Jeżeli choć razy spędzaliście wakacje w jednym z krajów Azji południowo-wschodniej lub południowej, to z całą pewnością widzieliście charakterystyczny dla tego regionu świata środek transportu jakim są Tuk-Tuki. Zapewne także korzystaliście z ich usług: zarówno ze względu na przystępną cenę jak i ich niezapomniany, lokalny koloryt. Jeżeli jednak do tej pory nie spotkaliście się z nimi, to wszystko przed Wami! Dziś przybliżam ten popularny środek transportu. Co powinniście o nim wiedzieć?

1.Czym jest Tuk-Tuk?

Nazwa pojazdu pochodzi od charakterystycznego dźwięku jaki te „taksówki” wydają podczas jazdy. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że są to małe samochody, ale w rzeczywistości to bardziej trójkołowe (głównie) motocykle niż auta. Układ kierowniczy, silniki oraz zbiornik paliwa pochodzą właśnie z motorów. Do tej „motocyklowej” części dodano zamontowane na metalowych ramach szerokie siedziska umożliwiające przewóz pasażerów – zwykle w jednym lub dwóch skierowanych ku sobie przodem szeregach. Całość – w zależności od regionu i warunków pogodowych – uzupełnia daszek i foliowe lub plastikowe, rolowane razem ze „ścianą” okienka.

2. Ile kosztuje jazda Tuk-Tukiem?

W azjatyckich miastach to prawie najtańszy indywidualny środek transportu, ustępujący pod tym względem już tylko rowerowym rykszom. Dla podróżnego z Europy ceny są śmiesznie niskie, nawet gdy weźmiemy pod uwagę że lokalni kierowcy wiedząc o tym potrafią podbić cenę o kilkaset procent. Koszt zależy zarówno od dystansu na jaki zamawiamy kurs, jak i od miejsca w którym startujemy. Cena za 2-3 kilometrową podwózkę np. do hotelu powinna mieścić się w 10 złotych, i jest to cena bardzo dobra… dla kierowcy.

Jeżeli chcemy skorzystać z TukTuków czekających na najbardziej popularnych placach, ulicach i promenadach, musimy być przygotowani na to że kierowcy będą próbować nas naciągnąć. Śmiało można zbijać cenę zaczynając od 1/3 proponowanej, a gdy kierowca nie będzie skłonny do negocjacji – wystarczy po prostu odejść. Na tego typu parkingach rządzą klany oraz „korporacje” które próbują windować ceny wykorzystując niewiedzę turystów. Najlepiej jest przejść 100-200 metrów dalej i złapać zwykłego ulicznego TukTuka – będzie dużo, dużo taniej. Obowiązuje zasada, że cenę zawsze ustalamy przed kursem. Jeżeli kierowca „nie potrafi” ocenić kosztu kursu, uśmiechamy się i odchodzimy.

Negocjować trzeba zawsze. Przy czym nie jest do tego niezbędna znajomość języka, wystarczy pokazać banknoty o małych nominałach i ustalić za który z nich zostaniemy dowiezieni. Płacimy jednak dopiero na mecie! Na porządku dziennym zdarzają się sytuacje gdy cena „startowa” za kurs wynosi np. odpowiednik 20 złotych, a po krótkiej negocjacji spada do 5 złotych. Najdłuższy kurs jaki zrobiłem Tuk-Tukiem miał 26 kilometrów – z lotniska do hotelu – i kosztował mnie równowartość 30 pln (cena przed negocjacją wynosiła 60 pln). Oczywiście nie korzystałem z pojazdów czekających bezpośrednio pod terminalem lecz przeszedłem się 400 metrów dalej. 

Najciekawsze jest to, że ceny o których czytacie i tak są znacząco zawyżone. „Lokalsi” jeżdżą za 1/10 tych cen, ale nie bądźmy także zbyt wielkimi „sknerami”: dajmy właścicielom tych pojazdów godnie zarobić.

3. Ile osób może przewieźć Tuk-Tuk?

Pamiętam, jak pierwszym razem chcieliśmy wraz z grupą przyjaciół skorzystać z takiego pojazdu w centrum Bangkoku. Było nas pięć osób i mieliśmy dylemat jak podzielić się na dwie załogi – przecież w jeden „samochodzik” się nie zmieścimy. W jakimże byliśmy błędzie! W rzeczywistości nie ma żadnych ograniczeń, a nawet jeżeli są, to nikt się nimi nie przejmuje. W zależności od wielkości tuk-tuka (jeden lub dwa szeregi siedzeń) ma on miejsca dla 2 lub 4 osób. W rzeczywistości górną granicę stanowi wyłącznie nasz komfort psychiczny. Na każde dwa miejsca bez problemu wcisną się 3-4 osoby, do tego nikt nie będzie miał nic przeciwko siedzeniu kolejnych osób na kolanach. Bywa, że ktoś wisi podczas jazdy na wsporniku, a dodatkowe dwie osoby kierowca upchnie obok siebie. W efekcie 5-6 osób plus kierowca w małym tuk-tuku nie robią na nikim wrażenia. 

4. Z jaką prędkością jeździ Tuk-Tuk?

Także przy tym pytaniu czeka na nas spore zaskoczenie. Pomimo, że montowane w Tuk-Tukach silniki są malutkie, to w połączeniu z ułańską fantazją kierowców potrafią przemienić się w istne bestie szos. Owszem, po dzielnicach o zwartej, starej zabudowie taka podróż jest bardzo spokojna, choćby ze względu na wszechobecne w miastach Azji korki. Jednak gdy Tuk-Tuk przedostanie się na normalną szosę, potrafi gnać 70-80 kilometrów na godzinę. Co ciekawe prędkość Waszej podróży zależeć będzie także od Waszego entuzjazmu: gdy kierowca zobaczy, że szaleńcza jazda powoduje Wasze wybuchy radości i emocje, z pewnością nie powstrzyma się od popisów i pokazywania czego to jego maszyna nie potrafi, oraz jaki z niego jest doskonały kierowca rajdowy.

Nie mówię, że jest to bezpieczne. Emocje zwiększa fakt, że jedziemy nisko zawieszonym, otwartym pojazdem, gdy bywa że niektóre z części naszego ciała wystają na zewnątrz. Z tych powodów odczuwalna prędkość jazdy jest dużo większa niż w rzeczywistości.

5. Na jakim dystansie możemy podróżować Tuk-Tukiem?

Odpowiedź jest krótka: tymi pojazdami możemy podjechać zarówno do najbliższego zakrętu, na odległą o kilometr dyskotekę jak i do hotelu czy na lotnisko. Wszystko zależy od negocjacji z kierowcą – w tej kwestii rządzi rynek klienta. W niektórych krajach i miastach możemy jednak trafić na pewne ograniczenia: zdarzają się regiony gdzie tuk-tuki nie mogą opuszczać swojej administracyjnej dzielnicy, obszaru bądź miasta. Nie mogą włączać się do ruchu na autostradach lub korzystać z dróg wyższej kategorii. Bywa, że nie mogą podjechać pod lotnisko lub terminal. 

6. Jak „złapać” Tuk-Tuka?

Najprościej jest skorzystać z postojów tuk-tuków, które znajdują się praktycznie w każdym odwiedzanym przez turystów miejscu: nocnymi dzielnicami, hotelami, centrami handlowymi, promenadami, restauracjami. Jednak ceny w tych właśnie miejscach są najwyższa. Dobrym rozwiązaniem jest odejście choćby 50 metrów dalej i złapanie zwykłego pojazdu stojącego przy chodniku.

Najekonomiczniejszym rozwiązaniem wymagającym jednak od nas minimum wysiłku jest złapanie tuk-tuka wprost z ulicy. Obserwujemy po prostu przejeżdżające pojazdy, i gdy któryś z nich jest pusty – i podoba nam się – podnosimy rękę. Kierowca natychmiast zatrzyma się obok nas. Nie wsiadamy jednak od razu do środka tylko pokazujemy gdzie chcemy jechać i ustalamy cenę.

Natomiast zupełnie bez sensu jest zamawianie tego typu pojazdów przez aplikacje. Tracimy możliwość wyboru pojazdu, kierowcy, jak i negocjacji ceny. Trudno mi wskazać plusy takiego działania gdyż miałoby ono sens jedynie w przypadku kiedy tuk-tuków brakuje. W rzeczywistości jest tak, że gdy już w danym mieście czy Państwie tuk-tuki są, to jest ich tam cała chmara.

7. Czy to bezpieczny środek transportu?

Raczej tak, choć zarówno stan techniczny pojazdów, jak i fantazja kierowców polegająca na niestosowaniu się do jakichkolwiek przepisów sprawiają, że taka podróż nie wydaje się zbyt bezpieczna. W tuk-tukach nie znajdziecie pasów bezpieczeństwa, a strefa zgniotu kończy się jakieś sto metrów za pojazdem. Także rama i daszek tylko udają, że zabezpieczą nas w przypadku wywrotki: nie są to sztywne i mocne konstrukcje znane nam choćby z pojazdów terenowych. Póki powoli jedziemy uliczkami miasta, wtedy nic nam nie grozi – chyba że damy się ponieść fantazji i sami wypadniemy z tuk-tuka. Ryzyko – ale i fun – zaczyna się po włączeniu się do ruchu na jakichś większych drogach. Kierowcy wioząc turystów liczą na napiwki i dają często ze swoich silników sto dziesięć procent mocy. Wyprzedzanie na czwartego, piątego, szóstego… jazda pod prąd, na czerwonym, na czołówkę z ciężarówką – to codzienność. Wtedy po prostu poproście kierowcę żeby się uspokoił. „Easy men” powinno w większości przypadków wystarczyć.

8. Napiwki – czy dawać?

Pamiętajcie: ceny negocjujcie ZAWSZE, jakbyście kupowali mieszkanie. Jak już pisałem, zbicie kosztu o połowę to obowiązek i jeżeli tego nie zrobicie, to szybciej kierowca będzie miał Was za frajerów, niż nabierze do Was szacunku. Jednak napiwek to zupełnie inna para kaloszy. Jeżeli podobała Wam się jazda, kierowca wchodził z Wami w interakcję (choćby uśmiechem!), coś pokazywał, coś dodał od siebie, potrąbił, puścił muzykę – jednym słowem starał się – nie żałujcie paru złotych. W większości przypadków kierowcami są biedni: dla nich to zarobek, a Was – jak to się mówi – kilka złotych nie zbawi.

9. Współdzielone Tuk-Tuki

Podczas wielu kursów, zarówno bliskich jak i dalszych, zdarzy Wam się sytuacja w której kierowca gdzieś po drodze się zatrzyma i dobierze do kompletu dodatkowe osoby. To częsta praktyka, choć dla nas może wydawać się dziwna. W większości przypadków – choć może nam się wydawać zupełnie inaczej – nie wynajmujemy tuk-tuka na wyłączność. Jeżeli tego nie zastrzeżemy podczas ustalania ceny, i jeżeli w pojeździe będzie miejsce, to może się okazać że mamy współpasażerów podróży. Nie bójcie się: nikt Wam na kolana nie dosadzi nowych pasażerów, ale może się zrobić nieco ciaśniej. W większości przypadków kierowca dba o zadowolenie głównych zleceniodawców kursu, i nie będzie nadwyrężał naszej cierpliwości. Może jednak kogoś dosadzić np. obok siebie czy z tyłu na „wisielca”. Warto wtedy przypilnować swoich bagaży, a dodatkowo jeżeli będą to „lokalsi” to macie okazję sprawdzić ile w rzeczywistości kosztować powinien Wasz kurs. Zdziwienie gwarantowane 🙂

10. Strach ma wielkie oczy!

Korzystajcie z usług tuk-tuków na każdym kroku. Nie obawiajcie się i bądźcie jak każdy prawdziwy podróżnik otwarci na to, co dzieje się dookoła Was. Strach ma wielkie oczy, ale te malutkie samochodziki bardzo szybko dają się oswoić. Pamiętajcie także o tym, że korzystając z nich dajecie zarobić ich kierowcom. Jeżeli jesteście empatyczni, to szybko zauważycie że nie są to bogate osoby. Dlatego też apeluję do Was ponownie o to, byście używali tuk-tuków spoza oficjalnych postojów pełnych pojazdów korporacyjnych. Ceny negocjujcie, ale nie bądźcie sknerami. Bawcie się, a jeżeli Wam się podobało – zostawcie napiwek. 

I na zakończenie mała dygresja: wyglądające jak tuk-tuki pojazdy spotkać możecie także w centrach niektórych europejskich miast. Z azjatyckimi maszynami nie mają one jednak wiele wspólnego: zwykle to ekologiczne pojazdy elektryczne które choćby z tego względu – nie hałasując jak prawdziwe tuk-tuki – są tylko turystyczną pseudo-atrakcją. Także ich kierowcy, choć nie wiem jakby się starali, ze względu na obowiązujące przepisy ruchu drogowego nie mogą równać się  z ich azjatyckimi kolegami. Bo w przeciwieństwie do Indii, Wietnamu, czy Tajlandii – u nas, w Europie, przepisów niestety się przestrzega!