad jezioro, przeszedł może zając – ale już sarenka miała to w dupie i poszła gdzieś indziej.

W dodatku szybko zrobiło się ciemno. O 18:30 zapadł zmrok.

Widzę w oddali zbliżające się światła jakiegoś samochodu. Po chwili z naprzeciwka podjeżdża biała terenówka. Zatrzymuje się, my też. Szyby w dół, pełna gangsterka. W środku siedzi spory gabarytowo facet i jakaś dziewucha.

– Heloł, my dobrze jadu do oziera?

Rosjanin popatrzył na naszą Dacię Duster 1.0 i śmiechnął jak fretka. Jego auto było męskie, terenowe, z wysokim zawieszeniem. My szuraliśmy podwoziem na każdej kępie krzaków i kamieni, on je po prostu wbijał w grunt. No i po jego prawicy siedziała jakaś seksowna laseczka. Spojrzałem przez moje prawe ramie. Paweł drapał się za uchem. Prawda była taka, że nie stać nas było na terenówkę. Ceny w wypożyczalni za takie auto były dwa i pól raza wyższe, niż za naszą skromną osobówkę z napędem na dwa koła. Zresztą, na taką Rosjankę też nas nie było stać.

– Da, dobrze.

– A dojedziemy tym autem?

Tym razem śmiechła, a raczej parsknęła jak koń, Rosjanka.

– Da, Wy dojadu, dojadu 🙂

Kilkadziesiąt minut później droga nam się skończyła definitywnie – chociaż pokonaliśmy dopiero trzy kilometry. Na wprost nas jakiś płot, po prawej góry, a po lewej rzeka. Utknęliśmy. W dodatku ciemno jak u afroamerykanokanadyjczyków.

Wysiadłem z auta i gapię się na wszystkie strony. Założyłem na głowę czołówkę, świecę sobie pod nogi i szukam tej cholernej drogi. Najwyżej prześpimy się tutaj w aucie i rano się zobaczy. Już mieliśmy wyjmować z bagażnika śpiwory, gdy z ciemności wyłonił się jakiś starszy Kazach. Na każdym końcu świata jak utkniesz w środku nocy na zupełnym pustkowiu, to zawsze, ale to zawsze ktoś taki się wyłania. 

– Wy kuda?

– Do Kandy Oziera. Jest tu kakaja daroga?

– A da, jest. O tam!

Patrzę. Urwał, rzeka. Stary oślepł czy coś. No przecież rzeka, woda płynie, mostu nie ma, drogi nie ma.

– No gdzie? Za rieką?

– Da. Wy rieką pajechali maładcy.

Jak urwa, mamy rzeką jechać? Poszedłem szukać tej drogi na brzegu. Coś jest, jakieś ślady w błocie, ale prowadzą do rzeki i koniec. Stary podszedł, pokazuje: trzeba po dnie rzeki dalej jechać, po kamieniach. Głęboko nie jest, po łokieć. Szlag jasny by go.

Tą rzeką, to powiem Wam, nawet dobrze się jechało. Dziesięć minut później byliśmy pięćset metrów dalej, i nawet udało nam się wyjechać na drugi brzeg. Dacia Duster 1.0 rządzi!

Jedziemy 5 km na godzinę i kołyszemy się na boki. Podwozie miauczy, szorujemy po głazach wielkości piłki nożnej. Reflektory pokazują co przed nami: półmetrowe doły, kałuże, głazy. Kilka razy zatrzymujemy się by połazić dookoła i upewnić się, że to jednak droga a nie zbocze góry. Najgorsze są kałuże, ich głębokość zawsze jest zagadką póki do nich nie wjedziesz.

Pojawia się znowu nasza rzeka. Ale tutaj jest jakaś taka narowista, głębsza i o szybkim nurcie. Na drugi brzeg jakieś dwadzieścia metrów. Jest ciemno, drewniany mostek zarwany, od razu widzę że głęboko. Dookoła krzaki po dwa metry, ani objechać, ani się cofać. No to koniec, nie przejedziemy.

Patrzę, a z przodu światła. Jedzie marszrutka, czyli taka tutejsza niezniszczalna dostawcza Nysa. 22 w nocy, a tu jedzie sobie bus osobowy. Podjeżdża do rzeki i chup do wody! Woda po koła, zalewa światła, strumień niemal wlewa się do środka przez opuszczone szyby pasażerów. Ale busik rwie do przodu jakby przed diabłem uciekał. Warczy, stuka, kierowca klnie, ale busik daje radę. Po chwili jest na drugim brzegu. Przez drzwi wylewa się woda. Nawet nie zwolnili, nie zwrócili na nas uwagi, pojechali dalej.

Patrze nieco ogłupiały. Urwał mać. Trzeba jechać, jak on przejechał to przecież i my damy radę.

– Paweł bierz kamerę, idź na brzeg, będziesz kręcił przeprawę!

– Nigdzie nie idę. Jak później na drugi brzeg się dostanę? Nie będę w nocy pływał!

No fakt.

– To trzymaj kamerę w łapie, wystaw przez okno.

– Ale pamiętasz, że to auto z wypożyczalni, nie nasze? – pyta Paweł.

– No masz rację. Bez sensu. Zobaczymy rano.

– Jak rano? No przecież mówię, że nie nasze. Jedź!

Cały Paweł. Nie je mięsa, nie biega, bić się nie umie. Taki pacyfista na sto pięć procent. Ale ma dwa metry wzrostu, więc dobrze obciąża auto, a i wspiąć się po nim w razie czego można gdzieś wyżej. Jedziemy!

Kierowca ze mnie taki, jak łowca niedźwiedzi. Czyli żaden. Gaz do dechy, ale nie za mocno, bo się boję. Oczy przed siebie i prujemy. Dopiero na drugi dzień, jak wracaliśmy tą samą drogą zauważyliśmy, że należało jechać łukiem, tam płycej – i tak właśnie pojechała ta marszrutka. My tymczasem wjechaliśmy na wprost, najkrótszą drogą, prosto w głębinę. Dacię zalało po maskę, trochę poszła do góry i jakoś tak z rozpędu podpłynęła pod drugi brzeg. Złapała w ostatniej chwili oponami pierwsze kamienie i jakoś, jakoś, wyjechała. Z silnika poszły takie dymy pary wodnej, że można byłoby obierać kurczaki. 

Po tej przeprawie byliśmy już panami świata. Nic nie mogło nas zatrzymać. Ani ciemności, ani dziury, ani jakieś konie które nie wiadomo skąd się wzięły. Zatrzymał nas dopiero szlaban. Surrealistyczny, bo nic nie widać, nawet drogi, a tu szlaban – jak my na niego trafiliśmy jadąc na przełaj łąkami? Nie wiem do dziś. W dodatku szlaban był zamknięty.

Już mieliśmy objechać go bokiem, gdy zmaterializował się kolejny nocny Kazach. Co oni robią nocami, spania nie mają? Zbliżała się już chyba północ.

– Wy kuda?

– My turysty, nad oziero chacziemy,

– Da, bilety trzeba!

No patrzaj Pan. Jak trzeba było auto nasze na drug brzeg rzeki przenieść, to żadnego nie było. A jak wszystko się dobrze układa, to od razu szlaban i bilety. Było tak ciemno, że faceta to nawet nie widziałem. Zapłaciliśmy chyba po 8 złotych od osoby. Pytamy jeszcze, czy się tu gdzieś da przespać? Możemy w stodole, na podłodze, mamy śpiwory i namiot. Dowiadujemy się, że 3 kilometry dalej są jakieś jurty, i żebyśmy tam spytali. Jak do nich dojechać? Tam, trzeba, po śladach – pod górkę, a później w prawo.

Te ostatnie kilometry ciągnęły się i ciągnęły. W końcu kilkaset metrów przed jeziorem światła reflektorów pokazują jakieś samotne zabudowanie. To jurty – kilka tradycyjnych namiotów idealnych dla koczowników. Ciemność gór jest tak wielka, że gwiazdy aż rażą w oczy. Nawołujemy z nadzieją, że uda nam się znaleźć jakiś nocleg, lub chociaż kawałek podłogi. W końcu poddajemy się i rozkładamy śpiwory na siedzeniach naszego samochodu.

Ktoś tu jednak żyje. Po chwili obok nas materializuje się staruszka. Pyta, czego chcemy. „My turisty z Polszy, chacziemy spać”. Staruszka zastanawia się kilka minut. W jurcie dla gości są jacyś Francuzi, po szybkiej konsultacji nie zgadzają się, byśmy mogli spać razem z nimi. Zresztą — rano znikną, nie powiedziawszy nawet do widzenia. A tacy europejscy byli, mistrzowie używania widelców ich mać. Staruszka martwi się nad naszym losem, a gdy widzi, że rozkładamy się w aucie, każe nam iść za sobą. Oddaje nam swoją jurtę, a sama przenocuje w kuchni. Dowiemy się o tym jednak dopiero rankiem, gdy cokolwiek będzie można dostrzec w tych całkowitych ciemnościach.

W nocy okazuje się, że mamy towarzystwo. Do jurty wlazły trzy małe kotki, i ganiały się z myszami. Jak się zmęczyły, to wlazły na Pawła i poszły spać. Paweł je zepchnął, więc wlazły na mnie. Milusie. Zepchnąłem je na Pawła. W końcu Paweł jednego niechcący trochę przygniótł i poszły sobie spać obok.

Rankiem nasza staruszka zrobiła nam smaczne, choć skromne śniadanie. Pajda chleba i masło. Kawałek marmolady. Chciała poczęstować nas kawą, ale widzimy, że zostały jej zaledwie trzy saszetki… dziękujemy za ten gest, nie chcąc nadwyrężać gościny. Jak się dowiadujemy ona tylko tych jurt pilnuje – właściciel przyjeżdża tutaj raz na ileś tam dni i przywozi jej wtedy zapas jedzenia oraz butle z gazem. I tak żyje sobie w samotności od wiosny do jesieni, pilnując obozowiska i czekając aż skończy się sezon turystyczny. Zarabia 150 dolarów miesięcznie.

Jest strasznie rozgadana, co nas niezmiernie cieszy bo lubimy gadać w nieznanych nam językach. Rozmawiamy o pandemii. Opowiada, że turystów praktycznie od dwóch lat nie ma. Jest już jesień, zaraz tutaj będzie -30 stopni, więc za dwa dni zwijają jurty i wraca do swojej wsi. Pyta nas, czy widzieliśmy Amerykę? Piramidy? Ona widziała je w telefonie u turystów. I czy to prawda, że w Europie ludzie umierają na COVID? Mówimy, że tak. Że na świecie są setki tysięcy ofiar śmiertelnych. Kręci z niedowierzaniem głową i prezentuje nam lekarstwo, które zaleca rząd: dwa razy dziennie trzeba zjeść cebulę z miodem i dodatkiem, którego jednak nie umiemy zidentyfikować. Jakaś brunatna, ale ładnie pachnąca maziaja.

Opowiada, że żyje sama, bo nie znalazła męża. Nalewa nam wody z wiadra i możemy umyć pyski. Pokazuje gdzie jest sławojka, i którędy nad jezioro. Co nas zaskakuje, ona nigdy nad jeziorem nie była, choć jest do niego niecały kilometr. Nie może tam iść, bo tutaj pracuje i musi wszystkiego pilnować. Proponujemy, że jak chce to popilnujemy gospodarstwa, niech się przespaceruje. Śmieje się tylko, ale dziękuje i odmawia. Na koniec uderza w nas piorun; okazuje się, że nasza staruszka na 54 lata. Jest prawie naszą rówieśniczką.

Jezioro Kandy powstało jakieś sto lat temu na skutek trzęsienia ziemi i osuwiska, które zablokowało bieg strumienia. Woda nie mając gdzie ujść spiętrzyła się, zalała obszar tak na oko hektara, i znalazła sobie nowe ujście. Las, który tutaj rósł usechł – pozostały po nim sterczące z wodzie pnie drzew. Malownicze jezioro położone na wysokości prawie dwóch kilometrów. Jest pięknie, choć dotarliśmy tutaj wczesnym rankiem, więc słońce jeszcze nie radziło sobie z odpowiednim oświetleniem okolicy. Kusiło, żeby się wykąpać, ale było trochę za zimno jak na mój gust – dwa, może trzy stopnie na plusie.

Pogapiliśmy się trochę, połaziliśmy. Czas nas niestety poganiał i trzeba było wracać. Naszej „babci” daliśmy na pamiątkę paczkę krówek z Polski i w dalszą drogę. Następnym punktem programu było Jezioro Aralskie, dwa tysiące kilometrów na zachód.