Most z dzisiejszego artykułu spotkaliśmy na południu Kosowa, podczas naszej kilkudniowej wyprawy do tego kraju; wisiał sobie spokojnie osiem kilometrów na wschód od miasteczka Djakowica. Kilka lat temu ktoś wpadł na szalony pomysł, że korzystając z pionowych skał otaczających górską rzekę Drini stworzy tu lokalną atrakcję turystyczną – przerzuci pomiędzy brzegami wiszący most rodem z Tybetu, a turyści będą przyjeżdżać z całej Europy by spojrzeć w oczy własnym lękom.
Jak pomyślano, tak zrobiono. Most ma 62 metry długości, a od lustra wody dzieli go wysokość 34 metrów. Trochę wysoko, ale uwierzcie mi na słowo – różnica pomiędzy sześcioma metrami a trzydziestoma czterema jest praktycznie żadna; z tym samym efektem mogłoby to być pięćset metrów. Wiem to z pierwszej ręki, bo podczas moich wędrówek miałem przyjemność przejść w Nepalu przez most ponad pół-kilometrowej długości, wiszącym nad 120-metrową przepaścią. Gandaki Golden Bridge.
Tak to już jest poukładane w ludzkiej psychice, że jedni uwielbiają ryzyko, a inni wręcz przeciwnie – tam, gdzie ci drudzy widzą zagrożenie, ci pierwsi dostrzegają przygodę. Kiedy więc tylko zobaczyliśmy spinającą dwa brzegi konstrukcję rzuciliśmy się z Szymonem do przodu niczym głodne wilczki. Tu nie było dyskusji w stylu idziemy, czy nie idziemy – damy radę, czy nie damy? Po prostu musieliśmy tam pójść. To tak, jakbyście zobaczyli stojącą na stole pyszną kremówkę… i jej nie zjedli; no przecież się nie da!
Aby oddać sprawiedliwość zaznaczę, że szwagra zablokowało jak tylko wysiadł z auta – a Wojtka w momencie, w którym stanął nad brzegiem przepaści. Tak więc było pół na pół; to pokazuje czym jest lęk wysokości lub przestrzeni – jedni go mają, a inni nie. Patrząc na uginające się pode mną metalowe belki zastanawiałem się: jak można nie trafić w nie stopą? Przecież to niemożliwe! Tymczasem inni zastanawiają się jak to możliwe, że ktoś trafi w nie stopą i nie spadnie?
W teorii most wiszący posiada zabezpieczenie w postaci górnej liny, do której powinniśmy być przypięci asekuracją. Niemniej to tylko teoria, bo dla dwóch turystów nikt po taką linię biec do magazynu nie będzie – więc mężczyzna, który zmaterializował się przed nami zainkasował tylko po 3 euro od osoby, i otworzył bramkę.
I wiecie co: ten krótki spacer był wart tych niewielkich pieniędzy. Niemniej pamiętajcie, że jest to przyjemność WYŁĄCZNIE dla osób, którzy wiedzą, że jest to właśnie dla nich – wszyscy, którzy tego nie czują, od razu powinni zrezygnować – bez liny asekuracyjnej nie ma miejsca na testowanie swojego charakteru.
Kilka kilometrów dalej trafiliśmy na targowisko owocowo – warzywne, i to właśnie chyba tam na dobre zakochałem się w Kosowie. Zostaliśmy tak obdarowani prezentami, że jedliśmy je przez kolejne dwa dni. A worki z paprykami i pomidorami dowieźliśmy nawet do Polski. Możecie to zobaczyć na końcu filmu – w charakterze niewielkiego bonusu.