Przyznam się: absolutnie nie pamiętam czemu piętnaście lat temu nie było mnie w Sielpi. Pamiętam, że miałem zaproszenie, pamiętam, że pamiętałem żeby być, i zupełnie – ale to ZUPEŁNIE – nie pamiętam, czemu mnie tam nie było. Choć słysząc do dziś krążące o tym maratonie (i imprezie po nim!) wspomnienia biegaczy zaczynam podejrzewać, że może byłem ale… mam prawo nie pamiętać 🙂

Tym razem, z 15-letnim opóźnieniem (ale jednak!) udało mi się dojechać na kontynuowany od tamtego czasu maraton Wojtka Paska. Bo choć maraton ma swoją nazwę która brzmi „Cross Maraton Przez Piekło do Nieba” to wszyscy zawsze mówią „jedziesz do Wojtka”? I to chyba tłumaczy wystarczająco szczegółowo tajemnicę legendy, która otacza tę imprezę. Takich maratonów „u Wojtka, Tadka, Ryśka” mamy w Polsce kilka.

Maraton z pewnością do łatwych nie należy. Albo powiem inaczej: nie należy do maratonów, które są przeznaczone dla tych, którzy chcieliby mieć łatwo. Niby tylko trawa i las… ale nogi bolą, łydki palą, no i trzeba biec aż sześć razy to samo – 7 kilometrowe – kółko. Jakby się miało 7-kilometrowe buty, było by ciekawie! Zaczynamy w Niebie i w Niebie kończymy, choć sześć razy przebiegamy także przez Piekło. Historię tych nazw opisuję w filmie, więc nie będę jej tutaj powtarzał: ciekawych zapraszam do telekina.

I tak teraz sobie pomyślałem: 50 lat biegania to jubileusz taki w sam raz do obchodzenia. Wojtek nie za stary, nie za młody. Jeszcze pamięta od kiedy biega, a już nie ma potrzeby się tym chwalić. Ja myślałem, że jestem matuzalemem biegania… a tu proszę: taki Wojtek! 🙂

Chociaż nie, wróć! Jakby policzyć lata od mojego pierwszego startu w biegach, zajęcie pamiętnego 3 miejsca na stadionie w Górze Kalwarii na dystansie 1000 metrów podczas Gminnych Dożynek 1988, to biegam od 33 lata – też ładna, okrągła liczba. Jeszcze 17 lat i mam jubileusz. Szybko zleci!