Jestem podróżnikiem. Z racji „wykonywanego” zawodu nie tylko dużo podróżuję, ale i oglądam w mediach społecznościowych setki zdjęć zrobionych przez innych – podobnych mi – podróżników z całego świata. Tysiące fotografii pokazujących piękno miejsc, krajów, kontynentów, całej naszej planety. W ogólnym zachwycie nad pięknem zdjęć pokazujących najbardziej odległe zakątki świata przeszkadza mi tylko jedno: te fotografie zwykle pokazują świat, który nie istnieje.

Kadrowanie, korekta, czy bardzo obecnie popularne tzw. LUTs-y powodują, że zdjęcia są piękne i kolorowe. Pokazują jednak świat zupełnie wypaczony. Nierealistycznie kolorowy lub wpadający w wybraną, nieprawdziwą tonację. Piękne, ale udawane. Dyskusje fotografów na temat wyższości formy nad treścią nigdy się nie zakończą, i trwać będą zawsze. Co jednak wybrać, gdy piękno i prawda leżą po przeciwnych stronach?

Jako podróżnik chciałbym skupić się dziś na jednym z aspektów tej dyskusji: na tym, jak wybiórczo robimy zdjęcia. To oczywiste, że utrwalamy najpiękniejsze miejsca – bez różnicy czy są to obszerne panoramy, czy inspirujące szczegóły. Staramy się, by zdjęcia pokazywały rzecz ładne lub ciekawe. Niecodzienne. Lubimy, gdy ktoś lubi nasze zdjęcia, a ktoś lubi nasze zdjęcia… gdy są ładne i pokazują ładne rzeczy. Nie fotografujemy więc rzeczy zwykłych, codziennych, normalnych. A jeżeli już – to robimy to w taki sposób, by wydobyć z nich niezwykłość wynikającą z kontekstu chwili. I nie ma w tym nic złego – nikt nie oczekuje od nas, że będziemy robić brzydkie zdjęcia w brzydkich miejscach – bo po co?

Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy oglądamy tysiące pięknych zdjęć z całego świata, pokazujących naszą planetę jako miejsce pełne cudów i uroku. Wzdychamy i podziwiamy. Wzruszamy się, zazdrościmy, lajkujemy i pragniemy też tam kiedyś pojechać. Za ocean, w góry, nad krystaliczne rzeki i odległe jeziora. Widzimy nieskażone cuda natury i wierzymy, że tam są – czekają na nas. Prawda jest jednak brutalna: w rzeczywistości większość tych miejsc to śmietniki cywilizacji. Śmietniki nie w przenośni, lecz w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Gdyby zdjęcia pokazywały całą prawdę, zobaczylibyśmy piękne miejsca przepełnione stertami śmieci, odpadów, biedy i nieszczęść. Nie tej „biedy” typowej dla tadżyckich staruszek siedzących pośrodku wioski na ławeczce, za których sfotografowanie w sepii podczas zachodu słońca dostaje się nagrodę Grand Press Photo. Nie „śmieci” Azji, którym kolorytu dodają mieszkające tam dzieci i ich łapiące za serce historie. Gdyby zdjęcia pokazywały prawdę, to pokazywałyby zwykłe i codzienne czynności: pływające po jeziorach butelki, zakiepowane w piasku niedopałki papierosów na plaży, wyrzucony na leśnych polanach zepsuty sprzęt AGD. Prawdziwe zdjęcia pokazywałyby miliony ton codziennie produkowanych opakowań. Takich zdjęć nikt nie chciałby jednak oglądać. Nikt ich więc nie robi. Robimy tysiące zdjęć, w których cały ten niszczący naszą planetę dorobek cywilizacji jest poza kadrem. Dzięki temu nadal możemy, siadając do komputera i oglądając obrazki z odległego świata, spokojnie wzdychać i podziwiać.

Tymczasem w rzeczywistości wszystkie kontynenty dosłownie toną w śmieciach. Geolodzy nadali już nawet specjalną nazwę warstwie ziemi, którą stworzyli ludzie. To antropocen – warstwa geologiczna, stworzona przez naszą cywilizację. Jest to zalegająca niemal całą planetę (zarówno lądy jak i dna oceanów) warstwa osadów pochodzenia technicznego i technologicznego, mówiąc wprost: śmieci. Tak zaśmieciliśmy naszą planetę, że odpady nie są już miejscowe, lokalne, zdarzające się od czasu do czasu. Śmieci jest tyle, że stanowią odrębną warstwę geologiczną.

Podróżowałem po pełnych śmieci kamienistych pustyniach Iranu. Widziałem wielkie rzeki Azji, które służą jako ścieki transportujące odpadki setek milionów ludzi wprost do oceanów. W Nepalu przedzierałem się przez góry plastiku uniemożliwiające przejście na drugą stronę ulicy. W Afryce siedziałem przy płonących całymi dniami ogniskach zasilanych wszystkim, co tylko da się spalić. Żadnej z tych rzeczy nie widziałem w mediach społecznościowych przepełnionych spektakularnymi zdjęciami piękna natury. Na co dzień wolimy serwować sobie zdjęcia kadrowane, koloryzowane, przerabiane, oszukujące nas. Pokazujące nieprawdziwą Azję i nieistniejącą Afrykę. Czym brudniej w rzeczywistości, tym czyściej na naszych zdjęciach.

Zapraszam Was na krótką wycieczkę fotograficzną.

W Afryce uważa się, że wszystkie odpadki należy wyrzucić za okno. Do rana posprząta je… wiatr. I rzeczywiście,  jeszcze kilkanaście lat temu metoda ta nadspodziewanie działała – wiatr wywiewał śmieci w busz, gdzie znikały w bezkresie kontynentu. Ale Afryka co kilkadziesiąt lat podwaja liczbę swojej ludności i ta metoda przestała niedawno działać. Tę samą ilość śmieci którą wiatr rozwieje, tej samej nocy ten sam wiatr przywieje do wiosek i miasteczek z drugiej strony. Śmieci zapełniły już Afrykę tak skutecznie, że stały się surowcem naturalnym dostępnym dla każdego, stały się podstawowym źródłem ciepła: coraz rzadziej nocne ogniska płoną zasilane chrustem. Po co chodzić i zbierać drewno, skoro zawsze i wszędzie pod ręką są… śmieci? Są one niewyczerpalne, odnawialne i ogólnie dostępne. Są także tanie! Nie dziwcie się więc, że pół dzisiejszej Afryki pali śmieciami.

Inną ścieżką podąża Azja. Tutaj śmieci wrzuca się do rzek. Prosto do strumieni lub obok – dzięki częstym powodziom nie trzeba zadawać sobie nawet trudu wrzucania ich w środek nurtu. Wystarczy wyrzucić na brzeg koryta, a wiosną lub jesienią najbliższa powódź wszystko sprzątnie. Widziałem całe szeregi ciężarówek po prostu wyrzucających odpady z mostów do rzek. Nie zrzucam jednak winy na te ciężarówki. To wina zwykłych, normalnych, dobrych ludzi – którzy każdego dnia robią mały, niewielki grzech. Ale ten niewielki grzech pomnożony przez cztery i pół miliarda mieszkańców staje się Grzechem Głównym.

Wczoraj oglądałem news ze Słowacji, zilustrowany zdjęciem bloku mieszkalnego aż do wysokości okien parteru otoczonego przez śmieci. Przez śmieci wyrzucane z okien… mieszkańców wyższych pięter. Wstrząsający widok? W Nepalu to normalna, codzienna procedura: wszystko co niepotrzebne spycha się pod koniec dnia po prostu za okno, na chodnik. Dalej zmyją deszcze. Rankiem nie będzie nawet co sfotografować.

Sprytną taktykę stosują mieszkańcy Wietnamu, Kambodży i Laosu. Przez ich kraje przepływa ogromna rzeka: Mekong. Dzięki niej mają zagwarantowany bezpłatny odbiór wszelkich nieczystości. Te płynne wylewa się wprost do rzeki, te stałe zawiązuje się w szczelne, 200 litrowe plastikowe worki i puszcza z prądem. Dzięki uwięzionemu w środku powietrzu worki unoszą się na powierzchni rzeki, i płyną tygodniami – aż do Oceanu Indyjskiego. W bocznych odnogach rzeki – setki worków, w jej głównym nurcie tysiące, u ujścia zaś? Dziesiątki tysięcy worków pełnych śmieci majestatycznie płynących niczym ogromna flota. Gdy wynajmiecie rejs po Mekongu będziecie mogli podziwiać ten niesamowity, zapierający dech w piersiach codzienny spektakl.

Wiele mówi się o Indiach: że to koszmarne miejsce, że nie dla każdego. Że smród, brud, śmieci. Że „to niewyobrażalne w jakich warunkach żyją tam ludzie!”, i że „nie każdy jest w stanie zaakceptować to okropieństwo”. A jednak jesteście w błędzie. W Indiach jeszcze nie ma śmieci, Indie dopiero się rozkręcają.  Musimy chwilkę poczekać… Indie pokażą za kilka, kilkanaście lat co znaczy prawdziwy śmietnik.

Czasem w Internecie natrafimy na wzruszające zdjęcia zwierząt uwięzionych przez śmieci: rozrośnięte w butelkach, zaplątane w sieci, zdeformowane. Złorzeczymy wtedy, narzekamy, płaczemy – nad losem pelikana, żółwia, małpy czy jeża. Tymczasem zamiast płakać nad losem zwierząt, powinniśmy płakać nad własnym losem. Zamiast tego gdy otrzemy łzy, pójdziemy do sklepu na zakupy: kupimy ogórek w folii (nikt nie wie po co ta folia, ale producentom tak zapakowany ogórek lepiej się sprzedaje), dwa litry wody w butelkach po 250 ml (bo wygodniej pić z mniejszych), chleb wpakujemy w kolejną reklamówkę (żeby się nie pobrudził o rzodkiewki i sałatę, które zresztą także zapakujemy w folię – by nie pobrudziły się mąką od chleba).

Do tego kupimy paczkę parówek – jakżeby inaczej foliowaną (osobno cała paczka, osobno każda parówka), do tego dorzucimy sześciopak kefirów w grubych butelkach z plastiku, lody w plastikowym pudle a na wieczór cztery piwa bezalkoholowe – w bezzwrotnych butelkach. Dorzucimy jeszcze paczkowany ryż w woreczkach po 100 deko oraz serki topione – każdy o wielkości kciuka, ale zapakowany w sreberka żeby nie stracił wilgotności. Do tego ser żółty (cała paczka, ale obowiązkowo pakowany każdy plasterek osobno), dwunastopak mlecznych eko-napojów (bo dbamy o zdrowie swoje i swoich dzieci) – każdy w pięknym, beczułkowatym plastikowym opakowaniu po 25 ml. Na odchodne kupimy jeszcze po drodze kawę w kubku, z rurką, patyczkiem oraz słodzony cukrem z opakowań po 5 deko. Kubek wyrzucimy, rurkę wyrzucimy, patyczek i papierki od cukru też. Ale posegregujemy więc jest ok!

Opowiadam o Afryce, o Azji, mógłbym poopowiadać też o wielu wyspach na oceanach, które zwiększają swoją powierzchnię dzięki pływającym śmieciom trafiającym na nie podczas sztormów. Kiwamy głowami i myślimy: ale te odległe kontynenty to dzicz niecywilizowana! Tylko śmiecą i śmiecą! Ale niestety… to nasza Europa wciąż jest jednym z najbardziej zaśmieconych miejsc na świecie. A Polska jest jednym z najbardziej zaśmieconych krajów Europy.

Jak to możliwe? „To nie jest prawda!” powiecie. Owszem, czasem trafi się jakieś nielegalne wysypisko śmieci. Czasem jakiś bałagan nad brzegiem jeziora. Ale żeby porównywać Polskę z Indiami? To już przesada!

Otóż nie. Śmieciowa tajemnica sukcesu Polski tkwi w roślinności, która gęsto pokrywa cały teren naszego kraju. Piękna, jadowita zieleń równiny środkowoeuropejskiej w ciągu jednego roku potrafi ukryć w swoim wnętrzu ogromne ilości butelek, petów, tamponów, pieluch, części samochodowych i paczek po jedzeniu z fast foodów. Wszystko to jesienią przykryją zbawcze liście, zimą śnieg, a wiosną ponownie budząca się do życia przyroda. Ale cały ten syf, cały ten śmietnik – wciąż tam jest pod naszymi stopami i zalega coraz grubszą warstwą. Afryka śmieci pali, Azja spuszcza rzekami do oceanów, a Europa… zakopuje pod szatą roślinną.

Nie wierzycie? Przespacerujcie się nad brzegiem jakiejś rzeki czy jeziora. Przyjrzyjcie się pozostałościom po biwaku „turystów”. Odgarnijcie trawę, liście, jeżyny. Doznacie objawienia. Zobaczycie cuda skryte do tej pory przed Waszymi oczami. „Przecież segregujemy!”

Niedawno rozmawiałem ze znajomym rolnikiem. Ot, taka historyczna pogawędka. Wspomniałem stare powiedzenie ludzi żyjących na wsiach – „ziemia rodzi kamienie”. Skąd takie powiedzenie? Podczas prac pługiem znajdujące się blisko powierzchni ziemi kamienie naruszają się i „wychodzą” na powierzchnię. Znajomy spojrzał się tylko na mnie, wskazał na pole i powiedział: „Widzisz tu jakieś kamienie?”. „Nie, nie widzę”. „A co widzisz?” Popatrzyłem: pole był świeżo przekopane. Trochę śmieci zdążył już nawiać wiatr. „No śmieci widzę”. „Tak, masz rację, dzisiaj ziemia nie rodzi kamieni – rodzi puszki po piwie, prezerwatywy i tampony.”

Kilka lat temu osiedliłem się nad jeziorem. Kupiłem cudowną działkę w tzw „dziczy”. Czterdzieści metrów linii brzegowej – zieleń, tatarak, kaczki, kawałeczek plaży wydeptany przez okolicznych wędkarzy. Cud natury, ostoja pierwotnego piękna nietknięta łopatą… Tak to wyglądało na pierwszy i drugi rzut oka. Tymczasem w ciągu trzech miesięcy z samej tylko linii brzegowej wyciągnąłem dwadzieścia 150-litrowych worków pełnych śmieci. Czego tam nie było! Żyłki wędkarskie i pudełka na robaki. Siatki. Podbieraki. Koc elektryczny. Kilkadziesiąt butelek po piwie i drugie tyle puszek. Radio, pół roweru, dziurawe wiadro, 30 metrów grubego łańcucha oraz deskę do windsurfingu wraz z masztem. Moja ziemia urodziła też: prezerwatywy, podpaski, pieluchy, koszulki, słoiki, blaszane konserwy i monety. Była także opona oraz – klasyka gatunku (!) – dziurawe trampki. Zresztą jezioro rodzi do dziś – po kilku latach wciąż woda wyrzuca na wiosnę różne „skarby”.

Pisząc ten artykuł otworzyłem przed chwilą lodówkę by coś przekąsić. Jedynym niepaczkowanym produktem jaki w niej znalazłem jest cytryna. Mój kot zajada się właśnie przekąską z foliowej saszetki, a ja tyję od cukierków w sreberkach. Jeden cukierek = jeden papierek. Nie jestem niewinny. Wszyscy jesteśmy winni. I wszyscy jesteśmy skazani.

Muszę kończyć. Wracam do przeglądania na portalach społecznościowych zdjęć ze wspaniałych podróży moich znajomych i nieznajomych. Boże, jaki ten świat jest piękny.

PS. Zamieszczone w tym artykule zdjęcia nie są jakoś szczególnie szokujące. Nie było moją intencją by szokować czy zamieszczać zdjęcia śmietników. Natomiast dokonując wyboru fotografii starałem się, by oba zdjęcia dotyczące jednego kraju / miasta pokazywały to samo miejsce – w innym ujęciu, w oddaleniu lub przybliżeniu, z innego punktu widzenia, z szerszego planu itd. W ten sposób mam nadzieję, że udanie zilustruję temat artykułu – robiąc piękne zdjęcia, nie pokazujemy całości.

Wystarczy, że wyjdziecie za swoje podwórko, a znajdziecie – bez trudny – bardziej ekstremalne lokalizacje w swoim otoczeniu (niestety bez względu na to, gdzie mieszkacie…)