Bohaterem dzisiejszej krótkiej opowieści jest położony 90 kilometrów na zachód od Budapesztu Zamek Csesznek; budowla posiadająca nazwę, od której większość mieszkańców Europy połamać sobie może język. Oczywiście Węgrzy nie mają z tą nazwą żadnego problemu – to i tak zaledwie przystawka do tego, co potrafią zaserwować każdemu zagranicznemu turyście. Jednak wbrew pozorom wyraz ten wcale nie ma pochodzenia węgierskiego lecz słowiańskie: jak sugerują lingwiści nazwa Csesznek (Cezneyc / Csesztnök / Cseszneh) pochodzi od słowiańskiego čestnik oznaczającego osobę sprawującą urząd królewski.
Zamek wybudowano w drugiej połowie XIII wieku w ramach tzw. węgierskiej Wielkiej Epoki Budowy Zamków. Była ona następstwem najazdu na średniowieczną Europę Środkową wojsk mongolskich. Był to ten sam najazd, który przetoczył się w 1241 roku przez Polskę, i zakończył krwawo przegraną przez rycerstwo dolnośląskie Bitwą pod Legnicą 9 kwietnia 1241 roku.
O tatarskim (mongolskim) najeździe na Polskę uczymy się w szkołach – wszyscy znacie przecież legendę o krakowskim hejnaliście z Wieży Mariackiej, oraz o lajkoniku. Mało kto jednak wie o tym, że bitwy, które rozegrały się wtedy na terenach Polski (pod Lublinem, Sandomierzem, Turskiem, Łęczycą, Sieradzem, Krakowem, Raciborzem i w końcu pod Legnicą) były zaledwie bocznym epizodem mongolskiej inwazji, która skierowana została na Wielką Nizinę Węgierską. Głównym zadaniem ofensywy mongolskiej na ziemiach Polskich było niedopuszczenie do wysłania posiłków na Węgry, z którymi ówcześni polscy władcy byli związani sojuszem militarnym.
Rozszerzające się w tempie niemal wykładniczym Imperium Mongołów pod wodzą spadkobierców słynnego Czyngis-Chana podbiło w pierwszej połowie XIII wieku niemal cały znany świat. U stóp azjatyckich koczowników leżały Chiny, Chorezm, Korea oraz niezmierzone tereny Rosji. Następnym celem mongolskiego imperium miało być Cesarstwo Bizantyjskie; by dokonać tego podboju niezbędne było okrążenie terytorium Bizancjum z różnych stron tak, by mongolskie tumeny (oddziały liczące po 10 tysięcy wojowników) mogły zaatakować terytorium Cesarstwa Wschodniego równocześnie z kilku stron.
Skala strategicznego planowania w mongolskiej armii była niesamowita. Aby podbić Cesarstwo Bizantyjskie planowano zająć Bułgarię, co umożliwiłoby uderzenie na Bosfor od północy; by tego dokonać należało najpierw pokonać Węgry i zająć Wielką Nizinę Węgierską; aby zapewnić sukces tej ofensywy należało jednak najpierw odciąć Węgrów od pomocy sojuszników. I właśnie dlatego w lutym 1241 roku uderzono wydzielonymi tumenami na Polskę i Morawy. Wszystko to działo się przy doskonałej synchronizacji setek tysięcy wojowników niedostępnej dla zachodnich armii jeszcze przez setki lat. A pamiętać trzeba, że w tym samym okresie Mongołowie prowadzili także podbój Południowego Cesarstwa Chin oraz planowali inwazję na Japonię, kraj samurajów. Była to niewyobrażalna skala działań, o której w zaściankowej Europie nikt nie miał zielonego pojęcia.
Armia Mongolska wkroczyła na Węgry w marcu 1241 roku; miesiąc po tym, jak wspomniane już zagony wtargnęły do Polski paląc i łupiąc Małopolskę, Sandomierszczyznę a potem Śląsk. Zablokowanie sojuszników sprawiło, że Węgrzy musieli bronić się w osamotnieniu, a to oznaczało porażkę. 11 kwietnia – dwa dni po triumfie pod Legnicą w której poległ kwiat dolnośląskiego rycerstwa – główna armia mongolska dokonała rzezi wojsk węgierskich w Bitwie pod Muhi. Cała Wielka Nizina Węgierska padła łupem najeźdźców; historycy szacują, że w ciągu kilku miesięcy zginęło lub dostało się w niewolę od 70 do 80 procent mieszkańców Węgier. Straty w populacji były więc przerażające.
Azjatycki blitzkrieg trwał przez kilka miesięcy. Po zwycięstwie nad Węgrami mongołowie skierowali się na południe, ku dzisiejszej Chorwacji – paląc setki miast wraz z ich mieszkańcami. Dotarli aż do leżącego nad południowym Adriatykiem miasta Kotor łupiąc tereny dzisiejszej Albanii. Widząc dramatyczne skutki oporu Bułgarzy skapitulowali bez walki oddając się w mongolskie władanie. Chwilę później zostały rozbite także idące z odsieczą na Bałkany wojska Cesarz Bizancjum, Baldwina II. W tym momencie wydawało się, że kres kontynentu jest bliski – skala inwazji była niewyobrażalna: mongolskie wojska atakowały od terytoriów Litwy na północy, aż po Bosfor na południu.
Następnym krokiem Armii Mongolskiej był marsz w kierunku Wiednia. Historycy odnajdują w zachowanych źródłach informacje, że jej ostatecznym celem było Wielkie Morze – Atlantyk. Po drodze wojownicy ze stepów mieli przejść przez Święte Cesarstwo Rzymskie (w uproszczeniu – przez Niemcy), a następnie przez Francję i Hiszpanię. Niewyobrażalna wręcz skala tego uderzenia miała ostatecznie dotrzeć aż do hiszpańskiej Kastylii, o której bogactwie donieśli mongołom najlepsi na świecie szpiedzy.
I nagle wydarza się cud. Wczesną wiosną 1242 roku bez żadnego widocznego powodu niezliczone mongolskie armie wycofały się na wschód i znikły z oczu europejczyków. Co było powodem tak niespodziewanego zachowania? Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest śmierć władcy Imperium Mongolskiego, Wielkiego Chana Ugedeja – syna Chyngis-Chana. Zdarzenie to miało miejsce 11 grudnia 1241 roku. Gdy informacja o śmierci Władcy Świata dotarła trzy miesiące później do mongolskich generałów walczących w Europie, ci podjęli decyzję o powrocie do ojczyzny. Tak nakazywała tradycja ustanowiona przez samego Czyngis-Chana – w wyborach nowego Wielkiego Chana – w procesie sukcesji po zmarłym – mieli uczestniczyć wszyscy jego potomkowie. Ślepy los ocalił Europę.
Wypada wspomnieć, że teoria ta ma jednak wśród badaczy historii także swoich przeciwników. Wskazują oni na to, że armie europejskich państw nie zostały ostatecznie pokonane i wciąż były w stanie utrzymywać opór. Pomimo doznania ogromnych zniszczeń ani Węgry, ani Polska, ani Morawy nie dostały rzucone na kolana, i wciąż były w stanie walczyć. Tymczasem Mongołowie walczyli już od trzech lat – od co najmniej 1240 roku, kiedy to ponieśli ogromne straty zajmując Kijów i podporządkowując sobie Rosję. Wiosną 1242 roku Król Węgier Bela IV nadal żył, a jego poddani bronili się w umocnionych, niezdobytych zamkach. Jeszcze w lutym 1242 roku – a więc w rok po rozpoczęciu inwazji – broniło się ponad 160 węgierskich miast, twierdz i klasztorów.
Dlatego też wyłoniła się teoria, że mongolska inwazja 1241 roku była jedynie próbnym uderzeniem mającym za zadanie zapoznać się z siłą oraz taktyką walki europejskiego rycerstwa. Mongołowie mieli planować wrócić na zachód kilka lat później, by dopiero wtedy dokonać ostatecznego podboju całego kontynentu. Takie systematyczne acz stopniowe ataki sprawdziły się doskonale w przypadku Cesarstwa Chińskiego, które było w tamtych czasach wielokrotnie silniejsze niż cała Europa razem wzięta. Cesarstwo Północne Jin mongolska armia podbiła w 1234 roku (kolejne uderzenia trwały przez 25 lat), a Południową Dynastię Song pokonano w 1279 roku po 44 latach zmagań.
Po niespodziewanym dla władców Europy odwrocie wojsk mongolskich uznano, że druga inwazja z całą pewnością nadejdzie; nie wiedziano tylko kiedy. Z obserwacji mongolskiej taktyki wyciągnięto błędny wniosek, iż nie są oni w stanie zdobywać silnie umocnionych zamków – i dlatego nastąpiła wspomniana na początku artykułu Wielka Epoka Budowy Zamków. To one właśnie miały oprzeć się kolejnej inwazji, tworząc mur nieprzebyty dla dzikich – jak wciąż uważano – najeźdźców. Drogi Europy zaroiły się poselstwami nawiązującymi niezbędne sojusze. Planowano, by nowe zamki powstrzymały mongolską nawałę przez kilka miesięcy, dając w ten sposób czas całemu rycerstwu chrześcijańskiej Europy na mobilizację.
Trudno dziś określić, czy ten plan miał szanse powodzenia. Inwazja z 1241 roku była prowadzona przez lekkie i mobilne siły mongolskie, które omijały zamki nie próbując ich zdobywać. Mogło to sprawiać wrażenie, że nie umieją oni tego robić – ale była to nieprawda. Wojny w Chinach pokazały, że mongołowie kiedy chcieli, z prowadzeniem oblężeń nie mieli aż tak dużych problemów: ich potężne machiny oblężnicze niszczyły mury największych nawet azjatyckich miast. Budowali je chińscy inżynierowie, którzy dostali się do niewoli podczas podboju obu Chińskich Cesarstw. Przekonywali się o tym w niezwykle krwawy sposób władcy kolejnych bliskowschodnich, środkowoazjatyckich, nadkaspijskich – a w końcu i gruzińskich – miast, które padały jedno po drugim. Nic nie było w stanie przetrwać mongolskich oblężeń.
Przez dziesięciolecia Europa trzęsła się na myśl o powrocie liczących setki tysięcy wojowników hord ze wschodu. I był to lęk ze wszech miar uzasadniony: twórca mongolskiej potęgi Czyngis-Chan wydał swoim następcom prosty rozkaz: mieli podbić cały znany świat, aż po krańce oceanów – we wszystkie strony świata.
Czemu jednak stepowe armie nigdy już nie wróciły w tej sile na zachód? Bardzo możliwe, że odpowiedź kryje się po drugiej stronie globu, 9 tysięcy kilometrów na wschód od Europy, w miejscu, o którego istnieniu mieszkańcy Starego Kontynentu nie mieli pojęcia jeszcze przez setki lat.
W 1274 roku Mongołowie siłami podbitych Koreańczyków stworzyli ogromną flotę, na pokładzie której zamierzali dokonać inwazji Japonii. W bitwie na plażach Zatoki Hakata ponieśli jednak klęskę z rąk samurajów, a ich flotę zatopił tajfun. W 1281 roku – siedem lat później – ponowili próbę także zakończoną bolesną porażką: niespodziewany sztorm zwany kamikadze posłał na dno oceanu ponad tysiąc statków transportowych na których przewożono 150 tysięcy wojowników (!) W ten oto sposób Japonia stała się nie tylko jedną z niewielu krain, które oparły się mongolskim atakom, ale także zupełnie nieświadomie uratowała cywilizację Europy.
A co z Zamkiem Csesznek, który jest fotograficznym bohaterem mojej opowieści? Powstał on właśnie w ramach paneuropejskich przygotowań do odparcia drugiej mongolskiej inwazji. Wzniesiono go na potężnej skale, i przeznaczono do wielomiesięcznej obrony. Wzniesiony w 1263 roku stanowił jeden z licznych kłów, o które rozbić się miały mongolskie tumeny. Te jednak nigdy już nie nadeszły w sile, która zagroziłaby istnieniu Europy.
I tyle.
Zdjęcia: Andrzej Sawiński.