Jako osoba zarażona pasją podróży zwiedzam różne miejsca – począwszy od zamków i twierdz, poprzez cuda natury, jaskinie i podziemia – aż po cmentarze, wsie, miasta, czy nietypowe muzea i punkty widokowe. Od pewnego czasu na mojej liście zainteresowań znalazły się także rozsiane po całym świecie obiekty z listy dziedzictwa UNESCO. Z nimi mam jednak pewien problem – całkiem spora część z 1154 znajdujący się tam obiektów to kościoły. Tymczasem kościołów zwiedzać… po prostu nie lubię. Myślałem, że owa niechęć zostanie ze mną już do końca życia, tymczasem wszystko obróciło się o 180 stopni podczas moich przypadkowych odwiedzin drewnianego kościoła w Orawce. I o tym chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.

Skąd tak głęboki uraz do zwiedzania kościołów? Pozostała mi on po tym, jak kilkanaście lat temu wyjechałem na „firmowe zagraniczne szkolenie” z korporacji, w której miałem przyjemność pracować. Kilka dni spędziliśmy wtedy we Lwowie, a firma wynajęła nam przewodnika, który ambitnie przeciągnął nas po całym mieście oprowadzając po… wszystkich możliwych kościołach. Zwiedziliśmy ich wtedy chyba osiem, a ta gehenna trwała dobre dziesięć godzin. Powiedziałem sobie wtedy „nigdy więcej zwiedzania kościołów”.

Ciekawość obiektów UNESCO oraz niechęć do zwiedzania kościołów spotkały się ze sobą niespodziewanie tydzień temu, gdy wybrałem się na Słowację. Jeden z tamtejszych wpisów na liście dziedzictwa UNESCO jest nazwany jako kompleks „Drewnianych kościołów i cerkwi w słowackiej części regionu Karpat”. Składa się na niego osiem obiektów (trzy cerkwie, trzy świątynie protestanckie oraz dwa kościoły rzymskokatolickie) – a że kilka z nich było mi po drodze, postanowiłem zacisnąć zęby, i odwiedzić je z aparatem fotograficznym – dać im szansę, i choć przelotnie rzucić okiem. Ponieważ najciekawsze rzeczy podczas podróży zdarzają się najczęściej zupełnie przypadkowo, liczyłem, że być może i tym razem też tak będzie.

Co wydarzy się podczas jazdy od jednego kościoła do drugiego? Chciałem dać się zaskoczyć, i okazało się, że miałem… prawie rację. Owa niespodzianka, najciekawsze co miało mnie spotkać tego dnia, dopadło mnie bardzo szybko: zanim jeszcze przekroczyłem granicę Polsko – Słowacką!

Będąc kilkanaście kilometrów przed granicą przypomniało mi się, że na słowackich drogach obowiązują elektronicznie kupowane winiety. Zjechałem więc na pierwszy lepszy parking, który nawinął się po mojej prawej stronie. Nie miałem pojęcia gdzie jestem, nie planowałem zatrzymywania się przed granicą. Ot, jakaś wioska i całkiem spory kawałek parkingu. Idealnie na szybką techniczną przerwę.

Spojrzałem przed siebie dopiero gdy zatrzymałem się i wyłączyłem silnik. Przede mną wznosił się całkiem pokaźnych rozmiarów kościół. Drewniany. Wysiadłem, w gąszczu podejrzanych stron udających pośredników odnalazłem oryginalną słowacką witrynę i kupiłem za 10 euro winietę. Był słoneczny poranek, wokół spokój i cisza. Wtedy dopiero przyjrzałem się dokładniej znajdującej się kilkanaście metrów przede mną budowli. Przysadzisty, częściowo drewniany, częściowo kamienny kościół wyglądał dokładnie tak samo jak obiekty będące celem mojej wyprawy. Tyle tylko, że zamiast na Słowacji znajdował się w Polsce. Wszędzie pusto, ale w pewnej chwili mignęła mi sylwetka jakiejś osoby jakby przekradającej się pomiędzy kościołem a jego bramą wejściową. „Nie lubią tutaj obcych” pomyślałem. „Ktoś czmycha, by nie musieć męczyć się z pytaniami turysty„.

Mój wzrok przyciągnął pomnik lotników stojący pośrodku niewielkiego cmentarza otaczającego kościół. „A niech to, skoro jadę fotografować słowackie drewniane kościoły, to mogę przy okazji zrobić jedno zdjęcie i po Polskiej stronie. W razie potrzeby będzie materiał porównawczy.” – uznałem.

Obszedłem kościół dookoła, zrobiłem kilka zdjęć. W planie przeznaczyłem na to niespodziewane i błyskawiczne zwiedzanie dosłownie kilka minut. Czas naglił, a czekała na mnie Słowacja! I tutaj skończyłaby się ta historia, gdyby nie „przekradająca się”, nieznana mi osoba, którą wcześniej zauważyłem kątem oka. To była Pani Lucyna – tutejsza przewodniczka i opiekunka tego miejsca. Okazało się, że ona wcale przede mną nie czmychała… Wręcz przeciwnie! Ona zastawiała na mnie sidła.

– To co, otwieramy kratę i wchodzimy do środka? – zapytania niespodziewanie, gdy przechodziłem obok niej wracając już do samochodu. Popatrzyłem na zegarek. „No dobrze” – postanowiłem – „trzy minuty mnie nie zbawią.” W ten oto sposób wpadłem w zastawioną zasadzkę.

Kościół w Orawce (bo tak nazywa się wioska, w której przypadkiem się zatrzymałem) zbudowano w latach 1650-1656. Później był kilkukrotnie przebudowywany, a o część kamienną wzbogacił się w 1728 roku. Co ważne, w XVII wieku te tereny należały do Węgier, nie dotarli więc tutaj Szwedzi pustoszący ówczesną Rzeczpospolitą. Dzięki temu drewniany kościół nie zamienił się w uwielbiane przez Szwedów popioły i zgliszcza. 

Przed kościołem znajduje się jeden z niewielu w naszym kraju tzw. słupów morowych – rzeźba w formie słupa, która chronić miała okolicę i jej mieszkańców przed zarazą (bądź też stawiana była, by ową zarazę przepędzić). Budowla powstała w 1758 roku i miała duże znaczenie dla mieszkańców – region Orawy był miejscem w którym wielokrotnie wybuchały tego rodzaju klęski. Pomiędzy XV a XVIII wiekiem Orawa leżała na trasie ważnego szlaku handlowego łączącego północną Europę z południową. Ciągnęły tędy kupieckie wozy pełne nie tylko wszelakich dóbr, ale i najnowszych szczepów chorób, bakterii oraz pasożytów które uznały, że czas opuścić już sierść nietoperzy. Karawany wlekły więc ze sobą zarówno czerwonkę, cholerę jak i ospę. Epidemie wybuchały regularnie, zbierając co kilkanaście lat obfite żniwa.

Słup morowy chroni jednak nie tylko przed zarazą: dzięki znajdującym się na nim rzeźbom patronów chronić miał także przed  innymi niszczycielskimi zdarzeniami: ogniem i piorunem. I wygląda na to, że wciąż robi to skutecznie – w 1950 roku wybuchł we wsi pożar, który strawił okoliczne, kryte jeszcze strzechą domostwa. Spłonęło osiem chałup, ale stojący między nimi drewniany kościół uchronił się przed ogniem. W tym samym roku w wieżę uderzył także piorun – jak mówią miejscowy „zszedł do ziemi” nie powodując jednak żadnych zniszczeń.

Samo wnętrze kościoła jest niezwykle kolorowe. Liczące sobie setki lat deski ścian i sufitów pokryte są  wizerunkami świętych, diabła (!), oraz Matki Świętej – która w tym przypadku ma wyraźnie bojowy wyraz twarzy, symbolizujący walkę z niepopularnym i zwalczanym kiedyś w tym regionie luteranizmem. Uwierzcie mi, że same ściany oglądać można godzinami.

Mnie osobiście bardzo przyciągał grób lotników, znajdujący się przed kościołem. To miejsce w którym pochowano polskich lotników, którzy zginęli zaledwie kilkaset metrów stąd wykonując 3 września lot bojowy nad ugrupowaniami niemieckimi. Zostali zestrzeleni podczas wyprawy bombowej kilku samolotów PZL-P23 Karaś (lekki przedwojenny polski samolot bombowy wyprodukowany w dwóch wersjach w łącznej liczbie 280 egzemplarzy). Jeden z naszych samolotów w drodze powrotnej został zestrzelony przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą – zginęło dwóch pilotów, ppor obs. Tadeusz Prędecki oraz kpr. Rudolf  Widuch. Trzeci z lotników, plut. Aleksander Rudkowski zdołał wyskoczyć na spadochronie i ciężko ranny trafił do niemieckiej niewoli.

Tak tamtą bitwę powietrzną opisał porucznik pilot Stanisław Pietruszka: „Zbliżamy się do lotniska. Serce mam pełne radości […] Przyleciałem pierwszy! Wysiadam z grata i oglądam go. Su…syny zrąbali mi stateczniki, ale to głupstwo, dziury się jakoś załata, względnie da się nowe. Powoli zlatuje się reszta maszyn, każda z pamiątkami od kul niemieckich. Jednej jednak załogi na próżno oczekiwaliśmy. Nie wróciła i już nigdy nie wróci.  Koledzy […] widzieli jak ich maszyna dostała się w wiązkę pocisków artyleryjskich i została – jak zabawka – rozdarta w powietrzu. Zginęli ppor. obs. Prędecki, kpr. pilot Rudy i strz. samolotu…

Jak się okazało po wojnie, Rudkowski przeżył skok na spadochronie. Dołączył do swoich towarzyszy  – symbolicznie – w 2014 roku, w 75 rocznicę zestrzelenia ich samolotu. Do grobu przyjaciół złożono wtedy ziemię pobraną z jego grobu.

Zwiedzanie kościoła w Orawce zajęło mi dobrą godzinę. Mógłbym tu spędzić drugie tyle, ale czas naglił – czekały na mnie kościoły słowackie, te z listy UNESCO. Na odchodne Pani Lucyna rzuciła na mnie „klątwę” – „Ponieważ widział Pan już nasz kościół, żaden z kościołów na Słowacji nie zrobi na Panu większego wrażenia„. Uśmiechnąłem się, ale owa „klątwa” okazać się miała wkrótce prawdziwa. Rzeczywiście drewniany kościół w Orawce – jeżeli można tak powiedzieć… bije konkurencję o dwie długości.

Kilka dni później, już telefonicznie, rozmawiałem z Panią Lucyną o tym, czemu słowackie kościoły znalazły się na liście dziedzictwa UNESCO, a ten Polski, w Orawce – położony zaledwie dwanaście kilometrów od granicy – nie. Takie wspólne wpisy kulturowe na listach UNESCO, tzw. transgraniczne czy ponadregionalne, złożone z kilku obiektów, to nic niezwykłego. Dlaczego więc pominięto niewątpliwie najpiękniejszy z kościołów drewnianych regionu? Pani Lucyna od jedenastu już lat jest tutejszym przewodnikiem, który „zaczaja się” na zagubionych turystów tak jak na mnie owego poranka. Odpowiedziała mi jednak wymijająco, przyznając, że były dwie próby wciągnięcia kościoła na listę oczekujących do przyjęcia na listy UNESCO. Obie próby nie powiodły się z przyczyn… pozamerytorycznych. Kościołów rzymskokatolickich w UNESCO jest bardzo dużo, więc dla zróżnicowania wybrano w 2008 roku osiem drewnianych obiektów:

– trzy kościoły protestanckie,

– trzy cerkwie greckokatolickie, 

– dwa kościoły rzymskokatolickie.

Jakbym nie patrzył, jakbym nie zmieniał kolejności, jakbym nie próbował mieszać tym wykazem – za każdym razem wychodzi mi ten sam wynik: do równowagi na liście brakuje jednego kościoła rzymskokatolickiego. Orawka cierpliwie czeka na swój czas.

Dziękuję Pani Lucynie Borczuch za oprowadzenie oraz opowieści. Więcej informacji znajdziecie na stronie orawka-kosciol.pl