Na wstępie zaznaczę, że w Kaliszu nie byłem od równych trzydziestu lat. Ten pierwszy (i jedyny) raz miał miejsce w 1996 roku, kiedy to jako młody student przyjechałem tu z Torunia, by wystartować w Kaliskiej Setce – czyli bardziej oficjalnie w XV Supermaratonie Calisia – rozgrywanym na dystansie 100 kilometrów legendarnym wówczas biegu ultra-dystansowym. Pojęcie o bieganiu miałem wtedy zerowe, ale ponosiła mnie ułańska fantazja – wiara we własne siły oparta była na tym, że tydzień wcześniej ukończyłem… Maraton Warszawski.
Mimo głupoty, braku doświadczenia i jakiegokolwiek przygotowania… młodość zatriumfowała. Żywiąc się cytryną oraz maszerując od 50 kilometra (czyli od półmetka) z krótkimi tylko odcinkami podbiegania ukończyłem ten mój Wielki Bieg na 19 minut przed końcem limitu czasu. Zająłem trzecie miejsce od końca, z wynikiem 10 godzin 40 minut i 59 sekund. Do dziś jest to jedno z najbardziej niezwykłych wspomnień mojego życia – przynajmniej z ery młodzieńczości. No ale nie o tym będę dziś pisał – to tylko wstęp!
Po trzydziestu latach od tamtych wydarzeń ślepy los ponownie rzucił mnie do Kalisza; i rzeczywiście był to przypadek. Po raz kolejny podróżowałem po Polsce na chybił – trafił, czyli wsiadając losowo do pierwszych pociągów, które przyjadą na stację kolejową. Jeżeli interesuje Was taka formuła zwiedzania, zapraszam na film z 2024 roku – The Polska #077: Podróż pociągami na chybił-trafił 2024
Wyruszyłem z Warszawy, przez Skarżysko-Kamienną, Kraków, Wieliczkę, Częstochowę, Skierniewice – wysiadłem w niemal zapomnianym już przeze mnie Kaliszu. Niedzielnym rankiem skierowałem swoje kroki na zabytkowy Główny Rynek, który w swej historii zwał się Placem 11 Listopada, Placem Bohaterów Stalingradu, a czasem także normalnie – po prostu Rynkiem. Odwiedziłem Basztę Dorotki stanowiącą jedną z zaledwie kilku pozostałości po zburzonych w latach 1790-1806 murach obronnych miasta. Kiedy wróciłem na rynek turystyczna przygoda stanęła wprost przede mną…