Przez chwilę zastanawiałem się, czy takie ostentacyjne postawienie sprawy jest sprawiedliwe; a potem doszedłem do wniosku – a co mnie to obchodzi? Czy serio muszę argumentować moje odczucia? Czy ja jestem babcią, dziadkiem lub innym członkiem rodziny właścicieli tej atrakcji – po kądzieli – żeby pisać tak, by im przypadkiem nie zrobiło się smutno? Nie podobało mi się, i już – koniec opowieści. Oni mnie nie przeproszą, że było kiepsko – więc czemu ja mam ich przepraszać?
Dolina owej Charlotty to typowa turystyczna nadmorska atrakcja: a to oznacza, że sprzeda się cokolwiek, nawet najmarniejszej jakości… bo turyści po kilku dniach leżenia plackiem na plaży niczym krowia kupa na słońcu w końcu wstaną, i zapragną coś zrobić ze swoim życiem. I nie będzie miało absolutnie żadnego znaczenia czy podejmą wybór dobry, czy zły – fajny czy niefajny. Taki zmęczony urlopem turysta kupi wszystko; cokolwiek; byleby tylko te nieletnie smarkacze w końcu zamknęły się ze swoim marudzeniem, że im się nudzi. Matka wczoraj mało piła, to będzie prowadzić – do Słupska jakoś dojedzie.
Bądźmy też szczerzy przed samym sobą: kogo niby obchodzi, czy było warto odwiedzić Dolinę Szarlotki, czy nie było warto? Były lody, kozy, kura, żubr – i wiele innych losowo dobranych niczym prosto z łapanki zwierząt. Był obiad z kotletem, widok na jezioro – a dla co bardziej pseudo głupich turystów: pseudo rejs pseudo statkiem po pseudo jeziorku. Kto nam zabroni sprzedawać bilety na patrzenie na wodę? W dodatku nie jest to zwykła woda, tylko woda z nutrią oraz z foką – więc płatne powinno być dodatkowo.
Chciałbym napisać, że jedziecie tu na własną odpowiedzialność, ale po co. Przecież jedziecie tam po to, by zabić czas. A czas uwierzcie mi – zabije tutaj Was. Kto był ten wie, kto nie był – ten się dowie.
I tyle.
PS. Nie sugerujcie się zdjęciami; nigdy takich nie zrobicie swoimi telefonami.














