Od kilku lat w trakcie moich podróży staram się w każdym z odwiedzanych kraju zwiedzić też choć jedno muzeum związane z militariami. To odległe echo moich młodzieńczych fascynacji wojskiem, które przekształciwszy się później z wiekiem w zainteresowanie historią. To hobby pozostanie ze mną już chyba na zawsze.
W większości krajów można znaleźć coś z tej kategorii, aczkolwiek bywają i takie, w których jest ciężko: w Pakistanie wyrzucono mnie z bazy wojskowej jak tylko wyciągnąłem z plecaka aparat fotograficzny, a w Azerbejdżanie i w Salwadorze nawet nie wpuszczono mnie do środka tamtejszych muzeów – lokalizowanie wystaw na terenie obiektów militarnych wydaje się logiczne, ale jak widać tylko na pierwszy rzut oka. Wojsko lubi najpierw zbudować muzeum, a potem je zamknąć… jako obiekt położony na tajnym przecież obszarze. Wcale nie jestem zdziwiony…
W Surinamie było nieco inaczej. Przed wyjazdem do tego kraju nie udało mi się namierzyć żadnego muzeum militariów – tak więc myślałem, że nic z tego tym razem nie wyjdzie. Tym większa była więc moja radość, gdy Szymon krzyknął nagle CZOOOOOŁGI !!!!
Oczywiście to nie czołgi, tylko transportery, ale dla lajkonika jakim jest Szymon wszystko co ma lufę albo gąsienice to czołg; zresztą tak ma większości społeczeństwa. Nawet dziennikarze komentujący wojnę w Ukrainie po czterech latach wojny wciąż potrafią podpisać zdjęcie lakonicznym „Ukraiński czołg” tylko dlatego, że przedstawiony na nim ciągnik ma wspomniane gąsienice. Zawsze wtedy ogarnia mnie zgroza, bo wyobrażam sobie inne podobnych bredni ci sami dziennikarze zamieszczają w treściach na których się nie znam, więc nie umiem wyłowić błędów
Ale dość o nieukach! W miejscu które znaleźliśmy, na obrzeżu wspomnianej już dżungli, stało kilkanaście transporterów opancerzonych ustawionych w dwóch równych rzędach. Niestety oglądając teraz fotografie zrozumiałem swój błąd: skupiłem się na poszczególnych pojazdach, i nie zrobiłem ani jednego szerokiego ujęcia całej wystawy. A z pewnością była to właśnie wystawa: pod gołym niebem, na betonowych podstawach specjalnie w tym celu wylanych stoi sobie wygodnie od 2014 roku (wg podpisu na tablicy pamiątkowej) pancerny pluton.
Nie mam informacji z jakiej okazji stworzono to mikro-muzeum; Zgromadzony sprzęt pochodzi z zasobów armii Surinamu, a wystawione egzemplarze należą do trzech dość egzotycznych z mojego punktu widzenia typów pojazdów wojskowych. Najbardziej charakterystyczny jest „czołg” EE-9 Cascavel: to brazylijski 9-tonowy ciężki kołowy pojazd rozpoznawczy. Jego odmianą stojącą obok jest EE-11 Urutu – bardziej już typowy opancerzony transporter piechoty. Kolekcję uzupełnia holenderski DAF YP-408, czyli 8-kołowy transporter piechoty pochodzący z przełomu lat 50-tych i 60-tych.
I to zasadniczo wszystko, co umiem opowiedzieć o tym miejscu; koniec opowieści… Pojazdy stoją sobie grzecznie w rządkach, jest ich około dwunastu (mogę się mylić, bo pamięć już nie ta), i gniją pochłaniane powoli przez zielone piekło. Jak znam nienasycony głód dżungli, to pewnie za kilkanaście lat niewiele z nich zostanie – opony i kilkanaście ton rdzy. Cieszę się, że zdążyłem je zobaczyć.
Pech chciał, że ufając w swoje umiejętności odnajdywania obiektów na mapach googla nie zaznaczyłem sobie dokładnej lokalizacji znaleziska. Tymczasem okazało się teraz, dwa lata po tym jak wróciłem do Polski, że muzeum pod chmurką nie jest na mapach zaznaczone i mimo upartego poszukiwania na zdjęciach satelitarnych nie udało mi się go odszukać. Wiem tylko, że znaęjdowało si blisko lotniska – nie dalej niż kilka kilometrów od niego. Dlatego też lokalizację na mapie zaznaczam na oko – wiadomo… maskowanie !!!
I tyle.