Jedną z naszych ciekawszych wypraw (mimo wszystko staram się nigdy nie podróżować samemu) był wyjazd do Salwadoru połączony z Nikaraguą, Surinamem i z Gujaną Francuską. Pierwszą cześć podróży – Salwador – realizowałem z Szymonem; dopiero w dalszej części dołączył do nas Sławek. W chwili kiedy wlatywaliśmy do Salwadoru był to kraj leczący świeże rany po niedawnych walkach ze zorganizowaną przestępczością – po zmaganiach z gangami, które spowodowały, iż przez kilka lat Salwador wskazywany był jako jedno z najbardziej niebezpiecznych państw świata. A jednak jesienią 2024 roku było tu już całkowicie bezpiecznie.
Jak zawsze jednym z celów wyprawy było przebiegnięcie maratonu w odwiedzanym przez nas kraju. Impreza o nazwie Maraton El Salvador rozgrywana była w San Diego – niewielkiej turystycznej miejscowości położonej wprost nad Oceanem Spokojnym (nie mylić z San Diego w Kaliforni). Nauczeni doświadczeniem przygotowani byliśmy na delikatne kłopoty – i zastane w wiosce okoliczności przyrody rzeczywiście spełniły dość szybko nasze wyobrażenia.
Po pierwsze noclegi: samodzielni podróżnicy przyzwyczajeni są do tego, że podawane przez właścicieli lokalizacje hoteli, pensjonatów czy kwater prywatnych bardzo często (zwłaszcza w topowych lokalizacjach turystycznych) są niedokładne… lub zupełnie wyssane z palca. Ma to oczywiście zarówno związek z delikatnym uatrakcyjnianiem miejsc noclegowych, jak i zwykłymi permanentnymi próbami oszustwa. Kto z Was wybierze hotel położony 3 kilometry od brzegu morza, skoro może kliknąć atrakcyjnie wyglądający obiekt znajdujący się tuż przy linii brzegowej? Albo kto skorzysta z szybkiego noclegu położonego 10 km od lotniska, gdy w ofercie stron rezerwacyjnych na samym lotnisku widać tanie i dobre noclegi?
No właśnie! W pewnym sensie sami promujemy kreowanie równoległej rzeczywistości – jeżeli chcecie się przekonać jak to działa, wybierzcie np. lotnisko w Kairze i poszukajcie w jego pobliżu noclegów. Będą ich setki w promieniu kilkuset metrów… ale gwarantuję Wam, że w rzeczywistości ich tam jednak nie ma; gdy wpłacicie zaliczkę okaże się, że z lotniska jest do nich nawet 30 kilometrów. Takie naginanie czasoprzestrzeni funkcjonuje w niemal wszystkich popularnych turystycznie regionach świata.
I taka właśnie przygoda czekała na nas w San Diego. Zarezerwowaliśmy dwa noclegi – przed maratonem, oraz po nim – oczywiście w pobliżu startu i mety. W teorii powinno to być około 300-400 metrów od stadionu, co było na tyle ważne, że start do maratonu był o godzinie 04:30 w nocy; jeszcze w ciemnościach chroniących nas przed męczącym upałem. I to tyle jeżeli chodzi o teorię!
Samo odnalezienie pensjonatu zajęło nam… dwie godziny. Okazało się, że nasz obiekt znajduje się pięć kilometrów od startu – czekał nas więc nocny marsz na przełaj, przez czarną niczym smoła salwadorską wioskę oraz otaczający ją złowieszczy las. Pocieszeniem był tylko fakt, że cały pensjonat – wraz z basenem, łazienką i cieniem rzucanym przez palmy – był tylko dla nas. Właściciel nawet nie pofatygował się do nas, lecz przez telefon kazał wejść i wybrać sobie łóżka na piętrze. Oczywiście z obiecanych w ogłoszeniu śniadań została także tylko obietnica.
W sumie nie było jednak tragedii: skoro o godzinie 04:30 w nocy mieliśmy wystartować w maratonie, to o 03:00 w nocy musieliśmy wyjść na start. A skoro wstać musieliśmy o godzinie 02:30, to tego śniadania przecież i tak byśmy nie zjedli! Kiedy człowiek uświadomi sobie, jak dużo energii poświęca na zapewnienie sobie zbędnych rzeczy, świat zaczyna być dużo prostszy w obsłudze.
Nocą problem sprawiły nam komary, których wytępienie przed zaśnięciem było o tyle niemożliwe, że nasz pokój okazał się nie mieć… ścian. W rzeczywistości składał się on z dwóch (zamiast czterech) szklanych ścianek oraz dachu tkwiącego na tyczkach! Wiatr hulał po wnętrzu wraz z komarami – konkurując z nimi w kategorii sprawcy największego hałasu. Była też wątła żarówka, do której przez dwie noce nie udało nam się znaleźć wyłącznika. W końcu zdesperowani przytaszczyliśmy z parteru stół, na którym postawiliśmy krzesło – i jakoś udało nam się ją wykręcić.
Wieczorem postanowiliśmy nasycić przed biegiem nasze puste brzuszki; udaliśmy się więc na główną wioskową ulicę w poszukiwaniu sklepu. Zamiast niego trafiliśmy na rodzinny hangar – nie wiem jakiego bardziej stosownego mógłbym tu użyć słowa – w którym starsza pani wraz z mężem kleiła coś na kształt placków ziemniaczanych. Rozchodzący się zapach sprawił, że od razu zrozumieliśmy, iż właśnie odnaleźliśmy nasz kulinarny raj!
Tutejsze placki nazywają się Pupusas, i są jednym z tradycyjnych przepisów Salwadoru. Są potrawą niezwykle prostą: to placki wyrabiane z mąki kukurydzianej lub kaszy, przekładane fasolą, serem lub mięsem – i smażone wprost na rozgrzanej płycie pieca. Podaje się je z dodatkami, jak na przykład z pikantną sałatką lub kapustą ostro polaną sosem pomidorowym. Obowiązuje zasada: co się nawinie, to do placka!
Absolutnie prosty produkt idealnie nadawał się na szybką – lecz zaskakująco kompletną – kolację. Jako że Szymon jest roślinożercą, to zastanawialiśmy się przed dłuższą chwilę po czym poznać który z placków jest mięsny, a który serowy? Rozwiązanie okazało się genialne: podczas lepienia placków i nakładania do środka farszu Starsza Pani robiła w nich głęboki ślad palcem. Jedno wgłębienie w placku oznaczało, że jest to pupusas mięsny, dwa – serowy, a trzy – z kaszą. Tak oznaczone produkty trafiały dalej do mężczyzny i na gorący blat – by nabrać tam końcowego smaku. Prostota jest genialna !!!
I tutaj właśnie – w tej krótkiej przygodzie – znajduje się odpowiedź na pytanie co daje nam samodzielnie podróżowanie? Korzystając ze zorganizowanego wyjazdu z biurem podróży nigdy nie traficie w takie miejsce. Nigdy nie będziecie kłócić się o nocleg z lokalnym hotelarzem, nigdy nie będziecie iść pięć kilometrów nocą przez wieś i przez ciemne pola, nigdy nie dokonacie na ulicy prawdziwie kulinarnego odkrycia. Jeść będziecie w wygodnych restauracjach, z dala od komarów, od kur, od psów i myszy – od kolorytu będącego częścią straganu. Nigdy nie dowiecie się co znaczą tajemnicze wgłębienia w plackach Pupusas!
Kolejny wieczór – już po maratonie – spędziliśmy na plaży podziwiając zachód słońca. Tutejsze wybrzeże Pacyfiku to kolejne miejsce, które wydaje się zupełnie surrealistyczne: jak plaża długa i szeroka nie ma na niej żadnych ogrodzeń, materacy, parasolek do wynajęcia czy nagabujących turystów sprzedawców. Mieszkańcy wioski przychodzą tu wykąpać się, wypić drinka, coś przekąsić – i popatrzeć na wielką kulę ognia tonącą powoli pod horyzontem. Nie ma prywatnych plaż pilnowanych przez ochroniarzy, nie ma części hotelowych do których wstęp jest ograniczony – i nie ma policjantów lepiących mandaty za publiczne picie piwa.
Daleki jestem od rysowania sielankowości tego miejsca. Panujący tu klimat jest jednak zupełnym przeciwieństwem tego, co zaoferują wam zorganizowane formy podróży. Turystyka na całym świecie wypacza wszystko, czego dotknie – plaże, góry, rzeki – ale najszybciej zmienia ludzi, którzy w tych miejscach żyją. Tam, gdzie są tłumy turystów nie liczcie na prawdę; to sztuczne widowisko zorganizowana pod Wasze oczekiwania. Żeby zobaczyć prawdziwe miejsca i poznać zwykłych ludzi – żeby wyrobić sobie realne zdanie na temat tego, co widzieliście – zawsze trzeba zejść ze szlaku. Dlatego tak błędne jest wyrabianie sobie opinii na punkcie Egipcjan, gdy robimy to pod Piramidami w Gizie! Nie poznacie Nepalczyków w komercyjnej dzielnicy Thammel w Kathmandu, Albańczyków w mieście Saranda, a Chorwatów na wybrzeżu Adriatyku. W tych miejscach czeka na Was tylko widowisko skrojone pod potrzeby turystów.
Nigdy nie spotkaliśmy właściciela naszej hacjendy. Pokąsały nas straszliwie malaryczne komary, a jednak przeżyliśmy – i po strupach nie ma już śladu. Ostre przyprawy dodane do placków pupulas sprawiły, że żadna wiejska bakteria nie odważyła się trafić do naszych żołądków – co wcale nie było takie oczywiste.
Kolejnego ranka planowaliśmy pójść na autobus jadący do stolicy kraju, do San Salvador. Niestety okazało się, że najbliższy przystanek jest osiem kilometrów dalej, a o samym autobusie nikt nic konkretnego nie umiał powiedzieć – albo my nie umieliśmy niczego zrozumieć. Zamówiliśmy więc Ubera, który przyjechał po nas specjalnie 50 kilometrów, a następnie zawiózł kolejne 40 kilometrów do stolicy – zapłaciliśmy za niego 10 dolarów amerykańskich. Kierowca trochę się zdziwił na wieść o tym, że nocami łaziliśmy tutaj sami… ale w końcu stwierdził, że gangi to już nie to samo co kiedyś. I rzeczywiście Salwador jesienią 2024 roku był już zupełnie innym miejscem niż rok wcześniej. Ale to historia na inną opowieść.
I tyle.