New Delhi, stolica Indii. Jedno z najludniejszych miast świata. Na powierzchni zaledwie trzy razy większej od Warszawy żyje i mieszka ponad 16 milionów mieszkańców. Kolejne 10 milionów osób mieszka w najbliższej okolicy, w splecionej z miastem aglomeracji. Pośrodku tego nowoczesnego ośrodka przemysłu, kultury i administracji niczym rodzynek w cieście tkwi Old Delhi – stara dzielnica. Indie rozwijają się, ich satelity lecą w kosmos, ale tutaj czas sprawia wrażenie, że wziął dłuższy urlop.

To nasz kolejny dzień podróży po Indiach. Przylatujemy z Kalkuty rankiem, gdy słońce dopiero wspina się nad horyzont. Zgodnie z naszym zwyczajem nie mamy zarezerwowanego noclegu, będziemy go szukać już na miejscu. Wrzucamy 30-kilogramowe plecaki na pakę taksówki i każemy się zawieść do starego miasta – w zupełnie przypadkowo kliknięty punkt w ekranie nawigacji. Doświadczenie mówi, że w Indiach lepiej samemu wybrać hotel „na miejscu” niż zdawać się na oferty pełne przekoloryzowane zdjęć na portalach bookingowych. Hindusi są mistrzami świata w kolorowaniu. A hinduscy hotelarz są mistrzami wśród hinduskich mistrzów.

Jazda z lotniska tego ogromnego miasta-molocha do dzielnicy Old Delhi trwa kilkadziesiąt minut. Mamy szczęście, godzina nie sprzyja jeszcze ulicznym korkom o których tak wiele czytaliśmy. Nasza mała taksówka przeciska się zgrabnie przez tłumy i pokonuje kolejne ronda. Z każdym kilometrem jest jednak coraz bardziej wąsko i ludnie. Samochody, tuk-tuki, motocykle, w końcu nawet wozy zaprzęgnięte w woły blokują drogę. Kierowca nerwowo próbuje przebijać się przez ten zwarty tłum by dowieźć nas do zaznaczonego punktu. Gdy pokazujemy mu, że może nas wysadzić gdziekolwiek, choćby tu i teraz, przyjmuje to z wielką ulgą.

Tłum jest taki, że problem mamy nawet w wyjściem z samochodu i wyciągnięciem plecaków. Ale w końcu jesteśmy – Stare Miasto Delhi, zresztą jedno z kilku: bo New Delhi to efekt budowania kolejnych miast przez kolejnych władców tuż obok siebie, lub wręcz jedno na drugim.

Słońce stoi już całkiem wysoko i odbijamy się od bajecznie zróżnicowanego tłumu. By zacząć iść trzeba przełamać barierę własnej strefy i po prostu wepchnąć się w ludzi. Nie jest to miejsce dla każdego, nie są to piękne, wąskie uliczki chorwackich miasteczek. Tutaj budynki nie podlegają renowacji – po zbudowaniu żyją tak długo aż się zawalą. Na tych ulicach się żyje, mieszka, załatwia wszystkie potrzeby. Na ulicach się rodzi i umiera. Każdy metr kwadratowy zajęty jest CZYMŚ i KIMŚ. Obijamy się plecakami o współprzechodniów, o stragany, o rogaciznę i pstrokacizną – psy, woły, osły, krowy.

Plan wydawał się prosty: gdzie jest stare miasto, tam są stare hotele. Nasze wymagania są dość specyficzne, choć zrozumieją je wszyscy podróżnicy: ma być klimatycznie, w centrum, lokalnie i przystępnie. Lokalny hotel z wodą i łazienką, bez szczurów i z czystą pościelą. Okno w pokoju będzie miłym dodatkiem – bo to akurat w Indiach nie jest oczywistością. Po kilku minutach giniemy w wąskich, zamkniętych budynkami uliczkach pełnych ludzi i wszelkich innych stworzeń. 

Coś jednak nie zgadza się z naszą dotychczasową praktyką i doświadczeniem. Stare Miasta zawsze słyną ze starych hoteli w których podróżnicy tacy jak my odkrywają przytulne, małe pokoiki. Domy stoją jeden na drugim – wszystko się zgadza, tak miało być – ale upragnionych noclegów brak. Kilometr, dwa, pół godziny, godzina – nigdzie żadnych obiektów noclegowych. Tylko tłum mieszkańców fala za falą niezmordowanie gnający przed siebie.

Robi się gorąco, plecaki ważą coraz więcej, pot zaczyna zalewać nam czoła. Nie mamy Internetu, tylko gubiącą się, pełną kresek nawigację. Robimy przystanek by złapać oddech i zastanowić się co robimy źle. To niemożliwe, ale przeszliśmy już trzy kilometry i nie zobaczyliśmy ani jednego hoteliku. Z zastanawiania się wyrywa nas przebijające się przez gwar tłumu zdanie. Jest tak inne, tak swojskie, takie trafiające w głąb słowiańskiej duszy. Usłyszelibyśmy je zawsze i wszędzie, w pędzącym metrze i jadąc okrakiem na ciężarówce: „K…wa Mać!”

Aż podskakujemy! Rozglądamy się dookoła i widzimy dwie wyróżniające się z tłumu kobiety. Europejki. Polki! Nawiązuje się szybka rozmowa, szybki papierosek. Od pół godziny dziewczyny szukają wejścia do metra. Co dla nas najważniejsze – mają Internet i możemy rzucić okiem na sytuację. Doznajemy olśnienia: w Old Delhi nie ma hoteli, to niemal w stu procentach dzielnica mieszkańców. Tutaj nikt nie wjedzie, więc szanse na biznesowy sukces – w tym gnieździe średniowiecza – są równe zeru. Nawet przyjezdni hindusi nocują poza starym miastem.

Ale mapa pokazuje, że po drugiej stronie Old Delhi znajduje się duża stacja kolejowa. Obok niej wykwitła prawdziwa dzielnica hotelowa, i szukając noclegów tam właśnie musimy się udać. Dzieli nas od niej kolejne trzy kilometry marszu przez tą miejską dżunglę. To już czysta przyjemność – mamy kierunek, mamy cel, mamy odległość. I choć żadna przesłonięta zabudową droga nie prowadzi w jednym kierunku dłużej niż przez sto metrów, to wystarczy nam cierpliwości i sił by dotrzeć do celu.

Półtorej godziny później odnajdujemy ogromny węzeł kolejowy i przechodzimy na drugą stronę. Wyczerpani, bliscy fizycznego załamania. Ale szczęśliwi. Wokół stacji kolejowej wyrosły dosłownie setki hotelików. Szarych, burych i pstrokatych. Daleko im do jakiejkolwiek bajki, ale można wybierać. Z nadmiaru dobrobytu oglądamy kilka, pokój po pokoju – teraz już możemy pozwolić sobie na marudzenie. W końcu recepcjoniści widząc, że mają męczących klientów odsyłają nas do najdroższego, najbardziej reprezentacyjnego hotelu w okolicy. Indyjskie pięć gwiazdek to Polskie trzy, ale tutaj da się nawet przytulnie spędzić dzień. Jest łazienka, choć wodę dopiero obiecują odkręcić. Jest czyste łóżko. Jedno na dwóch, ale duże.

Nie ma okna. Krótkie negocjacje i znajduje się dla nas pokój z oknem na ulicę – za dodatkową opłatą sięgającą 1/3 ceny pokoju. Bierzemy, bo to raptem 30 złotych drożej, a wierzcie mi – po tylu dniach w pokojach bez okien to wydaje nam się luksusem. Jest tak brudne, że niewiele przez nie widać – ale można uchylić szybę i wyglądać na zewnątrz.  Choć ze względu na wszechobecny pył unoszący się z drogi, to nie jest dobry pomysł. Całe szczęście to drugie piętro, więc pyłu mniej, za to hałas przeogromny. Ale okno to okno! Rozpusta i rozkosz!

Drobny bakszysz i udaje nam się uzupełnić skład pokoju o papier toaletowy, drugi ręcznik, umyte szklanki oraz żarówkę. Na bogato. Po raz pierwszy od dwóch tygodni wpadam w objęcia wanny. Wprawdzie woda napełnia ją przez pół godziny, ale i tak wzruszeniu nie ma końca. Ogarniamy się, łapiemy oddech i czas obejść okolicę.

Już piąty bankomat działa i wypłaca gotówkę. Za rogiem sklep z pysznym lokalnym rumem w plastikowych butelkach – 0.7 litra za około 12 złotych. Z colą smakuje wyśmienicie. Kilometr dalej jest nawet sklep samoobsługowy – absolutna rzadkość w tej okolicy. Sklep malutki, stojący w wejściu ochroniarz zdaje się zajmować jego znaczną część… ale można kupić produkty spożywcze, które widziały lodówkę i półki. Czego można chcieć więcej od życia?

Nocą zaczynają świecić neony, setki neonów. Prosto w to cholerne okno. Ulica, którą przepływa zwarty ciąg pojazdów, ludzi i zwierząt, grzmi i świeci jakby zbliżał się koniec roku. Zachciało nam się okna… Jednak gdy się już przyzwyczaić, to można ten obraz pokochać. Można palić w oknie papierosa i stać niczym zahipnotyzowany. A może to ten rum tak wpływa na umysł? Można wdrapać się na dach hotelu, po zapuszczonych schodach, a później po drabinie – widok na okolicę jest jeszcze bardziej fascynujący. W oddali ze stacji odjeżdżają pociągi. Wyją i klekoczą, jakby wstyd im było, że nie są w stanie zabrać stąd wszystkich mieszkańców. Andrzej stwierdza jednak, że lokomotywy to radosne rumaki, które cieszą się z ucieczki z tego miasta. Poezja.

Wstaje dzień. Bakszysz pomaga zorganizować śniadanie na dachu. Tylko trzysta metrów dzieli nas od torów, a za nimi Old City. Nieprzebrany tłum ludzi, bagaży, zwierząt, maszyn – wszystko to płynie w tamtym kierunku. Zakładamy buty i przyłączamy się do tego pochodu. Stajemy się częścią zgiełku. Przed nami Old Delhi.