Przez wiele stuleci archipelag Svalbardu traktowany był jako tzw. ziemia niczyja, na którą zapuszczali się okazjonalnie tylko wielorybnicy oraz Pomorcy – rybacy pochodzący z północnych wybrzeży Rosji. Na przełomie XIX i XX-wieku – w okresie arktycznych wypraw badawczych – Spitsbergen stał się ważną bazą umożliwiającą penetrowanie obszarów morskich położonych jeszcze bardziej na północ, aż po biegun. To właśnie z tego archipelagu w 1896 roku wystartował balonem Szwed Salomon August Andree w swoją epicką wyprawę nad Biegun Północny; wyprawę którą przypłacić życiem.
W drugiej połowie XIX wieku na opuszczonym już przez wielorybników archipelagu odkryto duże pokłady węgla. Ponieważ surowiec ten pełnił ogromną rolę w ówczesnym świecie zdominowanym przez rewolucję przemysłową, kilka firm – norweskich i rosyjskich – wyraziło zainteresowanie jego eksploatacją. Sytuacja ta sprawiła, że niezbędne stało się określenie międzynarodowego statusu liczącego sobie aż 62 tysiące kilometrów kwadratowych powierzchni archipelagu.
Sprawę rozstrzygnął podpisany 9 lutego 1920 roku w Paryżu tzw. Traktat Spitsbergeński, który przyznał wyspy Norwegii – z dość nietypowym zastrzeżeniem, że wszystkie kraje będące jego sygnatariuszem zyskują prawo nie tylko do osiedlania się na archipelagu, ale także do eksploatacji jego zasobów naturalnych – zarówno morskich jak i lądowych. Oznaczało to, że każdy z krajów (początkowo było ich dziewięć – USA, Norwegia, W.Brytania, Dania, Francja, Włochy, Japonia, Holandia i Szwecja – później ich liczba została zwiększona do 42 – w 1931 roku dołączyła także Polska) uzyskał prawo do prowadzenia badań naukowych, wznoszenia na wyspach swoich osiedli oraz obiektów wydobywczych. Jednocześnie Norwegia została zobligowana, by utrzymywać status archipelagu jako terytorium zdemilitaryzowanego.
Ze względów ekonomicznych – przewidywany wysoki koszt funkcjonowania kopalń oraz poważne wyzwania związane z przygotowaniem zaplecza umożliwiającego transport wydobytego węgla do Europy – na rozpoczęcie wydobycia zdecydowały się tylko dwa kraje: Norwegia i Związek Radziecki, który dołączył do traktatu w 1935 roku. ZSRR otworzył kilka obozów, które zmieniono następnie w stałe osady górnicze: Pyramiden, Grumantbyen oraz założony przez Holendrów w 1920 roku i odkupiony przez sowietów w 1932 – bohater dzisiejszego artykułu – Barentsburg.
Już kilka lat później – w 1937 roku – Barentsburg stał się największą osadą na Spitsbergenie – liczył sobie ponad 1300 mieszkańców. To ogromna liczba, większa od całej pozostałej ówczesnej populacji archipelagu. Radzieckie kopalnie węgla zwiększały systematycznie wydobycie: w Barentsburgu powstało nadbrzeże, drewniane osiedla oraz pierwsza droga. Powstała także jedyna na archipelagu kolej transportująca wydobywany węgiel z kopalń wprost na statki; te zabierały surowiec w dalszą drogę morską do Murmańska i Archangielska.
Wszystko to funkcjonuje w ekstremalnych warunkach pogodowych: w Barensburgu średnia temperatura dzienna na przestrzeni roku wynosi od -10 stopni w zimie, do +6 w lipcu. Wydaje się, że to dość dużo, jednak wartości średnie zawsze są fałszywe – temperatury minimalne pokazują o wiele gorszy obraz: -37 stopni w lutym i -9 w czerwcu. Do tego dochodzą silne wiatry, sztormy, opady marznącego śniegu oraz pochmurne niebo i trwające od połowy listopada do końca stycznia noce polarne. Archipelag znajduje się w strefie subarktycznej, więc nie występują tu lata. Drewniane budowle i konstrukcje nawet przy prawidłowej konserwacji po kilkunastu latach zamieniają się w butwiejące ruiny.
Pomimo to – a może właśnie dlatego – wśród mieszkańców powojennego ZSRR zatrudnienie na północnych obrzeżach imperium stanowiło powód do dumy i gwarantowało pożądany prestiż. Płace były znacząco wyższe, a świadczenia socjalne bogate. W Barentsburgu znajdowała się sala gimnastyczna, kryty basen, biblioteka – powstały też osiedla bloków wielorodzinnych tak bardzo charakterystyczne w większości krajów byłego Bloku Wschodniego. Było przedszkole i szkoła, do której uczęszczało kilkudziesięciu uczniów, obowiązkowy pomnik Lenina oraz możliwość udziału w programach badawczych, których istnieniem starano się sprawić wrażenie, że nie chodzi wyłącznie o węgiel.
A jednak kiedy 26 grudnia 1991 roku upadł Związek Radziecki okazało się, że Barentsburg jak wiele innych komunistycznych inwestycji nie ma racji bytu w nowej, wolnorynkowej rzeczywistości. W ciągu zaledwie kilku lat wszystkie postsowieckie kopalnie węgla na Spitsbergenie upadły i zostały zamknięte – w Pyramiden w 1998 roku, a jeszcze wcześniej Grumantbyen. Obie osady górnicze porzucono wraz z kopalniami i otaczającymi je osiedlami, dziś pozostały po nich ruiny przypominające miejscami obrazy z Czarnobyla.
Ku zaskoczeniu wielu Barentsburg jako jedyny przetrwał trudne czasy, choć liczba jego mieszkańców spadła do zaledwie trzystu osób. Okazało się, że wydobywany węgiel jest bardzo niskiej jakości, i tak jak wskazywano już kilkadziesiąt lat wcześniej – eksploatacja tutejszych kopalń jest zupełnie nieekonomiczna. Przemysł miał jednak zupełnie inny cel: podtrzymanie sowieckiej – a później rosyjskiej – obecności na Svalbardzie. W ten sposób Rosja z wrodzonym uporem zaznaczała, że jest to terytorium należące do jej strefy wpływów.
Kiedy minęły czasy Jelcynowskiej Wielkiej Smuty, sytuacja powoli zaczęła się poprawiać. Wyremontowano kilka budynków, otwarto hotel i hostel, dwie restauracje, niewielki sklepik z pamiątkami. Miasto jest obecnie samowystarczalne – posiada sprawną, zasilaną lokalnym węglem ciepłownię. Wg oficjalnych danych rocznie wydobywa się tu 120 tysięcy ton węgla; niedużo, ale na lokalne potrzeby wystarcza.
Za cel postawiono sobie stworzenie z upadającego miasta swoistego postsowieckiego skansenu przyciągającego turystów z całego świata – żądnych zobaczenia na własne oczy, jak wyglądał Sowiecki Mir. I rzeczywiście w pewien sposób się to udało: ze stolicy archipelagu – z Longyearbyen – co kilka dni wypływają do Barentsburga statki wycieczkowe wiozące na swoich pokładach turystów z Niemiec, Polski, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii. Miasto stało się atrakcją, choć nie ma właściwie nic do zaoferowania. Sam fakt dotarcia pod pomnik Lenina oraz możliwość zrobienia kilku zdjęć z rozpadającym się w tle imperialnym miastem wystarcza, by zachęcić do przyjazdu turystów.
Tej wizji ulegliśmy i my. Wysiadając w 2016 roku na prostym betonowym nadbrzeżu spotykamy się z młodą rosyjską przewodniczką, która wdraża nas w zasady przemieszczania się po górniczej osadzie. Cały kompleks jest wciąż działającą kopalnią, więc nie do końca można robić co się chce: owszem, po centrum możemy chodzić dowolnie, aczkolwiek nie jest tu dużo przestrzeni – raptem kilka dziurawych ulic, plac, szereg bloków mieszkalno-administracyjnych oraz brunatne przemysłowe konstrukcje. Poza obszar zabudowany wychodzić nie można: zarówno ze względu na kopalnię, jak i na włóczące się po okolicy niedźwiedzie polarne.
Kopalnia funkcjonuje głównie na potrzeby osady: dostarcza węgiel do tutejszej ciepłowni ogrzewającej domy i halę sportową z basenem. Blisko nadbrzeża stoją stare drewniane domy przypominające doskonale mi znane smutne, zniszczone budynki spotykane na Syberii. To częściowo opuszczone rudery, w których nikt już nie mieszka – tutejszym władzom najwyraźniej zabrakło litości, by kazać je wyburzyć. Nieco dalej znajduje się plac ze słynnym pomnikiem Lenina na który dochodzi się drogą ułożoną z betonowych płyt. Obok trafiamy na jedyne prawdziwe skrzyżowanie w mieście, oraz na kilka 2-4 piętrowych bloków mieszkalnych. Kryty basen jest w opłakanym stanie, a mimo to jest czynny i pełen ciepłej wody; pływają w nim Ci, którzy pozwolić sobie mogą na chwilę relaksu. Funkcjonuje także rosyjski konsulat, gdzie w teorii można załatwić różne sprawy związane np. z transferem do Rosji.
Wyłożona drewnianą boazerią ciasna knajpa zlokalizowana na parterze jednego z bloków w pracowniczym mieszkaniu uświadamia nam, że w tym mieście rzeczywiście nie ma co zwiedzać. Można napić się piwa (podobno lokalnego…), zamówić kawę, herbatę, setkę wódki – i to raczej wszystko. Atrakcją są krzywe drogi, rozmokły i zapadający się pod nogami grunt – i tak miało być, tego się spodziewaliśmy. Jest czerwiec, więc niemal lato – a my i tak musimy chodzić ubrani w ciepłe kurtki, futrzane czapki i rękawiczki. Wiatr urywa głowy zastawiając na nas pułapki w przerwach między zabudowaniami. Nie chcę myśleć o tym, jak jest tu w środku zimy.
Snujący się tu i ówdzie Rosjanie starają się nas nie zauważać; odnoszę wrażenie, że doskonale zdają sobie sprawę z tego, że pełnią rolę małp w ogrodzie zoologicznym. Przecież przyjechaliśmy tu zobaczyć właśnie ich – ludzi zagubionych na końcu świata. Czuć, że buzuje w nich napięcie – ale niewiele mogą zrobić; turyści to znacząca część funduszy, które docierają do miasta. Szczęśliwe czasy radzieckie dawno już minęły, kopalnia tylko udaje pracę, a o inne zajęcia bardzo trudno. Wydostać się stąd też nie jest łatwo; żadna droga nie prowadzi do cywilizacji. Barentsburg nie ma swojego lotniska – jedyny port lotniczy jest w stolicy archipelagu, w Longyearbyen, 55 kilometrów na przełaj – i należy do Norwegii. Jeżeli chcesz uciec, to musisz albo użyć helikoptera, albo pojechać skuterem przez bezdroża. Kilka razy w roku przypływa też statek towarowy z Rosji – z zapasami – i zabiera pracowników kontraktowych. Jeżeli w międzyczasie zapadnie trwająca 24 godziny na dobę noc polarna, musisz zaczekać z podróżą do wiosny.
Zdjęcia które oglądacie wykonałem jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Dzień 24 lutego 2022 roku stał się kolejnym momentem zwrotnym w historii Barentsburga. Ponieważ jak już pisałem miasto nie posiada własnego lotniska, to cały ruch turystyczny idzie przez lotnisko w norweskim Longyearbyen. Tam właśnie w czasach pokoju turyści wsiadali na statki wycieczkowe, i płynęli na wycieczkę do rosyjskiej enklawy, odległej o trzy godziny rejsu. Spędzali tu kilka godzin i wracali; rzadziej zostawali na noc w hotelu, by skorzystać z oferowanych na miejscu innych atrakcji: zwiedzenia kopalni, wyprawy skuterem czy polowań.
Wszyscy turystyczni operatorzy działający w Longyearbyen zrzeszeni są w tzw. Svalbardzkiej Radzie Turystycznej. 12 października 2022 roku organizacja wydała taki oto komunikat:
Ze względu na inwazję Rosji na Ukrainę i związane z tym naruszenia prawa międzynarodowego i praw człowieka, zarząd Rady Turystyki Svalbardu podjął decyzję o wykluczeniu rosyjskiej państwowej spółki Trust Arcticugol z organizacji […] Decyzja oznacza, że państwowa firma z siedzibą w Barentsburgu traci między innymi dostęp do wspólnych procesów planowania i widoczności na platformach firmy turystycznej Visit Svalbard. Firma zarządzająca destynacją podjęła także decyzję o uwzględnieniu wniosku rady ds. turystyki o zaprzestanie zakupu usług od rosyjskich przedsiębiorstw państwowych na Svalbardzie. Wniosek zostanie zrealizowany poprzez usunięcie z platform Visit Svalbard wszystkich produktów, wycieczek, usług i innych ofert w jakikolwiek sposób powiązanych z rosyjskimi przedsiębiorstwami państwowymi na Svalbardzie.
W ten oto piękny sposób Norwedzy skutecznie wstrzymali ruch turystyczny kierowany do rosyjskiej części Svalbardu. Od tego momentu kupno wycieczki do Barentsburga stało się skomplikowane i nieopłacalne – trzeba znaleźć firmę lub osobę, która zabierze nas tam ryzykując utratę licencji; lub ewentualnie poprosić Rosjan, by po nas przypłynęli – co oczywiście zwiększa niezmiernie koszty i logistykę. Alternatywą jest… podróż na Spitsbergen statkiem z Murmańska.
Dzięki tej decyzji od kilku lat ruch turystyczny do rosyjskiej kopalni węgla praktycznie umarł; docierają tam tylko nieliczne – najbardziej zdeterminowane osoby. Trudno oczekiwać, że w takiej sytuacji miasto wygeneruje jakiekolwiek zyski z przemysłu turystycznego. Co ciekawe zdarzają się od czasu do czasu rejsy z Longyearbyen do Barentsburga, które… wpływają do wąskiego Granfiordu nad którym leży miasto, ale nie przybijają do brzegu. Turyści robią zdjęcia odrapanych rosyjskich budynków z odległości 200 metrów, i wracają do norweskiego portu.
PS. Według „The Economist” Rosja utrzymuje obecność w Barentsburgu głównie w celach propagandowych i potencjalnie wywiadowczych. Aby uzasadnić swoją obecność, nadal kontynuuje nieopłacalną ekonomicznie eksploatację węgla (The Economist, 11 sierpnia 2025 r.)
I tyle.