Ci wszyscy, którzy śledzą moje maratońskie podróże i starty wiedzą, że podczas każdego z maratonów w których uczestniczę kręcę filmy. Po zeszłotygodniowym bardzo słabym starcie w maratonie w Bratysławie zacząłem mocniej niż zwykle zastanawiać się na ile podczas maratonów przeszkadza mi kamera: troszeczkę, sporo czy może bardzo dużo? Postanowiłem to sprawdzić podczas maratonu w Hamburgu, w którym wystartowałem w minioną niedzielę. 

Aby przekonać się jaki wpływ na uzyskiwane wyniki ma równoczesne kręcenie filmów zdecydowałem „poświęcić” Hamburg i nie używać podczas tego maratonu kamery. Oczywiście zabrałem ją ze sobą do plecaka na trasę by mieć pamiątkę choć ze startu i mety, ale założyłem, że podczas biegu nie będę jej używał. Tym razem miałem biec skoncentrowany i nastawiony „na wynik”. Żadnym głupot, żadnych tańców wokół orkiestr, żadnego bratania się z kibicami, żadnego nagrywania ładnych dziewczyn itd.

Prawie się udało, gdyż kamerę włączyłem tylko raz podczas przelotnego deszczu (który przy okazji przemoczył mikrofon teoretycznie wodoszczelnej GoPro). A z wygłupów nie miałem serca odpuścić tylko jednego – przybijania „piątek” zgromadzonym na trasie kibicowskim maluszkom. Poza tymi dwoma wyjątkami na całej trasie maratonu zachowywałem się jak przedstawiciel klasy wyższej biegaczy – jak prawdziwy ścigacz: koncentracja jakby od tego zależało moje życie 🙂

Zanim opowiem o efektach biegania bez kamery, kilka słów o samym maratonie. Po pierwsze: zeszłoroczny maraton w Hamburgu nie odbył się. Z jakiej przyczyny? Zgadnijcie! Po drugie impreza ta należy do jednych z największych i najlepiej zorganizowanych biegów tej klasy w Niemczech: jest wprawdzie poza pierwszą trójką, ale w pierwszej dziesiątce. W roku 2019 finiszowało tutaj ponad 10 tysięcy maratończyków (dokładnie: 10.101 finiszerów) oraz trzy tysiące półmaratończyków. Organizatorzy w tym roku bardzo starali się zorganizować imprezę – walcząc z tymi samymi problemami co organizatorzy w wielu innych krajach, w tym i w Polsce. Ostatecznie udało się dopuścić do startu wyłącznie osoby posiadające szczepienia i stosowne certyfikaty medyczne. Efekt? Metę osiągnęło 1978 maratończyków i 818 półmaratończyków. To mniej więcej 1/5 liczby biegaczy sprzed dwóch lat, co w kontekście spadków frekwencji na biegach w Polsce pozostawiam Wam do samodzielnej oceny.

Maraton pod względem technicznym zorganizowany jest perfekcyjnie. Jeżeli już udało się wystartować, to na samej trasie mogliście poczuć się jak przed pandemią: szerokie, liczne i świetnie wyposażone punkty żywieniowe, a na nich woda, napoje, jedzenie – wszystko otwarte i podawane do ręki. Liczni kibice na trasie, który gorąco dopingowali pomimo apeli organizatorów o niegromadzenie się. Kibice zupełnie nie przejmowali się jednak tym apelami: wychodzili przed domy wystawiając stoły pełne jedzenia, piknikowali na trasie, na biegaczy czekały tłumy dzieciaków. Kibiców były także balkony, chodniki, zakręty.

W kibicowaniu doskonale pomagało perfekcyjne zabezpieczenie trasy: była ona poprowadzona szerokimi drogami, na których ruch był zamknięty na wszystkich pasach. Nie było nawet wahadeł i przepustów komunikacyjnych – tego dnia miastem w stu procentach rządził maraton. W efekcie takiego rozwiązania kibice opanowawszy drogi mogąc dopingować biegaczom niczym podczas wielkich kolarskich tourów – tworząc szpalery. Efekt przeszedł moje oczekiwania i serio żałuję, że nie mogłem włączyć kamery!

A teraz do rzeczy: okazało się, że rzeczywiście bieganie bez kręcenia filmów pomaga. Mój czas netto wyniósł na mecie 04:09:45, czyli był o 45 minut lepszy niż uzyskany tydzień temu w Bratysławie, i o 19 minut lepszy niż dwa tygodnie temu w Rydze. Przez całą trasę nie miałem żadnego kryzysu, choć to także zasługa fajnej temperatury (15-20 stopni) oraz świetnie rozłożonych i zaopatrzonych punktów żywieniowych. Biegło się po prostu super. Choć przyznać muszę, że trasa wcale nie była płaska – łącznie wyszło 180 metrów przewyższeń, a podbiegi znajdowały się w większości na drugiej, czyli trudniejszej, połówce dystansu.

Podsumowując muszę pochwalić Hamburg: w końcu, poza potrzebą posiadania certyfikatów, można było pobiec maraton jak za starych, dobrych czasów. Choć jako ciekawostkę dodam, że w Niemczech nadal panuje zakaz organizacji imprez masowych – dla maratonu w Hamburgu zrobiono jednak wyjątek.

Na koniec nieco dziegciu. Bieganie maratonów takich jak Hamburg to nie jest tania przygoda. Startowe wynosiło 95 euro plus 5 euro za wypożyczenie elektronicznego chipa plus jeszcze kolejne pięć za elektroniczną płatność. W pakiecie zaś… medal. Koszulki płatne było dodatkowo – ale na wydatek następnych kilkudziesięciu euro już się nie zdecydowałem. Był jeszcze bonus dla zmęczonych finiszerów: jeżeli ktoś zapomniał oddać na mecie chipa w specjalnym punkcie, kosztowało go to kolejne 25 euro ściągane przez organizatorów z konta bankowego. Kiepska sprawa…

Niemcy były moim 52 krajem w którym pobiegłem maraton. Krajów na świecie jest nieco ponad dwieście, więc czuje się jakbym był na dziesiątym kilometrze tego maratonu. Nawet jeszcze nie jestem spocony wysiłkiem 🙂

Hamburg Marathon 2021 – Polacy:

67 Konik, Jaroslaw (POL) – 02:59:07
104 Dlugosz, Marcin (POL) – 03:05:10
207 Wawrzyniak, Pawel (POL) – 03:18:31
257 Borsiak, Krzysztof (POL) – 03:23:49
418 Zdunek, Michal (POL) – 03:33:24
501 Krasicka, Malgorzata (POL) – 03:39:04
755 Waclawski, Jacek (POL) – 03:52:26
1131 Walczewski, Michal (POL) – 04:09:45
1140 Troscianczyk, Piotr (POL) – 04:10:14
1349 Mikolajczak, Marek (POL) – 04:20:41
1397 Grzesiok, Wojciech (POL) – 04:23:11
1618 Wieczorek Ciuk, Marta (POL) – 04:39:37
1625 Golba, Jerzy (POL) – 04:40:26
1827 Borkowski, Marcin (POL) – 05:01:17