Mam na imię Franciszek. Urodziłem się w 1936 roku na Kujawach. Jestem sierotą – ojciec był nieznany, a moja mama umarła w 1942 roku. Nie pamiętam jej twarzy… tylko przez mgłę pamiętam jakąś bliskość z kimś, kto przy mnie był jak byłem malutki, i nic więcej. Miałem niecałe sześć lat jak odeszła. Nikt z rodziny nie miał jej zdjęcia, więc nie wiem nawet jak moja mama wyglądała. Dziś mam 86 lat i opowiem o moim życiu, póki jeszcze mam siłę Ci to przekazać…

Urodziłem się w 1936, na trzy lata przed wybuchem wojny, w małym miasteczku. Miałem trójkę rodzeństwa. Najmłodsza siostra zmarła mając roczek, w tym samym roku co mama. Starsza siostra już po wojnie poszła ze swoim synem do lasu na grzyby, to był 1954 rok. Weszli na zakopaną minę; ona zginęła na miejscu, a syn stracił oko i pokiereszowało mu twarz. Miałem jeszcze młodszego brata, Stanisława, ale w 1959 roku wyszedł z domu i nigdy więcej go nie widziałem. Nigdy nie odezwał się do nikogo z rodziny, nigdy nie dał żadnego znaku życia. Miał wtedy 18 lat.

Moje najwcześniejsze wyraźne wspomnienie pochodzi z końca wojny, kiedy to w moim miasteczku toczyły się walki pomiędzy Rosjanami a Niemcami. Rosjanie nacierali, wszystko było bombardowane, a Niemcy się cofali. Bronili się pomiędzy budynkami, ale byli okrążeni i nie mieli gdzie uciec. Wszędzie dookoła były pola i byli dobrze widoczni. Mój wujek schował nas – mnie i brata – w kuchni, pod podłogą, w takiej małej piwniczce. Przez szpary w deskach mogłem widzieć co się dzieje i patrzyłem, bo byłem ciekawy. Do kuchni weszło dwóch Niemców w mundurach; jeden usiadł na takim dziecinnym foteliku z oparciem i spytał tego drugiego, która jest godzina. Ten wyjął zegarek, miał taki przypięty na łańcuszku, i coś mu po swojemu odpowiedział. Wtedy ten siedzący oparł swój karabin pomiędzy nogi o podłogę, lufę podstawił pod brodę i nacisnął spust.

Mózg po ścianach się rozleciał, krew nam płynęła do tej piwnicy i myśmy z bratem z niej wyszli. Wszędzie była krew. A ten drugi Niemiec stał i patrzył na nas. I nagle mówi do mojego wujka po polsku, czysto po polsku: „ja jestem Polakiem, pomóż mi. Ja jestem ze Śląska”. Miał na mundurze swastykę, schował się za drzwi, do takiej wnęki. Wujek chciał mu dać ubranie, żeby się przebrał, żeby zdjął ten mundur. Ale on nie chciał, nie wiem czemu. Po chwili weszli dwaj ruscy, mieli takie długie karabiny, że ledwo się w tej kuchni mieściły. Popatrzyli na zabitego i zabrali mu buty. Potem znaleźli tego schowanego za drzwiami i wyprowadzili. Jak zobaczyli u niego zegarek, to zabili go jeszcze w korytarzu. Patrzyliśmy jak leży w drzwiach do kuchni martwy, a ten zegarek mu ktoś już wyrwał, bo łańcuszek był zerwany. Buty też mu już zdążyli zdjąć i zabrać.

Tutaj to jakiś ślub chyba? Grześka matka? I żona jest, ale to chyba nie moja, czekaj, zobaczę…

Na podwórku leżało dużo innych zabitych Niemców, wszyscy już bez ubrań i bez butów. Tak leżeli na tym podwórku, gdzie mieszkania były i od ulicy, i od środka. Pamiętam, że nikt nie chciał sprzątać tych Niemców. W końcu po kilku dniach znaleźli takiego niedorozwiniętego chłopaka, i on te trupy wiązał po kilka na łańcuchy do koni, za ręce, za głowy, i wyciągał po trzech za miasto do takiej transzei, takiego okopu. Tam ich wszystkich odpinał i nogą spychał w dół. Tam jeszcze dalej były takie rowy przeciwczołgowe pokopane – to w tych rowach było jeszcze więcej tych Niemców pozabijanych. Sterty.

Byłem sierotą i zamieszkałem z moim bratem u ciotki Janki. Po wojnie przyszła taka pani z jakiejś organizacji, i zapytała wujka, jej męża, kim my jesteśmy. On powiedział, że sieroty po  siostrze. Ja już byłem nastolatkiem, pokazała na mnie i spytała wujka czy mogę tu dalej mieszkać. Wujek powiedział, że tak, że mu nie przeszkadzam. Już tam coś w domu i obejściu pomagałem więc się przydawałem. Wtedy pokazała na mojego brata i spytała „a co z nim?” Wujek odpowiedział, że wszystkich nie może utrzymać. Wtedy zabrała mojego brata do domu dziecka. Siostra też była u innej naszej rodziny.

Pamiętam jak chodziłem do szkoły. Dla wszystkich dzieci były śniadania: bułka, kubek mleka. Pewnego dnia nauczycielka powiedziała mi, żebym przychodził na ten posiłek jak już wszyscy zjedzą, bo nie ma miejsca na stołówce dla wszystkich i się nie zmieścimy. Przestałem więc przychodzić, bo nie chciałem być gorszy od innych. Wszyscy jedzą razem, a ja mam sam? Zauważył to po pewnym czasie jakiś inny nauczyciel, wziął mnie do gabinetu i pyta: czemu nie chodzisz na śniadania? Powiedziałem, że nie chcę mi się jeść. Ale on się uparł i dalej pytał. W końcu się rozpłakałem i powiedziałem mu, że mi ta nauczycielka zakazała jeść z innymi, a ja nie jestem gorszy chociaż sierota. I jak tak ma być, to wolę chodzić głodny.

Była awantura, bo ten nauczyciel był chyba kimś ważnym. Nauczycielka przepraszała mnie potem przy całej szkole na takim wiecu. Znowu chodziłem na śniadania, a ona zniknęła z tej szkoły. Nigdy jej więcej nie spotkałem.

Pewnego dnia ciotka Janka z wujkiem wyprowadziła mnie na ulicę i powiedzieli, że oni wyjeżdżają i nie biorą mnie ze sobą. Spytałem kiedy wrócą, a ona że nie wrócą bo wyjeżdżają na zawsze. Potem dowiedziałem się, że wyjechali zasiedlać Gorzów. Zostawili mnie na tej ulicy i nie wiedziałem co zrobić. Miałem na drugim końcu miasteczka inną dalszą rodzinę, i poszedłem do nich pieszo. Bawiłem się w ich obejściu, a gdy zrobiło się ciemno oni mówią, że muszę już iść bo się wujek będzie martwił. Wtedy powiedziałem im, że oni wyjechali i mnie zostawili. Nie uwierzyli, poszli gdzieś, a jak wrócili to już więcej na ten temat nie rozmawialiśmy. Zamieszkałem z nimi, to była rodzina męża siostry mojej mamy. Tak to ciotka Janka mnie zostawiła i wyjechała na „dziki zachód” – tak nazywaliśmy wtedy ziemie odzyskane.

Tutaj ja. Nie, to Marek. Z teściem chyba? Górnik ze Świeradowa, ale nie pamiętam go. Zamknęli kopalnię, chyba do Czech pojechał dalej pracować.

Jak trochę podrosłem, to poszedłem pracować do gospodarstwa rolniczego. Podobało mi się, ale ta praca była tylko przez kilka miesięcy, później nie było nic do roboty. I wtedy poznałem takich dwóch chłopaków spod Łodzi, a oni powiedzieli, że podobno w Szczecinie szukają do pracy przy budowie mostu. Oni byli już tacy doroślejsi niż ja, i umieli jeździć pociągiem gdzie chcieli. Zabrali mnie ze sobą i pojechaliśmy.

W Szczecinie rzeczywiście budowali most na rzece. Od razu nas zatrudnili, bo w Polsce potrzebne były wszystkie ręce do roboty. Mieliśmy takie ogromne maszyny na parę, które wbijały w rzekę słupy. I na tych słupach kładziono most. Jak ten kafar wbijał słupy, to aż się wszystko trzęsło. Takie ŁUP na całą okolicę jakby z armaty. Ludzie się schodzili oglądać jak ten potwór pracował.

A ja lubiłem pracować, i pracowałem. Nie miało dla mnie znaczenia, że od rana do nocy, mogłem pracować i 16 godzin na dobę. Nie miałem wydatków, spanie było w budach, więc szybko nazbierałem trochę pieniędzy, za które kupiłem sobie zegarek. To była radziecka Pobieda. Wszyscy mi zazdrościli, a jak jeden z kolegów jechał do domu na kilka dni, to pożyczył ode mnie ten zegarek, żeby się nim pochwalić rodzinie że to niby jego. Pamiętam, że bardzo długo nie wracał, i w końcu ja sam pojechałem do niego po ten zegarek. Okazało się, że przepił wszystko razem z tym moim zegarkiem bo lubił wypić.

Na tej budowie w Szczecinie odnalazło mnie wojsko. Nigdy nie chciałem iść do wojska, to było dla mnie straszne. Wojskowa Komenda Uzupełnień z mojego miasteczka nie wiedziała gdzie jestem, nie wiedzieli gdzie mieszkam. Ale w tym Szczecinie mnie znaleźli. Od razu wsadzili na nocleg, a rano do wojska. Pytałem gdzie pojadę, to powiedzieli, że dowiem się rano. Wtedy było tak, że można było trafić gdziekolwiek, a mnie wysłali do Stargardu Szczecińskiego, pod sam nos.

Pamiętam ślubowanie w jednostce. Było to dla mnie bardzo trudne, bo nikt do mnie nie przyjechał. Kto przyjedzie tak daleko na ślubowanie do sieroty? Po ślubowaniu wszyscy dostali wyjściowe z rodzinami, a ja zostałem sam na placu. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem do kina. A tam kartka, że nie ma biletów.

Zobacz, z wojska. Nie poznaję już ich. Nie podpisane na odwrocie zdjęcia? Sprawdź proszę, może podpisane?

Wszystko było wyprzedane, bo wtedy dużo ludzi do kin chodziło. Przyszedł jakiś konik, i mówi że ma bilet. Ale płatne potrójnie. Nie miałem pieniędzy więc sobie poszedł. Przyszedł drugi, i to samo. Patrzył na mnie przez okienko w kasie taki mężczyzna, w końcu wyszedł do mnie i mówi „jesteś w mundurze, chodź, wejdziesz za darmo”. I wprowadził mnie na sale. Nie pamiętam filmu, ale jak on się skończył to dalej siedziałem i patrzyłem w ekran. Nagle się otrząsnąłem; patrzę a ja mam czapkę żołnierską w rękach. Przez chwilę nie wiedziałem o co chodzi. Tak się na ten film zapatrzyłem, że zapomniałem o tym, że jestem w wojsku. Pamiętam, że się popłakałem z tego powodu. Siedziałem w pustym kinie i płakałem.

W grudniu, zaraz przed świętami, wysłali nas na poligon. Było bardzo mokro bo zima była taka pamiętam błotnista. No i mieliśmy takiego kaprala, co kazał nam iść przez pole. A że byłem trochę sprytny, to jako jedyny przeszedłem suchy i nie pobłocony. Kapral spojrzał na mnie, i mówi „Ty leniu, cwaniaku, zapier….aj w błoto!” A ja nie chciałem. To on mi wtedy „Maskę załóż!”, to założyłem, i on „Padnij!” to padłem. Wtedy kazał mi się czołgać w to błoto. Ja mu na to, że w błoto nie będę się czołgał. „Wydałem Ci rozkaz, w błoto!” – „Ale ja sobie rozkazu nie wydałem” odpowiedziałem. Wstałem, a wtedy on skoczył do mnie z pięściami. Miałem w ręku karabin z takim pamiętam szerokim bagnetem. Wyciągnąłem ten bagnet przed siebie i mówię „no chodź!”

A to? To nawet nie wiem, co to. Nie pamiętam tych żołnierzy.

Kapral odskoczył i zagotował się ze złości. Poszedł gdzieś. Chłopaki mnie pocieszali, żebym się nie martwił. Że powiedzą jak było. Że nie dadzą mnie. Było nas dwudziestu poborowych. To była mieszanka z całej Polski, byli i tacy jak ja, i byli też górale którzy nie umieli czytać. Jak przywieźli ich do koszar pociągiem, i jak zobaczyli kran w łazience, to pytali mnie skąd ta woda płynie. Byli z gór, gdzie bieda była niewyobrażalna wtedy. I oni powiedzieli, że mnie nie dadzą kapralowi.

Przyszli żandarmi i kazali mi iść do pułkownika. Ten pułkownik ryknął na mnie „kaprala chciałeś zabić!”. A ja nic, stoję przerażony. On znowu „kaprala chciałeś zabić! Chcesz iść do więzienia?” Powiedziałem, że nie chcę Panie Pułkowniku. Popatrzył i powiedział: „to pójdziesz za karę do kopalni!”. I Ci górale nawet mnie nie zobaczyli, nawet nie pożegnaliśmy się. Więcej ich też już nie zobaczyłem.

Wieźli mnie do tej kopalni, ale nie dowieźli. To były takie czasy, już dokładnie nie pamiętam, że coś się działo. Do wojska nawet przychodzili ludzie, w cywilu, i mówili, że ruskich się zaraz pogoni. Że to już koniec z nimi. A potem przyszedł Gomułka i wszystko ucichło. I wtedy właśnie tak mnie wieźli do tej kopalni, i nie dowieźli. Zwolnili mnie do cywila.

O zobacz, na tym zdjęciu jest Bożena. Ale te dzieci już nie wiem, czyje. Jej? Nasze? Nie widzę, małe te zdjęcia takie.

Ale widocznie kopalnia była mi pisana. Jak już trafiłem na południe Polski i mnie puścili, to znalazłem pracę w zakładach ceramicznych. Glinę do produkcji tej ceramiki wydobywało w kopalni odkrywkowej, i tam się zatrudniłem. Kopało się czym się dało, po czym ładowaliśmy urobek na takie wózki i one szły do góry z gliną. Tam je wyładowywali, glina szła dalej do obróbki, a wózki z powrotem do nas.

Wtedy to poznałem moją Józię. Kopalnia mnie zakwaterowała w mieście, a w niektóre soboty była potańcówka dla wszystkich. Moja Józia też pracowała w kopalni – jak te wózki z gliną szły w górę, to ona ciągnęła takie liny po których te wózki wjeżdżały. Ciężka to była praca, i niebezpieczna, ale pracowały przy tym właśnie kobiety. Młoda była, to sobie dawała radę, ale dłonie miała pokaleczone. No i na tej potańcówce poprosiłem ją do tańca, przycisnąłem do siebie tak silnie. Na początku się opierała, ale w końcu uległa i tańczyliśmy. Tak się poznaliśmy, i 64 lata byliśmy ze sobą.

Nie mogliśmy jednak wziąć ślubu. Ona miała wtedy dopiero siedemnaście lat, a ja już dwadzieścia dwa. Musieliśmy czekać z weselem aż rok, bo jej nie wolno było przed osiemnastymi urodzinami. Jej matce się nie spodobałem; powiedziała „wygoń go, to jest przybłęda, jego ulica wychowała, nic z niego dobrego nie będzie”. Ale później jak już zobaczyła, że jestem pracowity, że na motor nazbierałem, na mieszkanie z kopalni, to trochę zmieniła zdanie.

Zobacz, a to moja Józefa. Jeszcze przed bawełną, przed tą tkalnią zrobione.

Miałem motor, i tym motorem jeździliśmy na ryby. Wędkowałem i przywoziłem te złowione ryby do domu. Te najlepsze były dla nas, te średnie dla kolegów z pracy, a najgorsze były dla teściowej. Ten motor to było coś – sam kupiłem za własne zapracowane pieniądze. Wtedy w okolicy samochód prywatny to miał tylko taki jeden nauczyciel, a ja zwykły robotnik miałem drugi pojazd, motor.

Ten mój kwaterunek był maleńki, jedna izba bez łazienki i kuchni – wszystko było na korytarzu wspólne dla innych. Ale pewnego dnia przyszła komisja, bo kopalnia budowała osiedle, i miałem dostać większe mieszkanie w bloku. Przyszli mierzyć czy mi się należy, czy nie mam za dużego metrażu – bo wtedy wszystko zależało od liczby osób na metry kwadratowe. Moje mieszkanie było takie małe, że cała ta komisja nie mogła się w środku zmieścić i wchodzili po kolei.

O, ten zobacz, ten pracował ze mną w jednej kabinie. Na polewaczce lakieru.

Kopalnia wybudowała wtedy te pięć bloków, które tu widzisz. Do dziś stoją, tylko je ocieplono w lato. I ta komisja do mnie, już jak pomierzyli wszystko: twoja teściowa też ma mieszkanie z miasta. Zabierzemy je, a ty teściową zabierzesz do siebie – wtedy dostaniesz duże, przestronne M3 z balkonem. A jak nie, to tylko M2 na czwartym piętrze i będziesz musiał wchodzić codziennie po schodach. Poszedłem zobaczyć to M2 na ostatnim piętrze, patrzę, a z niego taki cudowny widok z okna na góry, na okolicę, mógłbym tam cały dzień siedzieć i tak patrzeć. Pomyślałem o teściowej, i zdecydowałem, że ten widok bez teściowej będzie lepszy. Zamieszkałem z Józią na najwyższym piętrze nowego bloku. Ja, zwykły robotnik, sierota, bez nikogo, zapracowałem w kopalni na nowoczesne mieszkanie.

Jako że było to południe Polski, blisko Legnicy, to było tu strasznie dużo ruskiego wojska. I przyszedł 1968 rok jak to wojsko poszło na Czechosłowację. Przeniesiono mnie już wtedy z wyrobiska kopalni do wydziału lakierniczego, a Józia znalazła lżejszą pracę w tkalni. Jak ruskie czołgi jechały, to aż całe bloki się trzęsły. Jechały dzień i noc, dzień i noc. Wyglądaliśmy w warsztacie przez okienka na te jadące czołgi, ale majster się na nas w końcu wydarł, że nas pozabijają jak będziemy tak patrzeć. To później już patrzyliśmy na te czołgi tylko z mojego mieszkania, z góry.

Zobacz, widzisz, to moja żona w tkalni. Zgadniesz, która to? Podpowiem Ci, to ta najładniejsza.

Poza tym to były dla mnie najlepsze i najszczęśliwsze lata życia. Dzieci nam się rodziły, praca była, jedzenie było. Jak ktoś chciał pracować, to zawsze miał gdzie. Zaraz po wojnie wszyscy pracowali, bo robotę się szanowało. Ale później ludzie zobaczyli, że czy pracują czy nie, to wszystkim i tak dają. I tych co nie robili, albo udawali że robią, zaczęło się robić coraz więcej.

Od tej pracy w lakierni pod koniec lat 80-tych wykryto u mnie gruźlicę w płucach. Dobrze się czułem, ale z papierami z prześwietleń wysłali mnie od razu do specjalnego szpitala dla gruźlików. Nasz zakład był wielki i miał własne szpitale, więc nie było żadnych kolejek. Nie to co teraz. Położyli mnie w kilkuosobowym pokoju i zaczęła się terapia. Dawali mi tak silne i straszne leki, że ledwie to mogłem wytrzymać. Po tygodniu jak przyjechała w niedzielę odwiedzić mnie Józia, to już nie miałem sił i powiedziałem jej, żeby mnie ratowała. Że niech powie doktorom, że ja chcę się wypisać bo nie mogę już tu dłużej.

Zanim puścili ją do doktora, to minął jeszcze tydzień, a ja już nie mogłem chodzić od tej terapii. Wtedy ten doktor popatrzył na moje prześwietlenia, przyszedł, popatrzył na mnie, coś tam podpisał i powiedział, że jestem zdrowy. Powiedział, że te prześwietlenia to nie są moje, tylko innego człowieka. Że zaszła pomyłka, i proszę mnie stąd natychmiast zabrać.

Zobacz na to zdjęcie, sąsiedzi. Razem się bawiliśmy. Spotykaliśmy. On już nie żyje. Ona też nie żyje. Ci dwoje byli spod piątki, też nie żyją. Tylko ja jeszcze żywy jestem w tym bloku.

Później mogłem się niby odwoływać do sądu, wytoczyć proces. Ale zdrowia już po tych lekach nie odzyskałem. A jednocześnie zaraz skończył się komunizm, Wałęsa wygonił ruskich, i szpital padł. Przychodnię, co mi złe dokumenty wydali, też zamknęli i nie było kogo sądzić za moje zniszczone zdrowie. Prawnik powiedział, że to będzie ciągnęło się latami i nie wiadomo czy wygram. Odpuściłem wtedy bo mi tak podpowiedział.

Ten sam Wałęsa który wygonił ruskich, obciął renty i znikł mój 15 procentowy dodatek do emerytury za pracę w szkodliwych warunkach lakiernika. Poszedłem na wcześniejszą emeryturę, ale zmniejszyli mi ją o kolejną stawkę. Nigdy tego Wałęsie nie wybaczyłem.

Były lata 90-te. Dzieci urosły i stały się dorosłe. Józefa też już przeszła na emeryturę. Coraz ciężej nam było wchodzić na to czwarte piętro, więc udało się w 2001 roku przenieść na parter. Widzisz, malutkie mieszkanie mam teraz, ale tak łatwiej. Zresztą widoku z okna już nie było, bo deweloperzy zabudowali wszystko dookoła. Tu miała być szkoła podstawowa, ale komunizm nie zdążył jej wybudować. Za to teraz wszędzie stoją bloki deweloperów i zasłoniły widok. Pogrodzone osiedla, jakby ktoś im te domy chciał ukraść. A życie z miasta uciekło nie wiadomo gdzie.

To zdjęcie, zobacz, nie pamiętam kto to jest. Syn brata żony? Nie wiem, już nie poznaję…

Było kino. Była kopalnia. Były zakłady włókiennicze. Wszystko zamknięte. Tylko deweloperzy skupują. Gdzie młodzi mają iść do kina? Najbliższe kino mają 90 kilometrów od nas. W latach 80-tych kino było w każdym miasteczku w okolicy. Nawet w najmniejszym. Którędy przyjechałeś? Tędy? Widziałeś ten młyn na rzeczce? Tam mieliło się. A teraz kupił to deweloper i jakieś apartamenty pobudował. Gdzie ludzie mają pracować, jak wszystko zamknięte? Tylko bogate domy, które przecież nie dają pracy. Markety dwa postawili niedawno, blisko mam. Może i dobrze bo stary bym teraz nie doszedł pieszo daleko, a tak dam radę sam zrobić zakupy. Ale za co ludzie mają tam kupować, jak nic się nie produkuje u nas?

Rok temu umarła moja Józia. Długo chorowała, tu w pokoiku leżała obok. To krzesło w łazience, co widziałeś, to dla niej pod prysznicem było. Żeby mogła się umyć. Do dziś go nie zabrałem i tak stoi. Jak już było bardzo ciężko, a ja już nie słyszę ze starości dobrze, to kupiłem jej ten czerwony dzwoneczek – o, zobacz. Żeby nie musiała mnie wołać jak coś potrzebowała, bo nie słyszałem. Tylko dzwonkiem tym dzwoniła mocno. I od razu przychodziłem.

W Szklarskiej Porębie, na wycieczce zakładowej. Ile to ludzi było…

Kilka lat temu mieliśmy 60 rocznicę wesela. Sam Prezydent przysłał nam gratulacje. Burmistrz miasta robił specjalną uroczystość, bo takich małżeństw jest mało. Najpierw zaprosił nas do Ratusza, potem przyszło pismo że przenoszą tą naszą uroczystość do remizy, a jak trzeci raz przysłali papier, że tylko msza będzie w kościele dla nas, to powiedziałem Józi, że mam gdzieś burmistrza jak nas tak traktuje. Jak jakieś zło w kalendarzu. I że nigdzie nie pójdziemy. Nawet nie przysłali nam medalu, który nam się od Państwa należy za 60-lecie tego małżeństwa.

Zamówiłem już grób. Pozałatwiałem wszystkie sprawy. Zobacz, ja mam już 86 lat, ja już chcę do mojej Józi. Źle mi jest bez niej. Tu mam tylko jej obrazek ze zdjęciem na szafce, a tu wisi obraz z naszego wesela. Ona na mnie czeka, i nie chcę żeby czekała za długo.

Grób jest duży, na kilka osób. Nawet teściową przeniosłem z innego cmentarza do tego naszego wspólnego grobu, bo nie mam tyle siły, żeby na dwa cmentarze chodzić. Wybaczyłem jej, że miała mnie za niewartego złamanego grosza sierotę. Niech leży z nami, toć dla mnie ona najbliższa rodzina. Mimo, że teściowa.

Więcej artykułów z kategorii publicystyka?